fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Europejski spektakl pozorów

Bronisław Wildstein
Fotorzepa, Ryszard Waniek Rys Ryszard Waniek
Czym jest Parlament Europejski? W dużej mierze wielkim klubem towarzyskim. Jego członkowie, z dala od wyborców, zamknięci we własnym gronie, często tracą kontakt z rzeczywistością
Skomentuj na [link=http://blog.rp.pl/wildstein/2009/06/01/europejski-spektakl-pozorow/" "target=_blank]blog.rp.pl/wildstein
[/link]
Gdyby zapytać zwykłego obywatela, do czego służy Parlament Europejski, z dużą dozą prawdopodobieństwa można założyć, że nie potrafiłby odpowiedzieć. Ba, z odpowiedzią na to pytanie kłopoty mieliby specjaliści tak zdecydowanie nawołujący do uczestnictwa w wyborach. Bo też odpowiedź nie jest prosta.
Nie tak łatwo określić kompetencje Parlamentu Europejskiego, co już powinno budzić pewne wątpliwości. Źle jest, gdy ciała, które noszą nazwy instytucji najbardziej znaczących dla naszej kultury politycznej, oznaczają coś odmiennego i to nie bardzo wiadomo co. Wiemy, że parlament z zasady pełni funkcję ustawodawczą. A Parlament Europejski? Reprezentuje, współtworzy, konsultuje, współpracuje, współdecyduje. Z jego realnych kompetencji wymienić można jedynie zatwierdzanie budżetu, ale bez wpływu na jego wysokość. Także zatwierdzanie Komisji Europejskiej i jej przewodniczącego, czyli kompetencje wtórne. Trudno zresztą wyobrazić sobie, aby możliwości tego parlamentu były większe, a więc, aby przekształcił się on w realny parlament. Nie oznaczałoby to bowiem zwiększenia demokracji, ale jej deformację.
[srodtytul]Nie ma europejskiego demosu [/srodtytul]
Demokracja to ludowładztwo. Sęk w tym, że nie ma i długo jeszcze nie będzie europejskiego ludu, czyli narodu. Tożsamość europejska jest szeroką tożsamością kulturową, ale mocne tożsamości w Europie pozostają narodowe. Finowie, Hiszpanie, Węgrzy czy Niemcy tak jak przedstawiciele innych narodów Unii mają silne poczucie tożsamości narodowej i nic nie zwiastuje, aby mieli je w najbliższym czasie zatracić. A poczucie tożsamości, które prowadzi do uznania dobra wspólnego, jest dla demokracji sprawą fundamentalną. Dobro to można rozumieć na różne sposoby, rozmaite ugrupowania polityczne proponują odmienne drogi jego realizacji, ale bez poczucia wspólnoty narodowej demokracja istnieć nie może. Dlatego niemożliwa jest ona do zbudowania w społeczeństwach plemiennych, czego doświadcza wiele krajów współczesnej Afryki i niektóre Azji. Pomimo form ustroju demokratycznego ludność nie odczuwa w nich lojalności wobec sztucznego państwa, gdyż poszczególne grupy łączy silna więź plemienna. W takiej sytuacji członkowie plemion głosują na swoich, a ci, po dojściu do władzy, działają na ich rzecz, nie licząc się z interesami innych, a niekiedy świadomie występując przeciw nim.
W narodach europejskich dominuje poczucie przynależności narodowej, a więc ich reprezentanci działają na rzecz interesu swojej wspólnoty. Po to zostali wybrani. Wprawdzie w europejskiej Biblii pauperum przedstawia się nam rzeczywistość doskonałej jedności interesów wszystkich europejskich narodów i można nawet wyobrazić sobie, że kiedyś nastanie taki stan, ale – jeśli nawet okaże się to możliwe – to już w innej Europie.
Nawet jeśli chcemy ją zbudować, nie możemy brać pobożnych życzeń za rzeczywistość, gdyż postawa taka może prowadzić do odmiennych efektów niż oczekiwane. W takiej narodowej Europie wyposażenie sztucznego tworu, jakim jest Parlament Europejski, w realne kompetencje nie budowałoby demokracji, tylko jeszcze bardziej ograniczało tę rzeczywistą, która występuje na poziomie państw narodowych.
Szczególną cechą Parlamentu Europejskiego, tak jak i całej Unii, jest ich nieokreśloność. Charakter Unii, a więc i relacje między jej organami tudzież ich kompetencje, a także pozycja konkretnych państw cały czas ulegają zmianie. Efektem tego jest np. fakt, że Polska (i inne kraje Europy Środkowej) wchodziła do UE na zasadach traktatu z Nicei, a stała się członkiem w momencie próby wprowadzenia traktatu konstytucyjnego, który zmieniał (osłabiał) jej pozycję w Unii. Dziś zapisy tego traktatu próbuje się nam zaaplikować w traktacie lizbońskim.
[srodtytul]Przygrywka do wyborów krajowych [/srodtytul]
Euroentuzjaści zachwycają się tym stanem, podkreślając, że Unia to rozwijający się organizm. Jednak z perspektywy elementarnych zasad demokracji sytuacja ta budzi poważne wątpliwości. Przecież obywatele powinni wiedzieć, do jakich ciał wybierają przedstawicieli, jakie będą ich zadania i możliwości. Powinni znać zakres ich kompetencji. Ów stan nieustannego rozwoju, czyli ciągłych zmian dokonywanych poza wpływem i – generalnie – poza wiedzą obywateli, odbiera im możliwość podejmowania realnych decyzji. Parlament Europejski odbija stan rzeczy, w którym pozory rozmijają się z rzeczywistością. Wprawdzie posłowie danego kraju wybierani są z list działających w nim partii politycznych, a w europarlamencie ich przedstawiciele łączą się zgodnie ze swoimi politycznymi orientacjami w szersze ugrupowania, ale – bez względu na swoją przynależność – zwykle działają w imię i na rzecz krajowych interesów. W innym zresztą wypadku byliby – i słusznie – potępieni w swoich państwach i nie zostali ponownie wybrani.
To sprawia, że Parlament Europejski stanowi spektakl pozorów, określający byt instytucji, która choć nazywa się parlamentem, nim nie jest. Nic dziwnego więc, że wybory do niego traktowane są we wszystkich (!) krajach Unii jako przygrywka do wyborów krajowych. Nikt, łącznie z samymi kandydatami, nie traktuje specjalnie poważnie ich unijnych deklaracji, a wyborcy nie za bardzo mają możliwość sprawdzenia aktywności swoich przedstawicieli w PE i nie za bardzo ona ich interesuje. Europosłowie wybierani są ze względu na krajowe preferencje, zwykle nielicznych, wyborców.
Parlament Europejski jest daleko, jego kompetencje są niejasne, mechanizmy funkcjonowania Unii niezwykle skomplikowane, co powoduje, że orientacja zwykłych obywateli w tym, co się tam dzieje, jest ograniczona. Potwierdza to zresztą prostą zasadę: im dalej jakieś ciało od obywateli, tym trudniej je kontrolować i tym bardziej się ono wyobcowuje.
[srodtytul]Z dala od wyborców [/srodtytul]
Z tego powodu posłowie w PE działają na rzecz swoich państw, ale tylko w ograniczonym stopniu. Niekiedy potrafią odejść od funkcjonujących we własnych krajach opinii, czego nie mogliby zrobić na arenie państwowej. Czasami, paradoksalnie, daje to pozytywne rezultaty. Politycy w Niemczech uznają, że dla ich kraju lepsze są pozaunijne dwustronne relacje z Rosją, zwłaszcza jeśli chodzi o politykę energetyczną. Ich reprezentanci w Brukseli dają się jednak przekonywać do wspólnej europejskiej polityki energetycznej. Podobnie rzecz się miała z potępieniem agresji Rosji na Gruzję, która w Niemczech tonowana była przez niechęć do psucia sobie relacji z Moskwą, ale już w Brukseli postawa była bardziej bezwarunkowa – nawet ze strony parlamentarzystów z Niemiec.
Niestety, zwykle jednak oderwanie od własnych narodów widać w ideologicznych postulatach, z którymi dominująca w PE lewica coraz śmielej występuje. W poszczególnych krajach akcje takie byłyby bardziej skrępowane przez tradycję i postawy dużych grup ludności. Tak więc fakt, że członkowie PE mogą wysuwać tylko postulaty, które potem i tak – aby wejść w życie – muszą zostać zatwierdzone przez Radę Europejską, jest zjawiskiem pozytywnym. Inna sprawa, że również Rada, która jest emanacją władz państwowych, z perspektywy Brukseli poczyna sobie bardziej nonszalancko, niż czyniłaby to na terenie swoich krajów, zwłaszcza że odpowiedzialność za jej decyzje ulega rozmyciu.
Czym więc jest Parlament Europejski? W dużej mierze wielkim klubem towarzyskim, którego znacząca część członków ma poczucie misji przekształcenia Europy. Z dala od wyborców i ich zdrowego rozsądku, zamknięci we własnym, nader licznym gronie, w dużej mierze tracą oni kontakt z rzeczywistością.
Niedawno Róża Thun, która wydaje się emanacją europejskiego rozumu, stwierdziła, że wejście do europarlamentu eurosceptycznej partii Libertas nie wpłynie na politykę tego ciała, gdyż jego ewentualni przedstawiciele będą w mniejszości, ale "zepsuje atmosferę". Ta deklaracja przedstawicielki Komisji Europejskiej w Polsce pokazuje, że traktuje ona europarlament nie jako miejsce debaty i wykuwania wspólnych projektów, ale salon, w którym wybrańcy winni dobrze się czuć we własnym gronie. Można przypuszczać, że jej postawa nie jest odosobniona.
Ten salon jest oczywiście otwarty na różne wpływowe grupy i lobby, które potrafią wielokrotnie łatwiej trafiać do parlamentarzystów europejskich niż oddaleni – a więc nieobecni – obywatele ich krajów macierzystych.
Wybory w Polsce potwierdzają dwuznaczność europejskiej demokracji. Nikt nie dyskutuje o sytuacji Unii, nie ma debat o jej drodze rozwoju. Właściwie poza Libertasem i kilkoma nieznaczącymi ugrupowaniami nikt nie kwestionuje traktatu lizbońskiego. Zresztą stosunek do partii Declana Ganleya również jest znamienny. Zgodnie z deklaracją Róży Thun z argumentami nowo powstałej partii się nie dyskutuje, natomiast próba wysuwania wątpliwości wobec obecnego kształtu Unii i kierunku jej rozwoju zbywana jest redukcją do Ganleya, który wyrasta na nowy europejski straszak.
[srodtytul]Przeciw demokracji [/srodtytul]
Również w Polsce (tak jak i w Europie) wybory do UE traktowane są przez wszystkie partie jako walka o miejsce na arenie krajowej. PO od momentu dojścia do władzy, a nawet wcześniej, jeszcze w opozycji, politykę zagraniczną (a więc również unijną) traktowała instrumentalnie. Miała jej zjednać w Polsce i za granicą sympatię, a więc ułatwić zdobycie i utrzymanie władzy. A polska racja stanu? Polską racją stanu jest sprawowanie władzy przez najbardziej kompetentnych. Najbardziej kompetentna zaś jest własna partia. To przecież partia fachowców, a w świecie postpolityki rządzić powinni profesjonaliści. Tak można rozumieć postawy dominujących w Polsce partii, a przede wszystkim partii rządzącej. Chociaż instrumentalny stosunek do polityki zagranicznej, choć w mniejszym stopniu, dosięgnął również jej opozycyjnego przeciwnika.
Brak dyskusji o UE przy okazji wyborów do jej parlamentu traktowany jest przez dominujące opiniotwórcze środowiska w Polsce jako symptom pozytywnej ewolucji Polaków. Podobno zaaprobowaliśmy integrację europejską. W rzeczywistości wiemy o niej mniej niż reszta Europejczyków, którzy, poza politycznymi elitami, też wiedzą o niej niewiele. Trudno zresztą wyrobić sobie bardziej precyzyjną opinię o tworze tak skomplikowanym, który, co więcej, poddawany jest ciągłym poprawkom przez swoich konstruktorów. Z całą pewnością można powiedzieć, że z demokracją w dowolnym znaczeniu tego słowa ma on coraz mniej wspólnego.
Niedawno w Niemczech dyskutowałem z miejscowymi politologami (euroentuzjastami oczywiście) na temat traktatu lizbońskiego. Uspokajali mnie oni, że właśnie ten traktat stanowi barierę dla ambicji nadmiernego poszerzania uprawnień UE i podkreśla fundamentalne granice samostanowienia państw członkowskich. Przypominam, że w Polsce traktowany jest on, i słusznie, jako krok w kierunku pogłębienia integracji Unii. Problem w tym, że w dokumencie znaleźć można uzasadnienie obu tych sprzecznych wniosków. Gdy fundamentalny dokument zawiera tak daleko idące sprzeczności, można żywić obawę, że rozwiązywać je będą ponadnarodowi arbitrzy. Być może oznaczać to będzie również poszerzenie uprawnień Parlamentu Europejskiego. I trudno uznać to za postęp demokracji.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA