Film

Jak Brad Pitt zabił Hitlera

Quentin Tarantino ze swymi aktorkami: Francuzką Melanie Laurent (po lewej) i Niemką Diane Kruger
AFP
Cannes 2009. Quentin Tarantino w najnowszym filmie „Bękarty wojny” bawi się kinem jak za najlepszych czasów
To, czego nie udało się dokonać Tomowi Cruise’owi w roli Stauffenberga, zrobił Brad Pitt. Okazało się, że jednak można było zabić Hitlera i wcześniej skończyć II wojnę światową. Warunek był jeden: za kamerą musiał stanąć Quentin Tarantino.
Croisette oszalało. Przed Pałacem Festiwalowym kłębiły się tłumy. Na pokazie prasowym pół godziny przed rozpoczęciem seansu trudno już było znaleźć wolne miejsce. Tarantino stał się ikoną popkultury – potrafi pogodzić krytyków i widzów. Ci pierwsi są ciekawi każdego jego filmu, drudzy kochają go wiernie i niezmiennie od lat. [srodtytul]Tarantino ma swój styl[/srodtytul]
Swoją pozycję Amerykanin w dużej mierze zawdzięcza festiwalowi canneńskiemu. To tutaj w 1992 roku nikomu nieznany młody realizator, pracownik wypożyczalni wideo, zaszokował widzów „Wściekłymi psami”. Dwa lata później zdobył Złotą Palmę za „Pulp Fiction”. Kiedy ją odbierał, na sali rozległy się gwizdy, bo wygrał z wielkim faworytem publiczności i krytyków – „Czerwonym” Krzysztofa Kieślowskiego. Ale nawet ci najbardziej zawiedzeni nie mogli odmówić „Pulp Fiction” nowatorstwa i fantastycznego dystansu do świata. Dla kina to był zastrzyk świeżej energii. Odtąd już zawsze mówiono o „stylu Tarantino”. [wyimek]Tarantino zrobił mieszankę filmu gangsterskiego z westernem i odwrócił bieg historii[/wyimek] On sam jednak jakby się zatrzymał. Owszem, nadal kochał kino i fantastycznie się nim bawił, jednak poza „Jackie Brown” w kolejnych filmach powielał siebie. Stał się przewidywalny. Tym razem znów postanowił zaszokować, zburzyć świętości. „Bękarty wojny” („Inglourious Basterds”) były zapowiadane jako kino akcji z II wojną światową w tle. – W ciągu ostatnich 20 lat widziałem mnóstwo filmów wojennych, a właściwie antywojennych. Nie chcę przez to powiedzieć, że jestem za wojną. Ale filmy wojenne nie zawsze muszą być kręcone z perspektywy ofiary. A poza tym tak naprawdę „Bękarty…” nie są obrazem o wojnie. Postąpiłem tak jak Doctorow w „Ragtime”. Wziąłem pewien okres historyczny i wtłoczyłem w niego swoich bohaterów. [srodtytul]Krwawa bajka [/srodtytul] Tarantino zrobił film przygodowy, mieszankę filmu gangsterskiego z westernem. Zabawił się kinem i... odwrócił bieg historii. Zaczął swoją opowieść jak bajkę. „Once upon a time...” – „Dawno temu w okupowanej przez nazistów Francji”. Dalej możemy się spodziewać wszystkiego. Oddział „Bękartów” złożony z amerykańskich Żydów sieje strach wśród niemieckich oddziałów. Porucznik Aldo Raine o miłej fizjonomii Brada Pitta wielkim nożem wyrzyna Niemcom na czołach swastyki. Jeden z jego podopiecznych, noszący wdzięczną ksywkę Żydowski Niedźwiedź, roztrzaskuje nazistom głowy kijem golfowym i zdejmuje skalpy. W końcu „Bękarci” postanawiają zabić Hitlera. Podobny cel stawia sobie młoda Żydówka, która jako jedyna z rodziny ocalała z Holokaustu. Niemiecki oficer – pułkownik Landa, okrutny likwidator Żydów, paktując z Amerykanami, postanawia zabezpieczyć sobie przyszłość na słonecznej wysepce. Jedną z głównych ról odgrywa też w „Bękartach…” kino. Podczas uroczystej premiery filmu o niemieckim żołnierzu, który sam zabił setki aliantów, nastąpi zamach na wierchuszkę III Rzeszy. „Bękarty wojny” powstały na podstawie filmu Enzo Castellariego sprzed 30 lat. – Kupiłem prawa do tego obrazu, ale chciałem wykorzystać tylko jego tytuł – mówi Tarantino. Od pomysłu scenariusza do canneńskiej premiery minął rok. Jak na dużą amerykańską produkcję to czas rekordowo szybki. – Pracowałem niemal non stop. Ale mam wrażenie, że jak człowiek ma mniej czasu, to staje się bardziej spięty i twórczy. Dzisiaj myślę, że „Death Proof” robiłem za długo i w zbyt komfortowych warunkach. Krytycy bali się „Bękartów...”, bo jak można kpić z wojny? Ale Tarantino po prostu bawi się kinem jak za najlepszych czasów „Pulp Fiction”. Jego nowy film ocieka czerwoną farbą, błyszczy fantastycznymi dialogami, jest świetnie zrealizowany i finezyjnie śmieszny. Tarantino jest w świetnej formie, choć trudno się oprzeć wrażeniu, że enfant terrible współczesnego kina nie chce wydorośleć, mimo że zbliża się do pięćdziesiątki. I może dobrze, bo kino kocha wielkie dzieci. [ramka]Powiedział [b]Brad Pitt, aktor[/b] Latem zeszłego roku Quentin przyjechał do mnie do domu w odwiedziny. Przywiózł ze sobą scenariusz „Bękartów wojny”. Gadaliśmy całą noc. Rano znalazłem na podłodze pięć pustych butelek po alkoholu. Chyba musiałem wtedy przyjąć rolę w jego filmie, bo sześć miesięcy później znalazłem się nagle na planie w wojskowym mundurze. Ale muszę powiedzieć, że cieszyłem się, że przyjąłem tę rolę. Staram się zawsze szukać czegoś nowego, czego jeszcze nie robiłem. Aktor powinien stawiać przed sobą nowe zadania, to pomaga mu się rozwijać. Ważne też, by spotykać się na planie z ludźmi, których się szanuje. A praca z Quentinem jest fantastyczna, bo on kocha kino. Roztacza wokół siebie jakąś magię. No i bardzo ciekawie jest występować w międzynarodowej obsadzie. W „Bękartach wojny” niemieccy aktorzy grali Niemców, amerykańscy – Amerykanów, francuscy – Francuzów, a kanadyjscy – Anglików. Myślę, że była to świetna mieszanka, a występ u Tarantino może się okazać ważny dla wielu kolegów. Na przykład niemieccy aktorzy rzadko mają szansę wypłynąć na międzynarodową scenę, tak jak amerykańscy. A są świetni i „Bękarty...” na pewno zwrócą na nich uwagę. [i]not. bh[/i][/ramka]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL