fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Powrót "grupy trzymającej władzę"

To właśnie Robert Kwiatkowski (na zdj. z Włodzimierzem Czarzastym w 2004 r.) i jego bliscy współpracownicy naprawdę rządzą dziś telewizją, mimo iż w większości pozostają poza nią
Fotorzepa, Bartłomiej Zborowski Bar Bartłomiej Zborowski
W TVP, która wyhodowała szczególny szczep mutantów, nikt nie próbuje się podlizać Farfałowi. Rudomino zaś – kto może. Przy czym traktowany jest on jak posłaniec moszczący drogę powrotu Robertowi Kwiatkowskiemu – pisze publicysta "Rz"
[b][link=http://blog.rp.pl/ziemkiewicz/2009/01/19/powrot-grupy-trzymajacej-wladze/" "target=_blank]Skomentuj[/link][/b]
Zwykło się mówić, że "każda kolejna władza stara się przejąć publiczną telewizję". To prawda. Tylko że w wypadku władz niepostkomunistycznych te starania nigdy nie kończyły się sukcesem. Z perspektywy 20 lat jawią się one jak mozolne zdobywanie warownych fortów twierdzy Verdun. Na forty takie, wkopane kazamatami głęboko w ziemię, udawało się czasem szturmującym wedrzeć, sukces jednak zwykle ograniczony był do usadowienia się na żelbetowym pagórku – wejście do właściwego fortu było nie do sforsowania. Po zmroku przyczajeni obrońcy spędzali szturmujących z dachu granatami i tyle było.
[srodtytul]Mafijna solidarność [/srodtytul]
Otóż TVP, w poprzednim ustroju główna obok bezpieki podpora ustroju (to jej właśnie zwycięstwem, a nie ZOMO i wojska, był stan wojenny – wolę oporu Polaków złamano nie czołgami, bo te okazały się potrzebne incydentalnie, ale bombardując ich przez wiele miesięcy obrazami chaosu i bezhołowia), jest taką właśnie twierdzą, w której okopał się i z powodzeniem broni PRL.
Ta gigantyczna instytucja nie zmieniła swej istoty – genetycznie pezetpeerowskiej, by nie rzec wprost esbeckiej. Oczywiście dziś już niewielu pracuje w niej ludzi, którzy byli tam jeszcze za poprzedniego ustroju. Ale poprzez mechanizmy kooptacji, wzajemnego wspierania się, tępienia ludzi o sztywniejszym kręgosłupie oraz "wychowywania" i korumpowania tych bardziej giętkich, ludzie, których żywotne interesy trwale związane są ze środowiskami postkomunistycznymi, wciąż zajmują w tej strukturze pozycję umożliwiającą skuteczne zablokowanie wszelkich niemiłych im zmian.
Historia politycznych walk o telewizję znaczona była kolejnymi reformami i reorganizacjami. Nie mogąc rozbić mafijnej solidarności peerelowskich wyjadaczy ani nie będąc w stanie ich zwolnić, nowi szefowie TVP próbowali obstawiać ich swoimi nominatami i budować w procesach decyzyjnych i produkcyjnych rozmaite by-passy. Mnożono więc stanowiska kierownicze, rozbudowywano struktury, zmieniano zakresy kompetencji dyrektorów i hierarchie podległości, co nakładało się na – z natury w tego typu instytucji – silne prawidłowości opisane przez Parkinsona. Wskutek tego telewizja robiła się strukturą w coraz większym stopniu niesterowalną, a od formalnych kompetencji ważniejsze stawało się usadowienie w nieformalnych układach.
Ten bałagan szczytów sięgnął za rządów w TVP koalicji PiS – Samoobrona – LPR, wypełnionych najpierw bezustannymi próbami odwołania prezesa i sabotowaniem jego poleceń. Po jego wymianie wypełniły go kompetencyjne spory najpierw pomiędzy ludźmi PiS i "przystawkami" – a wedle znacznie bardziej skomplikowanych linii podziału, gdy Urbański po przegranej Kaczyńskiego porzucił patronat PiS i wbrew jego ludziom, opierając się na części "przystawek" i posługując małżeństwem Lisów, rozpoczął grę o wkupienie się w nowy układ i zachowanie wpływów.
[srodtytul]Prorok Kwiatkowskiego[/srodtytul]
Po serii intryg skończyło się to zwycięstwem Tomasza Rudomino, który ograł zarówno Urbańskiego, jak i Siwka z Bochenkiem, do ostatniej chwili przekonanych, że przeciągnęli "przystawki" na swoją stronę i odzyskują TVP dla swojej formacji. Pełniącym obowiązki prezesa mianowany został lekceważony delegat LPR Piotr Farfał, nic jednak nie wskazuje, aby rzeczywiście dysponował on realną władzą. Pierwsze decyzje Farfała trudno wytłumaczyć inaczej niż odgrywaniem się i leczeniem kompleksów lekceważonego "prezesa ds. papieru toaletowego", jak go dotąd pogardliwie na Woronicza nazywano. Najpilniejsza okazała się dla niego zemsta na szefie ochrony, który na polecenie Urbańskiego próbował odebrać mu przepustkę, oraz na Joannie Lichockiej, którą swego czasu usiłował zmusić do wpuszczenia do programu "Forum" osoby przez niego wyznaczonej, zamiast zaproszonej przez dziennikarkę, i musiał jak niepyszny ustąpić. Przy tej drugiej okazji bezrefleksyjnie – nie siląc się nawet na pozór merytorycznego uzasadnienia – niszczy najbardziej oglądany program TVP Info.
Pokazuje to nie tylko, że p.o. prezesa nie potrafi odróżnić instytucji publicznej od prywatnego folwarku (co akurat nie jest w bloku A na Woronicza niczym nowym), ale również, iż tak naprawdę niewiele więcej może. Ot, da posady innym wszechpolakom, wraz z którymi zostanie za jakiś czas "sczyszczony" ku radości liberalnych mediów, że z TVP pogoniono "faszystów" i przywrócono "normalność". Dla nikogo w firmie nie ulega zaś wątpliwości, kto ową normalność symbolizuje. W instytucji, która przez lata wyhodowała szczególny szczep mutantów w niepojęty sposób orientujących się w takich kwestiach instynktem równie nieomylnym jak ten, z którym zwierzęta przewidują katastrofy żywiołowe, nikt nie próbuje dziś podlizać się Farfałowi. Rudomino zaś – kto tylko może.
Przy czym traktowany jest on – sam temu nie zaprzecza – jak ktoś w rodzaju posłańca moszczącego drogę powrotu Robertowi Kwiatkowskiemu. Dla znacznej części ukorzenionych w TVP pracowników, tych właśnie, których nazwałem genetycznymi, jest prorokiem zapowiadającym powrót z wygnania ukochanego władcy.
[srodtytul]I kto tu rządzi[/srodtytul]
To Robert Kwiatkowski i jego bliscy współpracownicy naprawdę rządzą dziś telewizją – mimo iż w większości pozostają poza nią, a sam Kwiatkowski jest tylko skromnym, nieetatowym konsultantem pomagającym SLD w pracach nad ustawą medialną. Rządzą, ponieważ w owej niesterownej instytucji zachowali swoją, nieformalną grupę dobrze ustawionych ludzi, którzy bardziej poczuwają się do lojalności wobec byłego prezesa niż obecnego.
Pośrednio świadczy o tym zachowanie Kwiatkowskiego. Wywiad, jakiego po nominacji Farfała udzielił "Dziennikowi", nie jest wypowiedzią konsultanta, ale wyraźnym postawieniem Platformie Obywatelskiej warunków, pod którymi gotów jest dopuścić ją do telewizji.
Późniejszy o kilka dni wywiad z Jarosławem Gowinem pokazuje, że partia będąca adresatem oferty nie uważa bynajmniej, by Kwiatkowski udawał kogoś, kim nie jest. Świadomość sytuacji, w jakiej się znajduje, wyprowadza opanowanego zazwyczaj Gowina z równowagi do tego stopnia, że zaczyna w żenujący sposób strofować dziennikarkę dopytującą, jak czuje się zaledwie w kilka lat po aferze Rywina, współpracując z jednym z jej głównych negatywnych bohaterów.
Sytuacja w istocie zakrawa na kpinę historii. PO i PiS, dwie partie, które ujawnieniu taśmy nagranej przez Adama Michnika i pracom sejmowej komisji śledczej zawdzięczały historyczną szansę, partii, które obiecywały wspólną pracę nad naprawą Polski, dziś zmuszone są ścigać się do łask Kwiatkowskiego i Czarzastego.
Bez głosów SLD Platforma nie zmieni ustawy medialnej, a w obecnej prowizorce to właśnie SLD, za sprawą grupy Kwiatkowskiego, ma na Woronicza najwięcej do powiedzenia – i nie musi się spieszyć do żadnych zmian. Teoretycznie można sobie wyobrazić porozumienie między dwiema głównymi partiami, które zmieniłoby ten stan, ale tylko teoretycznie.
Wojna PO z PiS dawno już wymknęła się politycznemu rozumieniu i zmieniła w wendetę w stylu afgańskich górali, w której jeden z plemiennych wodzów nie potrafi zapomnieć, że obrażono mu dziadka, a drugi, że brata. I za każdym kolejnym pojawieniem się w mediach Janusza Palikota czy Stefana Niesiołowskiego możliwość porozumienia jest dalsza – można sądzić, że ku szczerej radości grupy trzymającej władzę nad TVP.
[srodtytul]Nabijanie na ekranie [/srodtytul]
Wielką wadą większości tekstów publicystycznych poświęconych TVP jest nieuwzględnianie tego, co naprawdę się dzieje na ekranie. Od kilku lat wojujące z Kaczyńskimi media uporczywie powtarzają, jakoby TVP była pisowska – co w istocie od dobrego roku jest bzdurą.
Wystarczy porównać sztandarowe programy informacyjne, by stwierdzić, że nawet "Fakty" TVN wykazywały się większą śmiałością w podnoszeniu kwestii niewygodnych dla PO i salonów niż "Wiadomości" – widzowie tych ostatnich nie dowiadywali się o takich wydarzeniach, jak np. pobicie przez człowieka Wałęsy kamerzysty na sali sądowej ("Panorama" zaś, która nie umiała wyczuć konieczności zmiany linii, została przez kierownictwo przeniesiona na godzinę gwarantującą zerową oglądalność i zniszczona).
Nawet jeśli przyjąć przymiotnik pisowski tak, jak funkcjonuje on obecnie w mowie liberalnych mediów, czyli jako pozbawioną konkretnego znaczenia obelgę kojarzoną z prawicowością, lustracją i "ciasnym polskim katolicyzmem", nie sposób go doprawdy w doniesieniu do TVP Urbańskiego uzasadnić; ostatnim z licznych dowodów może być zignorowanie przez "Wiadomości" śmierci generał Elżbiety Zawackiej – choć znalazły one czas na przygotowanie materiału, np. z okazji rocznicy śmierci Czesława Miłosza.
Rzecz dotyczy nie tylko programów informacyjnych, owa pisowska telewizja oferowała widzom rozrywkę polegającą niemal wyłącznie na prostackim nabijaniu się ze wzrostu Kaczorów, urody Gosiewskiego czy instytutu paranoi nieuleczalnej, przez wiele miesięcy natomiast blokowała nagranie, a potem emisję kabaretu Jana Pietrzaka, argumentując: "Pan naśmiewa się tylko z rządu, a z opozycji w ogóle" (myślę, że odpowiedź nestora polskiego kabaretu: "ja i w Peerelu śmiałem się tylko z władzy, a z opozycji nigdy", warta jest zanotowania).
W publicystyce zaś charakterystyczne było dla niej miotanie po ramówce programem Pospieszalskiego. Takie miotanie stanowi tradycyjny w firmie sposób pozbywania się programów o zbyt wielkiej oglądalności, by dało się je zdjąć od razu; po trzeciej zaś zmianie pory emisji na wczesny ranek lub noc można już użyć argumentu: "niestety, formuła programu się wyczerpała, czego dowodzi spadek oglądalności". Tym razem otwarcie użyto argumentu, że Pospieszalskiego trzeba zdjąć, żeby nie robił konkurencji nowemu programowi publicystycznemu przygotowywanemu przez dziennikarzy postkomunistycznego "Przeglądu" pod okiem "dziennikarskiej hieny roku 2001" Przemysława Orcholskiego (choć teza, że konkurują oni z "Warto rozmawiać" o tych samych widzów jest groteskowa).
Fakt zresztą, że właśnie temu towarzystwu powierzono w TVP budowanie lewej nogi, a nie, jak pierwotnie Urbański obiecywał, środowisku "Krytyki Politycznej", jest jednym z dowodów, iż w swej grze szybko uświadomił sobie, że najbardziej liczyć się musi z ludźmi Kwiatkowskiego i, szerzej, SLD. Żadna lewica, która chciałaby robić konkurencję postkomunistom, nie ma i nie będzie miała szans na dotarcie do masowej publiczności za pośrednictwem TVP.
[srodtytul]Przywracanie normalności[/srodtytul]
Po zawieszeniu Urbańskiego proces powracania do "normalności" sprzed afery Rywina nabrał tempa. Zwolnienia zapowiedziano – jak zwykle bez postawienia zarzutów czy nawet rozmowy – nielicznym pracownikom niezwiązanym z lewicą. Nagle okazało się też, że wyczerpała się formuła "Misji specjalnej", której cotygodniowe demaskacje rozmaitych brudów od początku jej istnienia doprowadzały salony i postkomunistów do wściekłości (bo się też zgódźmy, po takim programie, jak zrobiona ostatnim rzutem na taśmę audycja o powiązaniach szefa ABW, w cywilizowanym państwie musiałyby się posypać dymisje).
Powróciło też hasło oszczędności i konieczności cięcia kosztów. To w TVP równie stare jak rzucanie niechcianym programem po ramówce – "oszczędności" dotyczą oczywiście tylko tych, którym wyczerpała się formuła; gigantyczna firma pracowicie szuka pieniędzy tam, gdzie ich wcale nie ma – gościom programów, którzy za występ dostają 150 złotych, tnąc honoraria do 100. A potem, gdy już "normalność" zostaje przywrócona, znajduje się w cudowny sposób kasa na horrendalne, gwiazdorskie kontrakty dla przyjaciół przyjaciół.
W przerywanej co i raz historii swej współpracy z TVP wszystko to już widziałem i zgaduję, co będzie dalej. Jedynym zaskoczeniem może się okazać, że – jak sądzę – TVP stanie się teraz na pewien czas bardziej antyplatformerska. Będzie dopiekać władzy wypominaniem niespełnionych obietnic, nieróbstwa i afer, po części po to, żeby się uwiarygodnić, po części zaś, żeby przekonać PO, iż w obliczu wyborów po prostu opłaca się jej usankcjonować prawnie władzę postkomunistów nad publiczną telewizją w zamian za zapewnienie sobie z tej strony propagandowej życzliwości.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA