fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Telewizja

Lubię wyzwania, bo jestem hipisem

Z Willemem Dafoe rozmawia Barbara Hollender
[b]Rz: Sztuka to prowokacja?[/b]
Prowokacja, ale to nie znaczy, że artysta musi być zwariowany. Ja nigdy nie byłem szalony. Jestem naprawdę porządnym, w miarę poukładanym facetem, który zawsze ciężko pracował.
[b]Mówi pan często, że ostatni okres jest dla pana szczególnie interesujący. Dlaczego?[/b]
Bo to czas wielkich zmian. Mieszkam w Nowym Jorku tylko częściowo. Przestałem współpracować z moją grupą teatralną Wooster. Przeżyłem koniec związku, w którym byłem przez 25 lat, zacząłem niemal nowe życie. Choć z drugiej strony ja sam nie jestem tak bardzo różny od chłopaka, który marzył o aktorstwie w małym miasteczku Appleton w stanie Wisconsin.
[b]Ten chłopak był podobno dość niesforny. Został nawet wyrzucony ze szkoły.[/b]
Zapłaciłem wysoką cenę za pasję. To było gorzkie doświadczenie. Appleton jest miejscem, gdzie ludzie znają swoich sąsiadów, a ksiądz skrzętnie kontroluje, ile kto dał na tacę. Ja chciałem się z codziennej nudy wyłamać, zrobić coś oryginalnego. Zamiast rejestrować kamerą szkolne zawody sportowe, postanowiłem nakręcić film. Przeprowadziłem rozmowy z trzema chłopakami. Każdy z nich był swego rodzaju outsiderem. Pierwszy sprzedawał narkotyki, drugi uprawiał satanizm, trzeci był nudystą. Kiedyś, gdy poszedłem na lunch, któryś z nauczycieli wszedł do szkolnej montażowni i obejrzał na stole materiał. Niestety, zupełnie się nie znał na sztuce. Zaczęły się telefony do rodziców, no i wtedy właśnie, bez żadnej dyskusji, wywalono mnie ze szkoły.
[b]Dzisiaj pewnie wraca pan do niej jako gwiazda, żeby spotykać się z uczniami?[/b]
Niezupełnie. W Appleton przez chwilę gościł wielki iluzjonista Houdini. Jako młodzi chłopcy śmieliśmy się, że ucieczka z naszego miasta była jedną z najlepszych sztuczek, jakich dokonał. Po latach zdarzyło mi się powtórzyć ten żart w jakimś telewizyjnym show. Oburzenie lokalnych patriotów było tak wielkie, że od tamtej pory nie mam po co się pojawiać w Appleton.
[b]Wróćmy więc do pasji. Ona jest dla artysty najważniejsza?[/b]
Zdecydowanie. Nie cierpię pracować z ludźmi, którym jest wszystko jedno. Człowiek może z siebie wykrzesać znacznie więcej, kiedy czuje wokół entuzjazm. Poza tym lubię mieć do czynienia z artystami nieprzewidywalnymi. Największą frajdę sprawiają mi spotkania z ludźmi, którzy są różni ode mnie, mają inne zaplecze kulturowe, inną wrażliwość. Oni mogą człowieka zainspirować do porzucenia schematycznego myślenia, do intensywniejszego przeżywania świata.
[b]Mówi pan o ludziach. A scenariusze? Co sprawia, że przyjmuje pan rolę? Co pana pociąga w filmie?[/b]
Podróż. Przygoda. Możliwość zmiany skóry. Szansa na poznanie czegoś nowego. Na to, że nie będę w jakimś świecie turystą, lecz pielgrzymem. Choć tak naprawdę aktor, nawet nie najgorszy, nie przebiera w propozycjach jak w ulęgałkach. I zdarza się, że musi przyjmować role, które nie do końca mu odpowiadają.
[b]Na początku pana kariery reżyserzy filmowi widzieli w panu głównie bohaterów negatywnych.[/b]
Nie bardzo mnie to dziwi. Młodość jest dla aktora niełatwym czasem. Jak jesteś przystojny i piękny – grasz amantów. Jak jesteś, no powiedzmy, typem mniej klasycznym – skazują cię na role łajdaków. To nawet dość ciekawe. Nigdy nie czułem się rzezimieszkiem, ale w końcu aktorem zostaje się po to także, by stawać się kimś innym.Tu są dwa problemy. Po pierwsze w kinie amerykańskim tzw. bad guy jest zwykle postacią dość schematyczną. Po wtóre zaś każde zaszufladkowanie kryje w sobie niebezpieczeństwa.
[b]Udało się panu jednak ten wizerunek przełamać. Dzięki Oliverowi Stone’owi i „Plutonowi”, a przede wszystkim dzięki Martinowi Scorsese. Nie każdemu jest dane zagrać Chrystusa, nawet jeśli film jest skandalizujący.[/b]
„Pluton” mnie zaskoczył. Obrazy wojenne kojarzyły mi się wtedy głównie z kinem akcji w stylu „Rambo”, a Oliver Stone nie był jeszcze reżyserem znanym i renomowanym. Natomiast „Ostatnie kuszenie Chrystusa” było od początku wyzwaniem. Czytałem Biblię, rzetelnie się przygotowywałem. Marty od razu założył, że pokaże Chrystusa przede wszystkim jako człowieka. Zdjęcia do tego filmu, które kręciliśmy w bardzo trudnych warunkach w Maroku, były potwornie wyczerpujące. Mieliśmy niski budżet, nie mogliśmy sobie pozwolić nawet na ustawienie przyczep na planie. Ale czuliśmy, że robimy coś ważnego. Martin myślał o tym temacie od lat. Tym bardziej bolały mnie później ataki na film i jego reżysera.
[b]Trzeba powiedzieć, że nie każdy ma możliwość zagrania takiej gamy postaci – od Jezusa do Nosferatu.[/b]
A nie na tym polega magia aktorstwa?
[b]Zmienia pan nie tylko skórę bohaterów, ale również typ kina. Można pana oglądać zarówno w filmach niszowych, trudnych, artystycznych, jak i typowo komercyjnych.[/b]
Każdy projekt jest inny, ale każdy robi się z jakiegoś powodu. Kino to kolektywna praca, a spotkanie z ludźmi zawsze jest pasjonujące. Poza tym aktorzy potrzebują ryzyka i poczucia zagrożenia. Wtedy bardziej się spinają, zaczynają walczyć, stają się bardziej kreatywni. Tak mi się wydaje. A może po prostu to ja lubię wyzwania, bo jestem starym hipisem. I nigdy się na takiej życiowej postawie nie zawiodłem. A z punktu widzenia praktycznego...
[b]To dużo pieniędzy?[/b]
Z pewnością. Ale i coś jeszcze. W amerykańskim systemie aktor, który gra wyłącznie w kinie niezależnym i ambitnym, nie pokazując się w wielkich produkcjach hollywoodzkich, powoli traci wartość. Nawet jeśli jest bardzo dobry, przestaje dostawać ważne propozycje. Wypada z gry.
[b]Ale już np. udział w „Speed 2. Niebezpieczna szybkość” czy „Spider-Manie” przyniósł panu dużo popularności...[/b]
Rola multimilionera Normana Osborna wpisała mnie w świat popkultury. Jednak „Spider-Man” nie był komercyjnym chłamem obliczonym wyłącznie na ściągnięcie z rynku kasy. Sam Raimi przełamał wiele schematów, które zwykle towarzyszą kinu opartemu na komiksach, i dobrze, że hollywoodzkie studio chciało w to wejść. Co do „Speed 2”... Na planie tego filmu znów poczułem się jak chłopiec bawiący się w dziecięcym pokoju. A poza tym, kto rozsądny odmówiłby roli, która zapewnia cudowne wakacje na Karaibach?
[b]Czy po tych wszystkich latach ma pan w sobie ten sam entuzjazm co na początku?[/b]
No pewnie. Ja naprawdę jestem fajnym facetem. A poważnie: nigdy nie byłem nastawiony na robienie kariery, na jakiś gigantyczny sukces. Oczywiście, jak każdy, chciałem zarobić na szacunek innych i dobre życie, ale nigdy nie myślałem o gwiazdorstwie. Pracowałem w teatrze. Nie szukałem sławy, a zyskałem jej znacznie więcej, niż kiedykolwiek marzyłem. Ale nie jestem do niej przywiązany. Gdyby ludzie przestali mnie rozpoznawać na ulicy, nie umarłbym z rozpaczy.
[b]Nie boi się pan więc, jak większość pana kolegów, milczącego telefonu?[/b]
Nie. Bo zawsze mogę się schronić w teatrze. I to nie będzie żadne wyrzeczenie czy zsyłka. Ja się tam czuję wyśmienicie.
[b]Co pana tak w teatrze zachwyca?[/b]
Spontaniczność, ulotność, bliski kontakt z widzem. To wspaniałe medium. Kino należy do reżyserów. Możesz sobie grać, wymyślać postać, konsekwentnie ją budować, a wystarczy jeden ruch nożyc montażysty i kluczowa w twojej opinii scena wylatuje z filmu. Albo kamera obserwuje akurat pejzaż, a nie ciebie. Konstrukcja postaci wali się, a ty nie masz na to żadnego wpływu. W teatrze aktor kontroluje wszystko: klimat, rytm sztuki. Może zmieniać swoją postać każdego wieczoru, inaczej rozkładać akcenty. To fascynujące. Ja przez całe lata byłem związany z nowojorską Wooster Group, która przypominała rodzinę. Ale kino też ma swoje niebywałe zalety. Najlepiej więc uprawiać płodozmian. Wtedy człowiek czuje się spełniony.
[b]Mam jednak wrażenie, że i w teatrze, i w filmie nie lubi pan naturalizmu.[/b]
Są twórcy, którzy chcą, by widzowie identyfikowali się z bohaterami ich filmów, żeby mówili: „Boże, to o mnie”. Ja wolę, żeby odkrywali nowe światy. Także w sobie. Bo przecież sztuka może działać na podświadomość, znaleźć z niej coś, o co sami siebie nie podejrzewamy.
[b]Od początku swojej kariery lubił pan pracować w Europie. Ale ostatnio bywa pan na Starym Kontynencie coraz częściej. Po „Kurzu czasu” Theo Angelopoulosa zagrał pan główną rolę w „Antychryście” Larsa von Triera.[/b]
Lubię Europę za to, że jest wierna tradycji kina autorskiego, artystycznego. W Stanach kino to przemysł. Wszyscy śledzą tabele oglądalności, producenci od dnia premiery codziennie czekają na raporty frekwencyjne. Ta atmosfera udziela się nawet krytykom. Niedawno pewien dziennikarz z branżowego pisma „Variety” zapytał mnie, jak znoszę klęskę swojego filmu. To był świetny tytuł, więc spytałem zdziwiony: „Klęskę?”. „No, tak – odpowiedział. – Przecież on w kinach zarobił zaledwie 10 mln dolarów”.
W Europie taka rozmowa byłaby niemożliwa. Poza tym bardzo wysoko cenię europejskich artystów. Spotkanie z Theo Angelopoulosem było szalenie interesujące. Podobnie jak z Larsem von Trierem. Nie mogę zbyt wiele mówić o „Antychryście”, zanim nie wejdzie on na ekrany. Ale praca nad tym obrazem była szczególna. W scenariuszu były bardzo długie dialogi, niektóre miały po dziesięć stron. A my wchodziliśmy do dekoracji i kręciliśmy. Czasem całe dnie. A czasem Lars mówił: OK. Jest świetnie. Kończymy. On doskonale wie, kiedy dostaje to, co jest mu potrzebne. I zawsze szuka maksymalnej klarowności.
[b]Powiedział pan kiedyś, że zawsze w życiu był pan najmłodszy. W rodzinie był pan najmłodszym dzieckiem, potem jako małolat trafił do teatru i bardzo wcześnie zagrał w pierwszym filmie. Tymczasem dzisiaj młodzi zaczynają na pana patrzeć jak na klasyka.[/b]
Uff, gdyby pani wiedziała, ile mnie kosztowało, żeby zrozumieć, iż przestałem być enfant terrible, któremu wszystko wolno. Nagle na planie zaczęli do mnie podchodzić ludzie i mówić „Sir”. Młodzi reżyserzy traktują mnie jak starego hollywoodzkiego wygę, który pracował z Cronenbergiem, Scorsese, Lynchem, Stone’em, Friedkinem. Przekroczyłem pięćdziesiątkę, choć mnie samemu jest w to trudno uwierzyć. Nie czuję się na swoje lata, ale kalendarza nie da się oszukać. No cóż, muszę się powoli przygotowywać do ról staruszków.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA