fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Teatr

Odświeżanie znanych hitów

"Chicago", Teatr Muzyczny im. Danuty Baduszkowej w Gdyni
materiały prasowe, Patrycja Żabińska-Kozłowska zabinska Patrycja Żabińska-Kozłowska
Jak na kraj, który nie ma własnych tradycji musicalowych, dzieje się u nas wiele. Czasami bywa biednie i smętnie, ale niekiedy też interesująco
Do takich refleksji skłania zakończony niedawno II Festiwal Teatrów Muzycznych, na którym wystąpiło dziewięć polskich zespołów. Nieobecna była tylko stołeczna Roma. Każdy teatr mógł zaprezentować to, co ma w repertuarze najlepszego, otrzymaliśmy zatem przegląd tytułów, które zapisały się w historii musicalu.
Najświeższe w zestawie były bowiem przeboje Broadwayu z poprzedniej dekady: „Rent" Jonathana Larsona oraz „Ragtime" Stephena Flaherty'ego i Terrence'a McNally'ego. Na więcej nas nie stać, nie możemy nadążać za światową modą przede wszystkim ze względów finansowych. Nieprędko zatem zobaczymy w polskiej wersji takie hity ostatnich lat jak „Mamma Mia!" czy „Król Lew". Licencja na ich inscenizację kosztuje ponad milion dolarów, potrzebny jest nie tylko hojny sponsor, ale także późniejsza intensywna eksploatacja spektaklu przy pełnej widowni, co daje szansę na zwrot wyłożonych pieniędzy.
Na takie rozwiązanie decyduje się jedynie Teatr Muzyczny Roma, który niemal dzień w dzień gra „Upiora w operze" Andrew Lloyda Webbera. Dyrektorzy w Gliwicach, Lublinie czy Poznaniu wolą bezpieczniejszą różnorodność, tyle że wtedy mają do dyspozycji tytuły, którymi świat fascynował się pół wieku temu.
[srodtytul]Telewizyjna rozrywka[/srodtytul]
Na rodzimych twórców nie ma co liczyć, nieliczne polskie musicale są efemerydami. „Metro" Janusza Stokłosy i Janusza Józefowicza zagrane już ponad tysiąc razy pozostaje niepowtarzalnym wyjątkiem, na dodatek sami jego twórcy poprzestali na jednorazowym sukcesie. Dziś w Studiu Buffo realizują składanki w rodzaju „Wieczoru latynoskiego", powielając wzory tandetnej rozrywki telewizyjnej.Sztandarowymi pozycjami są zatem „My Fair Lady" Fredericka Loewego (światowa prapremiera – 1956 r.) czy młodszy o osiem lat „Skrzypek na dachu" Jerry'ego Bocka. Oba musicale ożywają nieustannie na naszych scenach w inscenizacjach, niewiele w gruncie rzeczy różniących się od siebie. Klasyczny polski teatr musicalowy jest bowiem tradycyjny, czasem wręcz anachroniczny na tle tego, co obserwujemy na scenach dramatycznych lub operowych.
Ile razy można jednak oglądać w „Skrzypku na dachu" ten sam taniec z butelkami oraz mleczarza Tewjego ciągnącego swój wózek na tle zbudowanych z dykty chat biednej Anatewki? Jerzy Gruza, twórca tegorocznej inscenizacji musicalu (do którego sam powrócił po 24 latach) w Teatrze Muzycznym w Gdyni, w finale przywołał co prawda wspomnienie Holokaustu, przedtem jednak pokazał wszystko to, co oglądaliśmy w innych wersjach.
[srodtytul]Mało eksperymentów[/srodtytul]
Musical boi się reżyserskich eksperymentów, ale w ten sposób staje się widowiskiem dla konserwatywnej publiczności, która starzeje się wraz z nim. Rewolucyjny niegdyś „Jesus Christ Superstar" Webbera już nie bulwersuje, a inscenizacja Marcela Kochańczyka w Teatrze Rozrywki w Chorzowie po dziewięciu latach jest bez życia.Odejście od reżyserskiej sztampy bywa jednak możliwe, co na festiwalu udowodniły dwa zespoły. Wrocławski Capitol pokazał drapieżną i rozgrywaną we współczesnej przestrzeni industrialnej „Operę za trzy grosze" Bertolta Brechta i Kurta Weilla (reżyser Wojciech Kościelniak). Natomiast z kanonicznym wzorem „Chicago" ustanowionym ponad 30 lat temu przez choreografa Boba Fosse'a zerwali w gdyńskim Teatrze Muzycznym Maciej Korwin i Jarosław Staniek. Oba przedstawienia miały tę samą energię, jaką dawał im precyzyjnie prowadzony zespół wykonawców.
Inna sprawa, że te utwory wychodzą poza schemat bezpretensjonalnej opowiastki miłosnej, co ułatwia zadanie inscenizatorom. Taki jest również „Ragtime" pokazujący skomplikowane losy kilku amerykańskich rodzin u progu XX wieku. Z szansy stworzenia dzięki temu żywego widowiska skorzystał Gliwicki Teatr Muzyczny.
[srodtytul]Młodzież atakuje[/srodtytul]
Ale przecież i z banalnej historyjki, na której oparta jest intryga musicalu „Rent", da się sporo wykrzesać. Jednak inscenizacja Opery na Zamku w Szczecinie swą żywiołowość zawdzięcza przede wszystkim wykonawcom, których spora część w tym przedstawieniu debiutowała na scenie. To dzięki nim spektakl jest tak entuzjastycznie przyjmowany przez młodą widownię. Jeśli polski teatr chce się rozwijać, musi szukać nowych tytułów i bronić się przed wykonawczą sztampą. Kilkanaście lat temu narzekaliśmy, że brakuje aktorów, którzy potrafią tańczyć i śpiewać. Dziś większość zespołów prezentuje profesjonalny poziom, ale też do ich gry zaczyna się wkradać rutyna, powielanie tych samych aktorskich chwytów, do czego skłania konwencja tradycyjnego musicalu.
Coraz częściej wykonawcy dobierani są jednak poprzez casting, więc aktorem może zostać każdy. Ale to bywa niebezpieczne. Bez profesjonalnego przygotowania obecni bohaterowie szczecińskiego „Rent" czy warszawskiego „Upiora…" za kilka lat mogą stracić głos i nie będą w stanie zaśpiewać prostej piosenki.
Dlatego tak ważny jest rozwój studium wokalno-aktorskiego Teatru Muzycznego w Gdyni, którego absolwentów można spotkać niemal w każdym zespole. Niebawem zostanie ono przekształcone w studia wyższe przy Uniwersytecie Gdańskim.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA