fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Show-biznes

Zachować dystans do siebie

Forum
Z Andrzejem Piasecznym rozmawia Jacek Cieślak
[b]Rz: Wyśpiewał pan wielki przebój „Chodź, przytul, przebacz”, a płyta „Spis rzeczy ulubionych” przez kilka tygodni była najczęściej kupowanym albumem w Polsce. Właśnie taki był plan?[/b]
Oczywiście. Kiedy nagrywałem z Sewerynem Krajewskim, miałem nadzieję, że powstaje przebojowy materiał. Ale pewności nie ma nigdy. Poza czasem, kiedy przeżywałem sukcesy, wiele już razy wydawało mi się, że stworzyłem piosenki zasługujące na uwagę, tymczasem ich nie zauważono. Sytuacja jest nieprzewidywalna. Trzeba mieć szczęście, które – jak napisała Magda Czapińska – jest jak puszek na dłoni.
[b]Co teraz, pana zdaniem, zdecydowało, że udało się wam dotrzeć do słuchaczy?[/b]
Niezaprzeczalnie pomogło radio, ale najważniejsze chyba było to, że nasza muzyka połączyła różne pokolenia. Jestem człowiekiem, który stara się komunikować z fanami, korzystając z mojej strony internetowej. Oczywiście przesadziłbym, mówiąc, że nie odchodzę od komputera, żeby odpowiedzieć na e-maile wszystkich, ale w miarę możliwości staram się to robić. Również dlatego, że wiele się mogę o sobie i o moich słuchaczach dowiedzieć. E-maile pokazały, że dzięki najnowszej płycie średnia ich wieku się podwyższyła. To 25-latkowie i starsi.
[b]Wcześniej to była młodzież?[/b]
Zdecydowanie. Muszę dodać, że wiele e-maili zaczyna się od słów brzmiących dla mnie niezbyt pochlebnie. Na przykład: nie myśl sobie, że wcześniej cię słuchałam, słuchałem; zainteresowaliśmy się tobą dopiero teraz. Największą satysfakcję czuję, gdy słuchacze piszą, że śpiewam o ich życiu. Myślę, że autor powinien być jak wróżka czy Cyganka. Musi pisać tak uniwersalnie, by słuchacz poczuł, że piosenka jest jak jego horoskop, doszukać się w niej własnego losu. Oczywiście pisząc teksty na najnowszą płytę, musiałem pamiętać, że nie mogę stanąć do wyścigu z Szekspirem.
[b]Co pan ma na myśli?[/b]
Z Sewerynem współpracowali najwięksi. Jak ma się ścigać z nimi ktoś, kto jest zwykłym kundlem?
[b]O kim pan mówi?[/b]
O sobie.
[b]Bez przesady.[/b]
A ja lubię o sobie tak myśleć. To mi daje zdrowy dystans. Przecież nie mogłem zapomnieć, że współpracuję z kompozytorem, dla którego pisała Agnieszka Osiecka. Mogę być tylko sobą. I Seweryn mi w tym pomógł. Komponuje pięknie, a z melodii, które dostawałem, można było odczytać przekaz. To były partytury słów, które dopisywałem.
[b]Jak się ułożyły wasze relacje?[/b]
Seweryn to wspaniały kompozytor, ale także niesamowity człowiek. Moja satysfakcja z poznania go jest tym większa, że w ostatnich latach nie było wielu ludzi, którzy by z Krajewskim długo współpracowali i rozmawiali. Miałem to szczęście i zauważyłem, że uśmiecha się do mijającego czasu. Nie chodzi mi o historię, tylko o teraźniejszość, o to, że dystansuje się do tempa, w jakim pędzi świat. To nie znaczy, że go nie rozumie. Po prostu pozostaje i żyje we własnym wymiarze.
[b]Nieco na uboczu.[/b]
Już taki jest nasz kraj. Ostatnio wielu ludzi pyta mnie o Seweryna, a ja nie mogę się nadziwić, że ktoś, kto w polskiej skali odpowiada McCartneyowi, bywa traktowany po macoszemu. Nie mówię o stawianiu pomników, broń Boże. Chodzi mi o zwyczajny szacunek. O pamięć. Być może, kiedy zabierzemy się do pisania jego nowej płyty, z powodu sukcesu, który wspólnie odnieśliśmy, kilka osób sobie o nim przypomni. Mam jednak wrażenie, że gdyby naszej płyty nie było, nowym albumem Seweryna mało kto by się zainteresował. To przykre. Polacy, słuchając Czerwonych Gitar, wiele razy przegapili nowe piękne piosenki Krajewskiego.
[b]To jaka będzie jego nowa płyta?[/b]
To się dopiero okaże.
[b]Dla odmiany podpiszecie ją nazwiskiem Krajewskiego?[/b]
Nie ma co żartować. Interpretator jest bardzo ważny. Napisałem piosenkę dla Krzysztofa Krawczyka „Przytul mnie życie”. Sposób, w jaki zaśpiewał znane mi przecież bardzo dobrze słowa, był tak indywidualny, że odbiegał od mojego wyobrażenia, bardzo mnie zaskoczył. W ustach Krzysztofa piosenka uzyskała brzmienie i znaczenie, którego ja bym nigdy nie osiągnął.
[b]Ciekawe. A o czym rozmawiał pan z Krajewskim, gdy płyta stała się największym polskim hitem?[/b]
Zadał mi pytanie: „Słuchaj, jak to się stało, jak ci się udało zrobić, że te piosenki zagrało radio?”.
[b]Niesamowite jest to, że pan Seweryn wcale nie kokietuje. On zadaje takie pytania serio.[/b]
Myślę, że po tym sukcesie pojawiła się u Seweryna chęć zrobienia czegoś więcej. Zgodził się być gościem moich jesiennych koncertów. To jest dla mnie kolejny powód do satysfakcji, bo jeśli nie liczyć wyjątkowych okazji, nie występował od kilkunastu lat. Mówi o tym na razie z taką pewną nieśmiałością, ale pewnie się rozkręci. Ma wykonać kilka piosenek solo i te z naszej płyty, razem ze mną. Postaram się, żeby było ich jak najwięcej.
[b]Który pierwszy muzyczny krok uważa pan za najważniejszy?[/b]
Kiedy śpiewałem w tym roku w amfiteatrze w Zielonej Górze, przypomniałem sobie, że jako dziesięciolatek brałem udział z zespołem szkolnym w Festiwalu Piosenki Radzieckiej. Wiem, że z perspektywy czasu można różnie go odbierać. Ale sprawa poniekąd łączy się z Sewerynem – on gra na gitarze klasycznej po rosyjsku. To, co zrobiliśmy razem, jest bardzo słowiańskie. Wszyscy wiemy o wojnie polsko-ruskiej, o tym, że Rosją rządziło przez ostatnie 80 lat kilku idiotów. Ale to nie zmienia faktu, że kultura rosyjska jest wspaniała i nam bliska. Dlatego podoba mi się idea odnowienia festiwalu polsko-rosyjskiego w Zielonej Górze.
[b]A co było po Zielonej Górze?[/b]
Gdybym nie trafił do szkoły podstawowej, gdzie działał zespół wokalny i chór, być może nigdy bym nie pomyślał o uczeniu się śpiewu. Teksty piszę też przez przypadek. Kiedy już na studiach założyliśmy zespół Mafia, zanim wypełzliśmy na powierzchnię z piwnicy w akademiku, graliśmy piosenki Stonesów i Paula Rodgersa. W końcu się okazało, że tak dłużej nie można. Trzeba było napisać pierwszy tekst. Zmusiła nas do tego ekonomia. Profesjonalny tekściarz zaproponował, że nas wyręczy, ale za 50 dolarów. W 1989 r. to była równowartość miesięcznej pensji! Skończyło się wieczornicą w moim pokoju, gdzie w trzech staraliśmy się napisać jeden tekst. Z tego koszmaru nie wyszło ani jedno sensowne zdanie. Stanęło na tym, że koledzy wyszli z pokoju. Zostałem sam na sam z czystą kartką. Chciałem unieść ciężar, który na mnie spoczął. I wtedy wszystko się zaczęło.
[b]Jak wyglądały wasze pierwsze starania o płytę?[/b]
Poszukiwania wydawcy nie skończyły się powodzeniem i pierwszy album Mafii powstał tylko dzięki poświęceniu moich kolegów, którzy zastawili w lombardzie ślubne obrączki. Później się poróżniliśmy, ale dobrze pamiętam, co zrobili dla zespołu i dla mnie. W czasie sesji płytowej w Warszawie spaliśmy w 50-metrowym mieszkaniu mojej koleżanki. Potem regularnie odbywaliśmy podróże do Warszawy. Wystawaliśmy na korytarzu w Trójce, żeby złapać Niedźwieckiego, Rządę albo Klatta i wcisnąć im taśmę z nagraniami. Dopraszaliśmy się uprzejmie łaski.
[b]Jak się czuliście na warszawskich muzycznych salonach?[/b]
Kompletnie obco. Do dzisiaj pozostałem chłopakiem z prowincji. Nie lubię Warszawy, a ona nie lubi mnie. Każdy człowiek ma swoje miejsce. Moje na pewno nie jest w stolicy. Jeśli już tam jadę, mówię, że wybieram się do roboty.
[b]Kiedy poczuł pan, że zaczęła się kariera Mafii?[/b]
Wiele razy pomógł mi przypadek. Zaśpiewaliśmy „Krótką piosenkę o miłości”, która stała się hymnem festiwalu jarocińskiego. Wiem, że teraz się z tym miejscem kompletnie nie kojarzę. Podobnie jak Kuba Wojewódzki, szef artystyczny ówczesnej edycji imprezy.
[b]Jak doszło do nagrania z Robertem Chojnackim płyty „Sax & Sex”, która rozeszła się w 800 tysiącach egzemplarzy?[/b]
Robert długo przymierzał się do solowej płyty i szukał tekściarza. Bez skutku. W końcu opowiedział o tym Joli, sekretarce naszej wspólnej firmy płytowej Zic-Zac. Odpowiedziała, że zespół Mafia wydał właśnie płytę i że moje teksty jej się nawet podobają. Robert złapał mnie za rękę na korytarzu i zaproponował współpracę. Potem jednak długo się nie odzywał. A to nie były jeszcze czasy komórek – musiałem znaleźć jego numer stacjonarny. Wtedy dał mi kasetę magnetofonową z muzyką, bo to były jeszcze czasy kaset magnetofonowych! Kiedy napisałem słowa, długo nie mógł znaleźć wokalistki, bo oczywiście szukał takiej wysokiej, długonogiej, z pięknym biustem. Udział w nagraniach zaproponował mi Ryszard Adamus.
[b]Jak przebiegały pana rozstania z Mafią i Robertem Chojnackim?[/b]
Przede wszystkim głupio, bo zawsze towarzyszyły im wątpliwości co do wartości tego, co razem stworzyliśmy. Było dokładnie tak jak w rozwodzących się małżeństwach, które nie pamiętają tego, co ich połączyło i było wspaniałe, tylko rozpamiętują najgorsze chwile. Poza tym Mafia chciała grać jak The Rage Against the Machine, a ja – jak Simply Red. Z Robertem miałem nagrać tylko jedną płytę. Sprawy finansowe uważam za niebyłe.
[b]Który moment w karierze uważa pan za najgorszy?[/b]
Po udziale w konkursie Eurowizji. Wystąpiłem w futerku, które miało być żartem, a wszyscy się go czepili jak rzep psiego ogona. Po ogłoszeniu wyników wściekli panowie z TVP przewrócili chorągiewkę na delegacyjnym stoliku i powiedzieli: „Piasek, masz przerąbane”. Tymczasem obok nas siedziała ekipa irlandzka, która zajęła ostatnie miejsce. Ale nie darli szat. Powiedzieli: nie tym, to następnym razem, i otworzyli szampana. A u nas nastrój jak na „Titanicu”. Zaczęła nade mną ciążyć eurowizyjna klątwa. Z kilku opiniotwórczych ust padły dołujące mnie opinie. Zacząłem się kojarzyć z obciachem. Zatrzaśnięto przede mną wiele drzwi. Mogłem nagrać nowe piosenki dopiero po dwóch latach. Wcześniej wydawca nie chciał dać mi szansy.
[b]Pamiętam, jak na jednym z festiwali opolskich miał pan do wielu dziennikarzy pretensje. A kiedy wyszedł pan z bankietu i stanął w drzwiach restauracji – tabloid zrobił panu zdjęcie. Ukazało się na pierwszej stronie z podpisem: w którą iść stronę? Chyba rzeczywiście nie wiedział pan, co z sobą zrobić?[/b]
W najtrudniejszych momentach powtarzałem refren piosenki Wojciecha Młynarskiego „Róbmy swoje”. Zdaję sobie sobie sprawę, że śpiewając pop, tym bardziej muszę udowodnić wartość tego, co robię: że łatwa forma nie oznacza łatwizny myślowej. Każdy z nas poważnie traktuje to, co robi. Jak kroją nożem – daje się wytrzymać, ale jak rozdrapują rany drutem – robi się ciężko. A mimo to trzeba zachować dystans. Jego brak do siebie samego to największy grzech. Nie zawsze trzeba siebie samego bronić jak Częstochowy.
[ramka][srodtytul]Andrzej Piaseczny[/srodtytul]
Ma 38 lat, zawodową karierę zaczął w 1992 roku, przyłączając się do zespołu Mafia. Rok później grupa wystąpiła w Jarocinie, wykonując m.in. „Krótką piosenkę o miłości”, która stała się hymnem festiwalu. Po trzech latach ukazał się drugi album zespołu „Gabinety” z przebojem „Noce całe”. Jednocześnie, za zgodą kolegów, wokalista rozpoczął współpracę z Robertem Chojnackim i nagrał z nim album „Sax & Sex” – z hitami „Budzikom śmierć” i „Prawie do nieba”. W 1996 roku ukazała się ostatnia jego płyta zarejestrowana z Mafią – „FM”. Dwa lata później Andrzej Piaseczny rozpoczął karierę solową albumem „Piasek” zawierającym takie piosenki jak „Mocniej?” i „Jeszcze bliżej”.
Przyjął propozycję udziału w serialu „Złotopolscy”, a na płycie „Popers” (2000) zaśpiewał z Ewą Bem. W 2001 roku bez powodzenia reprezentował TVP na festiwalu Eurowizji. Dobra passa wróciła przed czterema laty, kiedy nagrał płytę „Jednym tchem” i piosenką „Z głębi duszy” zdobył Bursztynowego Słowika w Sopocie.
Najnowszy album „Spis rzeczy ulubionych” stworzony razem z Sewerynem Krajewskim już stał się jednym z największych wydarzeń muzycznych roku. W Opolu piosenkarz weźmie udział w koncercie „Superduety”, ma też szansę na zdobycie Superjedynek.[/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA