Muzyka

Bob Dylan powraca do lat swej młodości

Bob Dylan; Together Through Life; Columbia Records/ Sony Music 2009
Rzeczpospolita
Nowy studyjny album barda nie jest tak znakomity jak trzy poprzednie, ale artysta trzyma poziom
Dwójka młodych ludzi całuje się na tylnym siedzeniu limuzyny z lat 50. Widać nagie plecy chłopaka i tatuaż na jego przedramieniu. Za szybą autostrada.
Bob Dylan wyeksponował na okładce swej 36. studyjnej płyty wnętrze samochodu, jakby chciał do niego wsiąść i wrócić do przełomu lat 50. i 60. A to, co niemożliwe w życiu, dokonało się dzięki muzyce. – Instrumenty same zagrały jak na płytach wytwórni Chess i Sun – powiedział Dylan, wymieniając firmy, dla których nagrywali Muddy Waters i Howlin” Wolf. On słuchał ich jeszcze przed debiutem, tak jak młodzi zbuntowani bohaterowie albumu fotograficznego „Brooklyn Gang” Bruce’a Davidsona z 1959 r. To z niego zaczerpnął zdjęcie na okładkę.
Jeszcze jeden trop prowadzi do tamtej epoki – Edith Piaf i film Oliviera Dahana „Niczego nie żałuję” jej poświęcony. Dylan zaczął nagrywać płytę poproszony przez reżysera o piosenkę do jego nowego obrazu „My Own Love Song”. Piękna, liryczna ballada „Life Is Hard” opowiada o podróży do Memphis. Nowa płyta Dylana zaskoczyła wszystkich. Spodziewaliśmy się krążka z niewydanymi piosenkami Johnny’ego Casha, tymczasem zaproponował chicagowskiego bluesa, brzmienia z Teksasu i Meksyku. Teksty napisał wraz z Robertem Hunterem związanym z Grateful Dead. Opisuje samotników, dziwaków, ludzi wolnych. Czyli siebie samego. Barda, który żyje na niekończącym się tournée, w autobusach i hotelach. W jednej z najlepszych kompozycji na płycie – „Shake, Shake Mama” – śpiewa, że nie ma matki, nie ma ojca ani nawet przyjaciół. O żonie w „My Wife’e Home Town” chrypi, że jej domem jest piekło. Od pierwszego taktu uwagę słuchacza zwraca akordeon, na którym gra gościnnie David Hidalgo z zespołu Los Lobos. Ale rozpoczynające album „Beyond Here Lies Nothin” byłoby idealne bez niego. Leniwie płynący blues brzmiałby po prostu ostrzej. Pewnie jednak Dylan chciał nagrać album odbiegający aranżacyjnie od poprzednich. Osiągnąć atmosferę spelunki, w czym pomaga także mandolina. Hidalgo znakomicie odnalazł się w folkowym motywie „If You Ever Go To Houston”, w którym pozdrawia byłe dziewczyny w Dallas. Muzykowi Los Lobos należą się też brawa za „This Dream Of You” utrzymane w klimacie amerykańsko-meksykańskiego pogranicza. Nie gra siłowo, lecz emocjonalnie. Świetna jest dynamiczna „Jolene”. Dwie ostatnie kompozycje można odebrać jako komentarz do współczesnych wydarzeń w Ameryce. Gdy śpiewa „I Feel A Change Comin On”, można pomyśleć, że chodzi o zmiany związane z Obamą. Tymczasem on opisuje obyczajową scenkę z prowincji: córkę idącą przez wieś z księdzem. Bo Dylan jak Joker. Kpiarz i mistrz absurdu. Sarkastyczne jest „All Good”. Muzyk przekonuje, że świat się nie zmienia: kuchnie restauracji zawsze są pełne much, a wielcy politycy ciągle kłamią. I dodaje, że nic mu po marzeniach, nawet jeśli się spełniają. [i]Bob Dylan; Together Through Life; Columbia Records/ Sony Music 2009[/i] [i]Wyślij e-mail do autora: [mail=j.cieslak@rp.pl]j.cieslak@rp.pl[/mail][/i]
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL