fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Rok dorzynania watahy

Sukcesy rządu ograniczają się do dokonań, które powinny być załatwiane przez drobnych urzędników. Na zdjęciu premier Donald Tusk podczas wyprawy do Peru w maju 2008 r.
Fotorzepa, Kuba Kamiński Kub Kuba Kamiński
Bardziej niż na zdyskredytowaniu Kaczyńskich zależy dziś Platformie na jeszcze wyraźniejszym osadzeniu ich w roli trybunów "moheru", Włoszczowy i Torunia, bo to się po prostu opłaca – pisze publicysta "Rzeczpospolitej" Rafał A. Ziemkiewicz
[ul][li][link=http://blog.rp.pl/ziemkiewicz/2008/11/13/rok-dorzynania-watahy/" "target=_blank]Skomentuj[/link][/li][/ul]
Pierwszy rok rządów Donalda Tuska rozczarowuje. Żenująco skończyła się próba zdobycia sympatii kibiców (a być może również wpływowej grupy kapitałowo-medialnej) przez "zrobienie porządku" w znienawidzonym na stadionach PZPN. Przedwyborcze kpiny Tuska z Jarosława Kaczyńskiego, że zamiast budować drogi, chce stawiać fotoradary, dziś śmieszą.
Są też obszary, gdzie klęska poczynań PO jest mniej widowiskowa, ale jej konsekwencje mogą być groźniejsze – tak jest z oświatą i służbą zdrowia. Zwłaszcza ze służbą zdrowia, gdzie Platforma Obywatelska zapomniała o obietnicy zlikwidowania NFZ, cały wysiłek wkładając w przekształcenie placówek medycznych w spółki Skarbu Państwa i ich prywatyzację. W warunkach monopolu NFZ, dyktującego kontrakty, stawki i limity, nie może to niczego uzdrowić i sprawia wrażenie upartego realizowania politycznego testamentu posłanki Sawickiej – szczególnie wobec tajemniczego zniknięcia z projektu ustawy, gdzieś po drodze między gabinetami władzy, słów "albo innej działalności", łudząco podobnego do rywinowskiej manipulacji ustawą medialną przez ujmowanie i dodawanie słów "lub czasopisma".
[srodtytul]Z lupą by szukać[/srodtytul]
Są wreszcie obszary, gdzie rządowi trudno wykazać się jakimkolwiek sukcesem. Premier chwali się likwidacją obowiązku służby wojskowej, ale niełatwo dziś orzec, czy nie okaże się to gwoździem do trumny armii niesprawiającej wrażenia przygotowanej do takiej rewolucji.
Usłużne media uporczywie podkreślają, że "nowy styl" polskiej polityki zagranicznej przynosi nam sympatię zachodnich polityków i mediów. Rzeczywiście, Tusk ma na Zachodzie nieporównanie lepszą prasę od poprzednika, ale trudno wskazać bodaj jedną konkretną korzyść, która by z tego wynikła dla Polski. Wczoraj stawiani do kąta za krnąbrność, dziś za grzeczność jesteśmy głaskani przez Europę po główce, ale ile to głaskanie jest warte, pokazuje choćby los naszych stoczni.
Totalną klęską i wdzięcznym obiektem do kpin okazała się też "rzeczywista walka z korupcją", której symbolem stał się nieszczęsny filet z dorsza. Niesłusznie zresztą, bo skoro już, to powinien nim być fakt, iż ujawniając z tak wielkim przytupem wydatki ze służbowych kart członków rządu PiS, przemilczano tego, który pozostaje ministrem także w rządzie PO – PSL, a który, jak się niebawem okazało, wydawał o wiele więcej niż wszyscy pozostali.
Skandaliczne traktowanie publicznych pieniędzy w KRUS może Tusk zrzucić na koalicjanta, na którego skazuje go sejmowa arytmetyka – ale nie mniej skandalicznej dotacji dla ITI na przerobienie dzierżawionego przez ten koncern stadionu warszawskiej Legii na centrum handlowe tym argumentem zbagatelizować się nie da.
Rozmiary klęski podkreślił nieopatrznie sam premier, publikując w "Super Expressie" listę osiągnięć pierwszego roku swych rządów. Lista – dwadzieścia parę pozycji – może zaimponować tylko na pierwszy rzut oka.
Od punktu pierwszego sukcesy ograniczają się do takich dokonań, jak: likwidacja obowiązku meldunkowego czy uproszczenie procedur odralniania ziemi, uzyskiwania pozwolenia na budowę i legalizowania samowoli budowlanych; słowem, do biurokratycznych, z przeproszeniem, dupereli, które powinny być załatwiane przez drobnych urzędników.
Na dodatek w świetle tej listy jedynym człowiekiem PO, który cokolwiek konkretnego potrafił zrobić, okazuje się Janusz Palikot.
[srodtytul]Czego chcieli wyborcy PO[/srodtytul]
Można powiedzieć, że te sprawy nie są dla wyborców PO najważniejsze. I jeżeli określenie "wyborcy PO" ograniczyć tylko do najbardziej wyrazistej grupy, której sposób myślenia odzwierciedla publicystyka "Gazety Wyborczej" czy "Polityki" oraz dyskusje w studio TVN 24 i Radiu TOK FM – tak jest istotnie. Ta grupa opowiedziała się po stronie Tuska nie dlatego, że spodziewała się, iż pod jego rządami kraj przetną nowoczesne autostrady, przy których wyrosną obiekty sportowe, centra handlowe i co tam jeszcze miało wyrosnąć. Ta grupa chwyciła się Tuska (dość rozpaczliwie, gdy jej poprzednią nadzieję, LiD, pogrążyła "filipińska grypa" Aleksandra Kwaśniewskiego) tylko dlatego, że obiecał odsunąć od władzy Kaczyńskiego i odegnać straszące salony widmo IV Rzeczypospolitej.
Te skromne oczekiwania Tusk zdołał zaspokoić – o budowie IV Rzeczypospolitej nie ma mowy, PiS jest zmarginalizowane, a prezydent regularnie ośmieszany w mediach oraz Internecie i proporcjonalnie do tego niepopularny. Choć w dwóch ostatnich kwestiach więcej zasługi wydaje się należeć do samych braci Kaczyńskich niż do ich politycznych przeciwników.
[ol][li] Szanse na powrót PiS do władzy, dopóki na jego czele stoi Jarosław Kaczyński, są znikome – bo nawet gdyby jakimś cudem PiS wygrało wybory, nie wydaje się możliwe, by znalazło koalicjanta. Szanse na reelekcję Lecha Kaczyńskiego są równie niewielkie i z każdym potknięciem jego urzędników, tudzież kolejnymi demonstracjami małostkowości, w rodzaju blokowania zagranicznych orderów – coraz mniejsze. [/li][/ol][srodtytul]Antypisowska namiętność salonu[/srodtytul]
Media salonu doceniają ten sukces, ale nie ukrywają rozczarowania brakiem skuteczności PO w rozliczaniu "zbrodni PiS" i zagrożeń dla demokracji, jakie w ich opinii istniały pod rządami Kaczyńskich. W istocie, choć PO zabrała się do śledztw dość energicznie, nie odkryto niczego poza uszkodzeniami laptopa Zbigniewa Ziobry i obecnością w nim notatek Patrycji Koteckiej.
Sejmowe komisje śledcze, które miały wstrząsnąć opinią publiczną, wydobywając na jaw dowody nadużywania przez Jarosława Kaczyńskiego aparatu przymusu, ugrzęzły w bezprzedmiotowym gadulstwie i chyba już nikogo poza kompletnymi maniakami nie pasjonują enuncjacje, że prokurator X powiedział, że słyszał od prokuratora Y o naciskach na prokuratora Z, żeby coś znalazł na Barbarę Blidę.
Zresztą nawet antypisowskim maniakom niezręcznie jest rozwodzić się na przykład nad niedopuszczalnymi stwierdzeniami ministra Ziobry o doktorze G. po tym, gdy ich idol zapowiedział kastrowanie pedofilów; nijak im też po raz nie wiedzieć który przyrównywać Kaczyńskiego do Putina po tym, gdy rząd PO użył przeciwko PZPN prokuratur i inspekcji skarbowej, a minister niedwuznacznie groził Grzegorzowi Lacie, że jeśli nie wycofa swej kandydatury, to znajdą się kwity i na niego.
Nie oznacza to oczywiście, że antypisowska namiętność (słowo "histeria" też byłoby tu na miejscu) salonowych mediów i występujących w nich celebrytów z różnych dziedzin słabnie. Zmienia się tylko jej przekaz – z rzekomych zagrożeń dla demokracji nacisk przesuwa się na to, że Kaczyńscy i otaczający ich ludzie są "obciachowi". Ci sami artyści i intelektualiści, którzy kilka lat temu deklarowali, że boją się stukania do drzwi nad ranem i śledzących ich samochodów, dziś ze spokojem przyjmują skanowanie przez służby specjalne ich poczty, wyrażając radość i dumę, że reprezentują ich w Europie ludzie tak cywilizowani, europejscy i sexy jak sam Barack Obama.
Stratedzy PO, jak sądzę, zbyt dobrze odczytują społeczne emocje i zbyt dobrze rozumieją, jak ważne dla ich partii jest podtrzymywanie antypisowskiej histerii, żeby nie wiedzieć, że oczekiwane przez salon doprowadzenie rozliczeń z IV RP do jakiegokolwiek zamknięcia byłoby niekorzystne. Dlatego w postępowaniu z Prawem i Sprawiedliwością Tusk i jego ludzie kierują się wytyczną, którą można by streścić parafrazą piosenki Agnieszki Osieckiej: nie o to chodzi, by PiS dorżnąć, ale by go w nieskończoność dorzynać.
Często podkreślam, że niemal wszystkie kłopoty Polski są identyczne z problemami innych państw postkolonialnych. Jednym z nich jest wyobcowanie elit, nad którymi ciąży w takich krajach ich kompradorski charakter; mówiąc mniej przemądrzale – przynależność do szeroko rozumianej elity jest w kraju postkolonialnym długo postrzegana przez ogół społeczeństwa nie jako skutek własnych zasług, ale jako nagroda za kolaborację. To, co w kraju wolnym jest powodem szacunku, w kraju podbitym wzbudza pogardę z charakterystyczną przymieszką zawiści. Nie ma różnicy, czy mówimy o Peru, Kenii, Pakistanie czy Polsce.
Taka sytuacja budzi w elicie poczucie osaczenia i odwzajemnienie agresji doświadczanej ze strony "motłochu". Łatwo udowodnić, iż właśnie ta emocja od samego zarania III RP, od wojny na górze i wyborczej klęski Tadeusza Mazowieckiego, rządzi naszymi elitami, które nie potrafią się jednoczyć inaczej niż wokół walki z zagrożeniem ze strony – nikt tego tak nie nazywa, ale o to w istocie chodzi – warstw niższych, postrzeganych jako ciemne, nienawistne i kompromitujące Polskę w cywilizowanym świecie.
Jedynym, co się zmienia, jest postać symbolizująca owo zagrożenie. Śmieszne jest przypomnieć sobie, że na początku III RP był nią Lech Wałęsa, dziś tak gorliwie okadzany i wbrew swym oczywistym krętactwom w sprawie "Bolka" z całym zaangażowaniem broniony przez te same salony przed "opluwaniem". I że nieco później postacią, której wspólne złorzeczenie cementowało inteligencką wspólnotę, był Stefan Niesiołowski – od czasu, gdy Kaczyński nie wpuścił go na listę wyborczą PiS, jeden z najgrubiej mu ubliżających propagandowych harcowników.
[srodtytul]Fetysze postępu[/srodtytul]
Można się do woli śmiać z kalizmu naszych elit, można szydzić, można argumentować w antysalonowych mediach, ale emocji mających głębokie społeczne korzenie nie sposób zmienić. Emocje te zaś organizują polską debatę polityczną w prosty sposób: wyraziciele głosu elit skupiają się na jakiejś jednej kwestii, która symbolizuje nasze starania o modernizację, i w nieskończoność "demaskują" obskurantyzm sił, które stają na drodze postępu.
Donald Tusk, który wszystko to dobrze wie, znakomicie podsuwa takie symbole. Ostatnio stało się nim euro podniesione do rangi fetyszu. Wprowadzenie euro, bez merytorycznej dyskusji, prezentowane jest jako cudowny lek na naprawę polskiej gospodarki, podniesienie poziomu życia i ochronę przed kryzysem. Walka o euro odsuwa na bok pytania o gospodarcze zaniechania rządu (Bogiem a prawdą, dla uporządkowania finansów państwa i poprawienia konkurencyjności gospodarki przez rok nie zrobiono literalnie nic). Zamiast spraw ważnych na czołówki trafiają jeremiady, że prezes NBP, poseł PiS albo prezydent nie wykazują się w tej sprawie należytym entuzjazmem.
Uczciwie trzeba zresztą zaznaczyć, że to nie Tusk, ale Jarosław Kaczyński pierwszy świadomie uczynił nasze postkolonialne rozdarcie podstawą politycznej praktyki – co prawda ujawniało się ono we wszystkich sporach III RP, ale dopiero prezes PiS dostrzegł sposób na sukces w konsekwentnym prezentowaniu się w roli pogromcy elit. Błąd nie polegał na tym, że tak zrobił, tylko na tym, że nie przewidział, iż względny dobrobyt związany z wejściem do UE i gospodarczą prosperity zmieni układ sił i sprawi, iż aspirowanie do elit stanie się postawą bardziej popularną niż ich potępianie; a w każdym razie, że elity wraz z "aspirującymi" będą się skuteczniej mobilizować.
[srodtytul]Kura, która znosi złote jajka [/srodtytul]
"I cóż, że bije, nikogo nie zabił" – powiadał jeden z mickiewiczowskich bohaterów, i te słowa można by uczynić mottem rozważań nad rozliczeniami Tuska z PiS. Bardziej niż na zdyskredytowaniu Kaczyńskich zależy dziś Platformie na jeszcze wyraźniejszym osadzeniu ich w roli trybunów "moheru", Włoszczowy i Torunia. A Kaczyńscy, którzy sami w tę polaryzację weszli, być może zdają sobie sprawę, że sytuacja przestała im służyć, ale – jak pokazuje ich konfuzja w sprawach takich jak wspólna waluta czy traktat lizboński – nie potrafią wydostać się z pułapki.
Dorzynać w takiej sytuacji "pisowską watahę" byłoby ze strony Tuska postępkiem podobnym do zarzynania kury znoszącej złote jaja. Po co, pozwolę sobie sięgnąć po jeszcze jeden cytat z "Samych swoich", narażać się na przyjście nowych wrogów, gdy stary jest tak wygodny i tak łatwo się z nim wygrywa? Oczywiście naraża to Platformę na dąsy publicystów "Polityki" i "Wyborczej", że nie rozlicza PiS, jak należy, albo nawet, że sama za bardzo zaczęła PiS przypominać. Ale z tej strony właśnie nic więcej Tuskowi niż dąsy nie grozi, bo cóż mogą mu salony więcej zrobić? Same przecież uparcie podkreślają, że Tuska, cokolwiek by zrobił i czegokolwiek nie zrobił, krytykować nie wolno, bo za rogiem wciąż czają się Kaczyńscy.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA