fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Matura z konformizmu i bylejakości

Mateusz Matyszkowicz
Fotorzepa, Rob Robert Gardziński
Nowoczesna szkoła nie karci uczniów, nie wali ich linijką, nie wmawia im wielkości Słowackiego. Ale czy nie jest bardziej totalitarna i mniej sprzyjająca rozwojowi indywidualności niż szkoła dawna?
[b][link=http://blog.rp.pl/blog/2009/06/02/mateusz-matyszkowicz-matura-z-konformizmu-i-bylejakosci/]skomentuj na blogu[/link][/b]
Najprostsza matura sprawia najmniej problemów. Abiturienci zadowoleni, bo wszystko poszło lekko. Nauczyciele – bo potwierdzili swoje umiejętności pedagogiczne. I wreszcie politycy, bo nikt im głowy nie zawraca pytaniami, co się z edukacją dzieje. Dla polityka bowiem najlepsza edukacja jest czymś niewidocznym. Bez protestujących nauczycieli i niedouczonych młodzieńców.
Cel jest tuż-tuż, jak się wydaje, pedagogiczna nirwana nadciąga. Wszelako to pozór. Nawet, jeśli wymyślimy maturę najprostszą, to ona i tak za kilka lat okaże się zbyt trudna. Wszystko zacznie się wtedy od nowa. Poziom edukacji bowiem, zamiast iść w górę, podąża konsekwentnie drogą w dół. Może więc oszczędźmy sobie trudu i maturę zlikwidujmy.
[srodtytul]Dwa założenia [/srodtytul]
Aby zrozumieć cały proces, należy przyjrzeć się początkom. System oświaty po 1989 r. opiera się na dwóch założeniach. Zgodnie z pierwszym, edukacja jest narzędziem wyrównywania szans. To hasło pasuje wprawdzie do epoki minionej, w obecnej znalazło jednak swoje pełne rozwinięcie. Na wyrównywanie szans powołują się m.in. zwolennicy obniżenia wieku szkolnego, argumentując, że wczesne rozpoczęcie edukacji pozwala dzieciom z gorszych środowisk zrównać się poziomem z tymi, którym dane było się urodzić w inteligenckich domach.
Szkoła, zgodnie z tym założeniem, spełnia funkcję socjalną, a stara bajka o kaganku oświaty zostaje podana w nowej szacie. Miesza się w niej język lewicowej utopii z językiem ekonomicznej efektywności. W tym paradygmacie mieści się bowiem przekonanie, że egalitaryzacja systemu edukacji przynosi wymierne korzyści ekonomiczne, a społeczeństwo lepiej wykształcone szybciej wspina się po drabinie dobrobytu.
W tym paradygmacie mieści się także najnowsze rozumienie roli matury. Z wąskiego przejścia, świadectwa wejścia do grona tej części społeczeństwa, która może nazywać się inteligencją, matura stała się spowszedniałym rytuałem. Świadomie wyznaczono jej bowiem cel, aby objęła jak największą liczbę populacji. Konsekwentnie przy tym marginalizowano szkolnictwo zawodowe jako gorsze.
Odbiło się to jednak na poziomie matury. Czy dziś, jak przed wojną, abiturienci byliby zdolni do napisania obszernego eseju na temat poglądów panujących na salonach paryskich w XVII w.? Czy wiedza wyniesiona ze szkoły średniej pozwala na czytanie Arystotelesa w oryginale?
Do tego egalitarnego założenia dołożono jeszcze drugie. Postępy uczniów mają być mierzone za pomocą egzaminów zewnętrznych. A zatem oddziela się proces uczenia od jego weryfikacji. Założenie z pozoru słuszne i rzadko podawane w wątpliwość. Jego konsekwencją jest natomiast standaryzacja egzaminów, która w konsekwencji prowadzi także do standaryzacji samego procesu kształcenia.
To założenie wydaje się także dobrze współgrać z hasłem egalitaryzacji szkolnictwa. Te same standardy dla wszystkich i ta sama wartość matury.
Jest wszelako jeszcze trzecie założenie, które przyświeca współczesnej pedagogice, a mianowicie emancypacja jednostki. Wszelako zarówno egalitaryzacja szkolnictwa, jak i jego standaryzacja, tej emancypacji nie służą. Dawna szkoła i dawny model wychowania często są przedstawiane przez współczesnych pedagogów jako przejawy totalitarnego rozumienia społeczeństwa. Warto sobie jednak zadać pytanie, czy przypadkiem nowoczesna szkoła nie jest bardziej totalitarna i mniej sprzyjająca rozwojowi indywidualności niż szkoła dawna?
[srodtytul]Pimko żołnierzem wolności [/srodtytul]
Wprawdzie nowoczesna szkoła nie karci uczniów, nie wali ich linijką, a już tym bardziej nie wmawia wielkości Słowackiego, ale i bez tego bije rekordy w kształceniu społecznego konformizmu, braku oryginalności i bylejakości. Stary poczciwy Pimko jest przy niej prawdziwym żołnierzem wolności.
Szkoła, która wszystkich traktuje równo, za wiele nie wymaga, za to wiele moralizuje – a więc szkoła współczesna, kończona symboliczną maturą, nie jest w stanie już wykształcić indywidualnego charakteru ucznia.
Pamiętajmy, że Gombrowicz to absolwent szkoły klasycznej. I chociaż szczerze jej nie znosił, to jednak bez niej nie byłby Gombrowiczem. Czy wśród współczesnych maturzystów znajdzie się kolejny Gombrowicz – oto jest pytanie.
A może lepiej dać sobie z tą komedią spokój?
[i]Autor jest filozofem, tłumaczem, byłym doradcą ministra edukacji, członkiem zespołu "Teologii Politycznej"[/i]
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA