fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Film

Nad jeziorem Tahoe ****

Bohater poznaje w drodze kilkoro ekscentryków
VIVARTO
„Nad jeziorem Tahoe“ to, parafrazując Kieślowskiego, „krótki film o dojrzewaniu“ pewnego meksykańskiego 16-latka. O dojrzewaniu przyspieszonym i wymuszonym przez zewnętrzne okoliczności.
Film trwa niespełna 80 minut, ale ten czasowy umiar jest jego zaletą. Przypomina wczesną twórczość Jarmuscha, bo z pozoru niewiele się tu dzieje, a do tego poszczególne sekwencje połączone są prowokacyjnie długimi zaciemnieniami ekranu.
Pustkowie gdzieś w Meksyku, z oddali słychać szum nissana. Potem huk, ekran się zaciemnia. Okazuje się, że samochód wbił się w słup. Kierowcy, młodemu Juanowi (Catano), nic się nie stało, ale silnik nie chce zapalić. Juan wyrusza więc do nieodległego miasteczka, by znaleźć mechanika. Miasteczko jest opustoszałe, to czas sjesty, warsztaty są zamknięte. Tylko w jednym udaje mu się natknąć na starego, zmęczonego życiem właściciela, który nie ma siły, by mu pomóc.
Ten dzień jest w istocie analizą moralnego dojrzewania bohatera. Z kondolencji, jakie składają mu napotkani krewni, dowiadujemy się, że właśnie zmarł jego ojciec. A samochodowa wyprawa to ucieczka przed walącą się na niego odpowiedzialnością za pogrążoną w żałobnej traumie matkę i młodszego brata. Teraz już wie, że dzieciństwo nieodwołalnie się skończyło, a zaczęła się dorosłość.
[i]Meksyk 2008, reż. Fernando Eimbcke, wyk. Diego Catano, Hector Herrera, Daniela Valentine, Juan Carlos Lara II, Yemil Stefani [/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA