Publicystyka

Bo to taki facet jest

Piotr Skwieciński
Fotorzepa, Raf Rafał Guz
Mariusz Kamiński, uważając rządy Platformy za szkodliwe, a Tuska nie ceniąc, podjął rzeczywistą próbę współpracy z nowym rządem w zwalczaniu korupcji – pisze publicysta
[b][link=http://blog.rp.pl/skwiecinski/2009/10/08/bo-to-taki-facet-jest/" "target=_blank]Skomentuj[/link][/b]
Skąd się wziął obecny kryzys polityczny? Z nieuczciwych skłonności niektórych polityków PO? Z wygenerowanego długotrwałym "kryciem" przez większość mainstreamowych mediów poczucia bezkarności platformersów? Z konstrukcji państwa polskiego, w którą korupcja jest wpisana immanentnie? Z błędu Donalda Tuska, który po wyborach zdecydował się pozostawić na stanowisku niesterowalnego szefa CBA? [srodtytul]Umieć jeździć na koniu [/srodtytul]
Pewnie z tego wszystkiego po trochu. Ale bezpośrednia i, moim zdaniem, najważniejsza przyczyna jest inna. Otóż obecny kryzys wziął się przede wszystkim stąd, że Tusk… nie zna Mariusza Kamińskiego. A tam! – może się ktoś żachnąć. – Premier ma dogłębnie znać wszystkich szefów centralnych urzędów?! I jeszcze kierować się tą wiedzą w swoim postępowaniu, w swoich decyzjach?! To niby prawda. Ale, jak słusznie napisała w swoim blogu na portalu Salon24.pl Agnieszka Romaszewska, "jak ktoś trzyma dobrego konia sportowego, to musi go umieć używać. Nie może się go bać, nie może go bić za to, że lubi galopować i wyrywać do przodu, musi natomiast umieć na nim jeździć. Inaczej szybko znajdzie się na ziemi". Premier nie zna dobrze Mariusza Kamińskiego. A na przykład ja – i owszem, od czasu wspólnych studiów i wspólnej działalności w ruchu demokratycznym lat 80. I dlatego dla mnie, tak jak i chyba wszystkich dzielących ze mną tę wiedzę, oczywiste są dwie rzeczy. Otóż po pierwsze, gdyby premier zechciał poważnie współpracować z Kamińskim, gdyby na przykład po otrzymaniu pierwszej informacji od szefa CBA doprowadził do przywrócenia pierwotnego kształtu zapisu o dopłatach, a jednocześnie dyskretnie zmusił Chlebowskiego i Drzewieckiego do dymisji, to bynajmniej nie znalazłby się w żadnej pułapce. W czasie przyszłorocznej kampanii wyborczej nie wyciekłyby żadne kwity mówiące o tym, dlaczego tak naprawdę w sierpniu czy wrześniu 2009 Zbyszek i Miro nagle zdecydowali zakończyć swą przygodę z polityką. A na doprowadzeniu do takiej sytuacji, a następnie – dokonaniu przecieku, zaopatrzonego w odpowiednią interpretację, jak rozumiem, miała polegać rzekoma pułapka. Kamiński byłby dyskretny, o całej sprawie nie dowiedziałby się ani prezes Prawa i Sprawiedliwości, ani nawet prezydent. [srodtytul]Tusk wysadził swój rząd[/srodtytul] Szef CBA, jako zwolennik PiS, czułby się z tą dyskrecją na pewno nie do końca komfortowo. Może nawet trochę parszywie. Ale z całą pewnością przeważyłaby w nim dusza państwowca. I faceta odpłacającego lojalnością za lojalność. Nawet tym, których nie ceni. Bo to taki facet jest. A po drugie – oczywiste jest, że z chwilą, kiedy premier uznał, że zaufać Kamińskiemu w tej mierze nie może, i zaczął z nim grać tak, jak grał – czyli pozostawił obu polityków PO zadających się z Rysiem na stanowiskach, dając zarazem zielone światło (czy wręcz – polecenie) ostatecznego rozwiązania kwestii CBA, musiało się stać to, co się stało. Bo dla znających szefa Biura jest oczywiste, że nie da się on ani zastraszyć, ani przekupić. I nie da po cichutku załatwić ani siebie, ani swojej wizji dobra Polski. W środowym oświadczeniu Mariusz Kamiński napisał: "Wyrażam głębokie ubolewanie i zaniepokojenie, że skuteczne działania CBA nie znalazły akceptacji Prezesa Rady Ministrów i są rzeczywistym powodem mojego odwołania. Przez dwa lata mojej współpracy z Donaldem Tuskiem zawsze traktowałem go jako Premiera mojego Państwa. Dzisiaj przekonuję się, że jest On jedynie liderem partii politycznej". Dla ogromnej większości nie tylko nieżyczliwych Kamińskiemu polityków i większości nie tylko nieżyczliwych Kamińskiemu obserwatorów te słowa to po prostu element politycznego teatru. A ja, znając szefa CBA dość dobrze, świadomie narażę się na śmieszność. Powiem, że on rzeczywiście tak myślał i myśli. Że – rządy Platformy uważając za szkodliwe, a Tuska nie ceniąc – za nadrzędne dobro, za swoje zadanie uważał walkę z korupcją, czyli – znów mówiąc językiem niedzisiejszym – z rozkradaniem wspólnego grosza. Że po wyborach podjął rzeczywistą próbę współpracy z nowym rządem – dla dobra Polski. I że ta próba zakończyła się tak, jak widzimy, wcale nie ze względu na perfidny plan szefa CBA i jego rzekomych prawdziwych zwierzchników z centrali PiS. Tylko dlatego, iż – nie znając dobrze Mariusza Kamińskiego, nie pytając o zdanie tych, którzy go znają, albo też nie biorąc pod uwagę ich opinii – Donald Tusk nie tylko sam podłożył pod swój rząd ładunek jądrowy, ale w dodatku osobiście nacisnął guzik. [srodtytul]Post scriptum [/srodtytul] Ten tekst jest oczywiście artykułem publicystycznym bardzo nietypowym, bo osobistym. Osobistym – w sensie odwołania się do prywatnej wiedzy autora. Wiedzy, którą można zrelacjonować, ale która – rzecz jasna, wiem o tym – nie musi przekonywać tych, którzy takiej wiedzy o Kamińskim nie mają. Doskonale to rozumiem. Chciałbym jednak, żeby czytelnicy – w tym ci, którzy nie podzielają mojej diagnozy – wiedzieli, że dla ludzi znających szefa CBA jest ona oczywista. [i]Autor jest współpracownikiem "Rzeczpospolitej". Był m.in. prezesem PAP[/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL