fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ekonomia

Od roweru do rakiety

W muzeum zgromadzono pamiątki ze wszystkich etapów podboju przestworzy: od pierwszego samolotu po pojazdy kosmiczne i rakiety do niedawna okryte tajemnicą
Fotorzepa, Monika Rogozińska MR Monika Rogozińska
Amerykański stan Ohio reklamuje się jako miejsce, w którym narodziło się lotnictwo. Informują o tym nawet tablice rejestracyjne samochodów. A błękitne niebo zawsze rozcinają tu smugi samolotów
W bazie lotniczej Dayton znajduje się największe i najstarsze na świecie muzeum wojskowych sił powietrznych. Stoją tu maszyny, które tworzyły historię ostatniego stulecia.
Leżące w Ohio Dayton rozsławili bracia Wright: Orvill i Wilbur. Tutaj mieszkali i produkowali rowery. Ale marzyli o lataniu. Zmajstrowali więc pierwszy samolot z silnikiem. W powietrze wzniósł się 17 grudnia 1903 r. Zniszczył go wiatr, kiedy stał na ziemi. W muzeum znajduje się jego strzęp.
Bracia uparcie konstruowali kolejne maszyny i przekonywali armię amerykańską do kupienia ich wynalazku. Wreszcie 100 lat temu udało im się sprzedać lekki dwupłatowiec bez kabiny. Tak narodziło się lotnictwo wojskowe i cały związany z nim przemysł.
W ogromnych hangarach powstałego w 1923 r. National Museum of The U.S. Air Force i pod gołym niebem znajduje się dziś około 400 eksponatów, które ilustrują dzieje opanowywania przestworzy przez człowieka: od balonów, samolotów i helikopterów po pojazdy kosmiczne, rakiety i pociski balistyczne. Muzeum szczyci się też tym, że „przechowuje ich opowieści”; dokumentuje wyczyny asów lotnictwa, nawet jeśli walczyli po przeciwnej stronie.
[srodtytul]Baron w burakach[/srodtytul]
Ten pilot ma w Dayton wystawę, choć był wrogiem. Z jego powodu średni czas przeżycia w powietrzu pilotów aliantów spadł trzykrotnie – zestrzelił ponad 80 samolotów. Za jego pokonanie Brytyjczycy obiecali nagrodę, najwyższe odznaczenie i samolot na własność. Manfred Alfred baron von Richthofen, przystojny blondyn urodzony w pruskiej rodzinie we Wrocławiu, uznany został za największego asa myśliwskiego I wojny światowej. Swoją maszynę kazał pomalować na jaskrawoczerwony kolor. Zyskał więc przydomek Czerwonego Barona. A ze względu na wyczyny eskadrę, którą dowodził, nazywano Cyrkiem Richthofena. O to, czyje kule dosięgły pod koniec wojny 25-letniego barona, do dziś się toczy spór. Prawdopodobnie został postrzelony z ziemi przez australijskiego żołnierza. Jego samolot wbił się w pole pastewnych buraków na północy Francji. Alianci pochowali go z honorami.
W sali chwały lotnictwa USA widnieje i polskie nazwisko: pułkownik Francis S. Gabreski – pilot doświadczalny, najlepszy amerykański pilot myśliwski II wojny światowej z walczących nad Europą. Kiedy zestrzelił 28. samolot Luftwaffe miał 25 lat. Później walczył w wojnie koreańskiej na odrzutowcach, odnosząc zwycięstwa nad samolotami MiG. Jego imieniem nazwano lotnisko na Long Island.
Francis Gabreski był synem emigrantów z okolic Lublina – Gabryszewskich. Przejęty atakiem Hitlera na Polskę rzucił studia medyczne i wstąpił do lotnictwa. Widział skutki nalotu Japończyków na Pearl Harbor i postanowił nauczyć się walczyć – od najlepszych. Przekonał przełożonych, żeby go wysłali do Wielkiej Brytanii, by dołączył jako ochotnik do polskiego dywizjonu. Pobyt w polskim 315. Dywizjonie Myśliwskim miał ogromne znaczenie. Dywizjon amerykański w Anglii, którym potem dowodził, przekazując swą wiedzę, pod względem waleczności i liczby odniesionych zwycięstw zajął czołowe miejsce wśród wszystkich dywizjonów II wojny. „Osobowość moją i mój charakter ukształtowało środowisko polsko-katolickie. To ono wpoiło mi wiarę, uformowało moralność i normy etyczne, które były moim drogowskazem przez całe życie” – napisał we wspomnieniach.
[srodtytul]Okruchy polskiej historii[/srodtytul]
Polskich akcentów jest więcej. Wola walki Polaków o niepodległą ojczyznę tak zafascynowała amerykańskiego pilota Meriana C. Coopera, że sformował z wolontariuszy dywizjon kościuszkowski, który bronił naszego państwa podczas inwazji bolszewickiej 1920 r. Obok tablicy informacyjnej wisi trofeum – blacha z wymalowaną czerwona gwiazdą, fragment jedynego zestrzelonego sowieckiego samolotu.
W Memorial Park stoją pomniki poświęcone eskadrom i dywizjonom, które walczyły za wolność innych. Profesor Jerzy Krzyżanowski, slawista, promotor polskiej literatury w Stanach Zjednoczonych, żołnierz AK, prowadzi mnie do pomnika, na którym widnieje symbol Polski walczącej. Stowarzyszenie Weteranów Polskiej Armii Krajowej w Ameryce, fundując go, podziękowało amerykańskim lotnikom, którzy w sierpniu 1944 r. polecieli z Wielkiej Brytanii, nad Bałtykiem, z pomocą walczącej Warszawie. 1220 ludzi w 107 latających fortecach eskortowanych przez 150 mustangów zrzuciło powstańcom żywność, broń i lekarstwa. Trzy maszyny Niemcy zestrzelili. Ich załogi zginęły.
[srodtytul]Przeklęta lady[/srodtytul]
Były samoloty, o których mówiono przeklęte. W kwietniu 1943 r. do bazy w Libii na wybrzeżu Morza Śródziemnego z pierwszej misji, nocnej akcji bombardowania Neapolu nie powrócił amerykański liberator B-24D. Nosił nazwę tytułu piosenki i komedii muzycznej braci Gershwinów – „Lady Be Good”. 16 lat później brytyjscy geolodzy poszukujący ropy naftowej dostrzegli z powietrza na Saharze przełamany wrak samolotu. Wyprawa, która do niego dotarła, znalazła czynne radio i broń oraz nadające się do spożycia żywność i herbatę w termosie. Nie było spadochronów i załogi. W 1960 r. odnaleziono na pustyni ciała i ślady, dzięki którym odtworzono przebieg tragedii.
W Lady Be Good zawiodły nocą urządzenia nawigacyjne. Kiedy kończyło się paliwo, załoga wyskoczyła z samolotu. Jeden spadochron się nie otworzył. Pozostałych przy życiu ośmiu mężczyzn maszerowało ku wybrzeżu. Układali z ubrań, butów, kamizelek ratunkowych znaki wskazujące kierunek wędrówki. Znaleziony dziennik świadczy o przekonaniu rozbitków, że morze jest blisko. Pojemnik z płynem, jaki mieli, wystarczał dla jednej osoby na dwa dni. Szli osiem. Po 160 km zaczęli kolejno umierać. Najbardziej wytrwały przeszedł jeszcze 60 kilometrów. Od morza dzieliło go ponad 280 kilometrów.
Wrak Lady Be Good zabrano do Stanów Zjednoczonych. Jego części użyto do naprawy innych samolotów. Niektóre zachowano w muzeum w Dayton. O klątwie zaczęto mówić, kiedy amerykański wojskowy samolot wpadł do Morza Śródziemnego u wybrzeży Libii. Woda wyrzuciła na brzeg... podłokietniki z Lady Be Good.
[srodtytul]Kaczor Donald na wojnie[/srodtytul]
Hollywood rozsławił losy wielu samolotów i ich załóg. Także latającej fortecy B-17F nazwanej przez pilota Ślicznotką z Memphis. Muzeum dziś restauruje zdewastowany oryginał. Bombowca nie zniszczyła rekordowa liczba misji bojowych wykonanych nad Europą w 1943 r., lecz łowcy pamiątek, wandale i gołębie, które uwiły sobie gniazda we wnętrzu maszyny stojącej jako pomnik w Memphis.
W Dayton pokazano wkład Walta Disneya w II wojnę światową. Jego studio bezpłatnie projektowało godła wojskowe dla podnoszenia ducha bojowego. Skorzystało z nich ponad 1200 jednostek wojskowych aliantów na wszystkich frontach. Amerykański dywizjon w brytyjskim RAF zagrzewał do boju orzeł w bokserskich rękawicach. Najchętniej zamawiany był jednak Kaczor Donald ze swym nieposkromionym temperamentem i złośliwym charakterem. Jego podobizna najczęściej widniała na wojskowych kurtkach i kadłubach samolotów.
Ciekawostką z zimnej wojny jest pies bokser, którego właściciel, amerykański pilot, zabierał na pokład. Zwierzę miało własny spadochron z uprzężą i imię Vittles – taki kryptonim nosiła operacja zapewniająca przez prawie rok codzienne zaopatrzenie Berlina podczas blokady tego miasta zarządzonej przez Stalina w 1948 r. Pies rekordzista spędził ze swym panem w powietrzu 2000 godzin.
[srodtytul]Prezydent w powietrzu[/srodtytul]
Do specjalnego sektora wojskowej bazy Wright-Petterson, na terenie której leży muzeum, można dostać się tylko specjalnym autobusem, legitymując się dokumentem tożsamości. Stoją tam wyjątkowe egzemplarze samolotów eksperymentalnych. Ale największe chyba emocje zwiedzających budzą samoloty wożące prezydentów Stanów Zjednoczonych.
Na mnie wrażenie zrobiła Święta Krowa, jak nazwano pierwszy skonstruowany na potrzeby prezydentów egzemplarz Douglasa VC-54C. Franklin D. Roosevelt odbył nim premierowy i jedyny lot w lutym 1945 r. do ZSRR na konferencję w Jałcie. Dwa miesiące później Roosevelt zmarł.
Dla Amerykanów ważniejszy jest boeing 707 – Air Force One przygotowany dla Johna Kennedy’ego w 1962 r. Oprócz prezydenta woził koronowane głowy i szefów państw goszczących w USA. To w nim podczas lotu z Dallas po zabójstwie Johna Kennedy’ego zaprzysiężono nowego prezydenta Lyndona Johnsona. Uroczystość odbyła się w obecności wdowy Jacquelin Kennedy. Ciało jej męża leżało obok na zaimprowizowanych marach z siedzeń pasażerów. Podczas pogrzebu, Air Force One przeleciał nisko nad cmentarzem Arlington, ruchem skrzydeł składając ostatni hołd zamordowanemu.
[srodtytul]Zdobywcy kosmosu[/srodtytul]
Chlubą muzeum jest oryginalna superforteca B-29, z której zrzucono na Nagasaki bombę atomową nazwaną Fat Man (Grubas), co zakończyło II wojnę światową. Trzy dni wcześniej unicestwiono Hiroszimę bombą Little Boy (Chłopczyk). Kopie bomb też można zobaczyć. Muzeum prowadzi działalność edukacyjną; wynajmuje sale na konferencje, zjazdy, uroczystości szkolne. Obok Fat Mana widzę zastawione kieliszkami stoły...
Pięć lat temu powstała wysoka na 14 pięter galeria, w której pomieszczono pojazdy kosmiczne, satelity, rakiety. Przybywają tu obiekty okryte do niedawna tajemnicą. Jak Peacekeeper (Strażnik Pokoju) – pocisk uzbrojony w wiele głowic nuklearnych zdolnych podczas jednego wystrzelenia atakować różne cele na kilku kontynentach. Do 2005 r. ukrywany w podziemnych silosach.
Wędruję po muzeum, śledząc dzieje przygody ludzkości z przestworzami. Trudno nie rozmyślać o heroizmie, fantazji, geniuszu i okrucieństwie człowieka.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA