Plus Minus

Śpiewająca mrówa

Michał Fogg
Rzeczpospolita, Darek Golik
Rozmowa z Michałem Foggiem, prawnukiem słynnego śpiewaka, producentem wydanej niedawno płyty „Cafe Fogg”
Rz: Był czas, kiedy z pana pradziadka żartowano, jaki jest niedzisiejszy, że z muzycznego lamusa. Spotkały pana z tego powodu jakieś przykrości?
Odpukać, same miłe rzeczy, ale faktem jest, że władze PRL w latach 60. doszły do wniosku, że Fogg jest niemodny. Robiły sporo, by ludzie o nim zapomnieli. To był czas, kiedy każdy artysta musiał być reprezentowany przez regionalną Estradę. Pradziadek był jednym z najbardziej warszawskich pieśniarzy, ale Estrada Stołeczna nie chciała z nim współpracować. Przygarnęła go poznańska. Akcja władzy się nie udała, bo zbyt duże było zapotrzebowanie na piosenki pradziadka. Występował z powodzeniem jeszcze 20 lat. A że były kawały na jego temat – to fakt. Znał je dobrze. Jeden z nich brzmiał tak: ktoś niezwykle leciwy idzie do nieba, spotyka u bram świętego Piotra, który pyta: „A czy Fogg jeszcze śpiewa?”. Była też wersja laicka, z polską wycieczką w Egipcie. Na jej widok ożywa mumia jednego z faraonów i pyta: „Wy z Polski?” – „Tak”. „A Fogg jeszcze śpiewa?”.
Wszystko brało się z tego, że pradziadek dożył pięknego wieku – zmarł, mając 89 lat. A zaczął występować w 1928 r. Śpiewał do 86. roku życia. Dał wtedy ostatni koncert, na którym miałem przyjemność być z ojcem. Siłą pradziadka było to, że mijały dekady, mody, a on był wierny swojej stylistyce. Wielokrotnie namawiany, żeby pójść z duchem nowych czasów – odmawiał. Adaptował dużo nowości, ale jedyny kompromis, na który się zgodził, była współpraca z bigbitowymi zespołami Klipsy i Karaty, a potem Babyjagi, do których dodawał swoją sentymentalną nutę. Pana pradziadek nazywał się Mieczysław Fogiel, dlaczego zdecydował się na pseudonim? To nie był klasyczny pseudonim, skrócił tylko nazwisko, a żeby nie brzmiało jak po angielsku „mgła”, dodał jedno „g”. Nazwisko wiązało się z niemieckimi czy żydowskimi korzeniami? Nasza rodzina zjechała do Polski ze Szwecji. Jej historia liczy sobie 600 lat, a papiery, do których się dokopałem, mówią o ponad 300-letniej obecności w Warszawie. Nazwisko brzmiało w oryginale „Vogel”. W związku z dziejową zawieruchą – zmieniało pisownię i brzmienie. Dokopałem się do aktu ślubu pradziadków mojego pradziadka, gdzie zapisano je w trzech wersjach – Vogiel, Vogel, Wogel. Rodzina ma typowe mieszczańskie korzenie. Kwitł kult techniki i inżynierii. Czy ktoś jeszcze zapisał się w historii innej niż rodzinna? Brat pradziadka Aleksander Fogiel był popularnym aktorem. Przegrał, co prawda konkurs na rolę Zagłoby w „Potopie”, ale zagrał w około 360 filmach. Był m.in. Maćkiem z Bogdańca w „Krzyżakach” i Sołtysem w „Samych swoich”. Czy w pana rodzinie śpiewał ktoś zawodowo przed pradziadkiem? Nic mi o tym nie wiadomo. Ale pradziadek śpiewał od najmłodszych lat. Już mając pięć lat, wykonywał dla rodziny „Góralu, czy ci nie żal”. Tradycją stał się jego świąteczny koncert. Uwielbiał to. Dlatego do rodzinnej anegdoty przeszła historia, kiedy jego ojciec za karę zabronił mu śpiewać podczas jednej z Wielkanocy. To była kara najsurowsza z możliwych. Za to, że jako podrostek został gazeciarzem. Rzecz wzięła się z tego, że Mieczysław uwielbiał tramwaje. Jeździł wyłącznie konnym, tymczasem w jego dzieciństwie pojawiły się pierwsze elektryczne. Jazda takim tramwajem była marzeniem. Zrealizował je, umawiając się z kolegą z podwórka – zamiast niego sprzedawał gazety w tramwaju, gdzie gazeciarze mieli darmowy wstęp. Niestety, został zauważony przez sąsiada i rzecz się wydała. To nie powstrzymało zamiłowania pradziadka do elektrycznych tramwajów. Jak każdy chłopiec w tamtych czasach nauczył się wskakiwać do pędzącego pojazdu. Od tramwajów wolał jednak śpiewanie? Tak. Rodzina mieszkała na warszawskim Nowym Mieście i kiedy z kościoła Paulinów na Długiej wyruszała pielgrzymka do Częstochowy, prosił rodziców, żeby pozwolili mu spać w sionce domu od ulicy Długiej. Już od rana nasłuchiwał śpiewów. Uwielbiał też podwórkowych artystów w kapeluszach z szerokim rondem i w charakterystycznej pelerynie. Zawsze nosił kopiejkę w kieszeni, żeby wynagrodzić za ich śpiew. Pana pradziadek zaczął karierę od występów w chórze przy kościele Świętej Anny w Warszawie. Trafił tam, pracując w kasach PKP na Miodowej. Ojciec pradziadka był maszynistą pierwszej klasy. Prowadził ekskluzywne ekspresy do Petersburga. I marzył, że syn zostanie inżynierem i zbuduje mosty, po których on pojedzie. Skończyło się na pracy w kolejowym biurze. Pradziadka chyba to zajęcie nie bardzo interesowało, bo zdarzało mu się mylić listy przewozowe i pociąg mający jechać do Biłgoraja wysłał do Poznania. A pewnego dnia, idąc do pracy, usłyszał śpiew w pobliskim kościele Świętej Anny. Został tam zauważony przez profesora Ludwika Sempolińskiego, ówczesnego artystę warszawskiej operetki, który przekonał Mieczysława, że warto zająć się wokalistyką na poważnie. Nauczyciele chcieli, by był tenorem, ale w końcu zdecydowali się na baryton liryczny. Ojciec Mieczysława martwił się, że syn wybrał muzykę. Mawiał, że prędzej mu na dłoni Lasek Bielański wyrośnie, niż zrobi karierę. Ale potem zmienił zdanie. Nieznanym muzycznym epizodem była praca klakiera. Pradziadek wspomina o tym żartobliwie w swojej książce „Od palanta do belcanta”, którą chciałbym wznowić. Mówił, że sam korzystał z klakierów. Takie były czasy. Uczył się tego trudnego fachu w Operze, gdzie na początku miał rzucać gwiazdom kwiaty pod nogi już przy pierwszym wejściu na scenę. Niestety, zdarzało mu się nie trafiać. Kwiaty lądowały w orkiestrionie, na głowach muzyków. Sławę zaczął zdobywać w chórze Dana. Teraz mamy modę na boysbandy, wtedy naśladowano amerykańskich revellersów. Pierwszy występ w kabarecie Qui Pro Quo był nieudany. Ale słynny kapelmistrz teatrzyku Ivo Wesby, którego rodzinę pradziadek uratował później z getta, pocieszał go i mówił, żeby się nie poddawał, bo głos ma znakomity. Kolejna próba poszła pomyślnie. Chór Dana zaśpiewał repertuar argentyński. Tak świetnie, że po występie do garderoby przyszedł z gratulacjami ambasador Argentyny. Pradziadek musiał uciekać pod byle pozorem, nie znał bowiem ani jednego hiszpańskiego słowa, choć wrażenie robił wprost przeciwne. Czy już wtedy stał się wielką gwiazdą? To były dopiero początki. Ale nawet stając się coraz bardziej sławny, pradziadek pracował dalej na etacie kasjera w PKP. W Qui Pro Quo występowało się dla prestiżu. Tam byli wszyscy najwięksi przedwojennej estrady. Fryderyk Jarossy, Adolf Dymsza, Mira Zimińska, Zula Pogorzelska. Kiedy chór Dana występował w Teatrzyku Banda, dla pradziadka pisał Julian Tuwim. Tekst słynnej „Melodii” okrasił dopiskiem „Ładne, co? Julian Tuwim”. W Bandzie spotkał się ze Stefanem Jaraczem. Wielki aktor powiedział: „Gdyby można przetransponować moje aktorstwo na sztukę gastronomiczną, to nazwałbym się wykwintnym obiadem. A ty jesteś jak dobra kawa”. Pradziadek odpowiedział zaproszeniem na kawę! W 1930 roku pradziadek zaczął nagrywać. Podpisywał kontrakty na 100 piosenek rocznie. ľNazywano go śpiewającą mrówą. „Ta ostatnia niedziela” sprzedała się w ponad 100 tysiącach egzemplarzy. Była przebojem przez cały rok. I dzisiaj jest to wynik imponujący. Mieczysław Fogg śpiewał również w filmie. Tak, a kiedy w Berlinie wraz z Daną nagrywał piosenkę „Flisacy” do obrazu „Dziesięciu z Pawiaka”, chór został zaangażowany do największego europejskiego music-halu „Scala” i zaczął międzynarodową karierę. Posypały się propozycje z całej Europy. Chór śpiewał nawet w Leningradzie, a tam dostał zaproszenie do Moskwy. A potem do Ameryki. Na transatlantyku „Isle de France” doszło do pojedynku chóru Dana z najlepszymi amerykańskimi rewelersami – Mill Brothers. Pojedynkowali się wokalnie na bisy wywoływane przez publiczność. Chór Dana wygrał 3:1. Z Ameryki Mieczysław Fogg przywiózł mojemu dziadkowi krokodylka Kubusia, który jak tylko urósł, musiał zamieszkać w zoo. Dopiero przed wyjazdem do USA pradziadek rozstał się z PKP. A kiedy wrócił, zdecydował się na solową karierę. Jeździł na tournée z Mirą Zimińską i Tadeuszem Sygietyńskim. Własnym citroenem. Sam prowadził. Jak wyglądał jego udział w powstaniu warszawskim? Tuż przed wybuchem wojny dziadek występował w słynnym przedstawieniu „Orzeł i reszka” w teatrze Ali Baba, które wywołało protesty Ambasady III Rzeszy za parodię Hitlera w wykonaniu Ludwika Sempolińskiego. Pradziadek nie miał co do Führera złudzeń. Widział go podczas jednej z wizyt w Berlinie. Mówił, że emanowała od niego nieprzyjemna aura, że szedł jak koń z klapkami na oczach. Kiedy wybuchła wojna, pradziadek śpiewał wraz z Ordonką dla rannych żołnierzy. Potem był Lwów i powrót do okupowanej Warszawy. Na występy miał zgodę władz państwa podziemnego. Jego piosenki były odbierane przez warszawiaków aluzyjnie, patriotycznie. Został za to wezwany na Szucha. Potem dostał ostrzeżenie od AK, że Niemcy mają go na oku. Wtedy zaczął pracować jako kelner. A kiedy wybuchło powstanie, zameldował się u dowódcy, któremu powiedział: „Marny ze mnie strzelec, ale śpiewak dobry”. I poprosił o swobodne, o ile to było możliwe, poruszanie się po stolicy. Występował tylko z akordeonistą. Przedzierał się od barykady do barykady, od szpitala do schronu, ze schronu do kanału. Dał ponad 100 koncertów. Był kilkakrotnie ranny. Ale to nie przeszkodziło w śpiewaniu. Jeszcze przed powstaniem, przeczuwając, co się święci, wywiózł rodzinę, Tadeusza Sygietyńskiego, Mirę Zimińską i innych znajomych do Złotokłosu pod Tarczynem. W domku, gdzie mogły się pomieścić cztery osoby, zamieszkało ich kilkanaście. Przed poddaniem powstania udało mu się kupić papiery ziemianina, które w świetle obowiązującego prawa pozwoliły mu bezpiecznie wyjechać z Warszawy pod pretekstem powrotu do gospodarstwa ziemskiego. W Złotokłosie, na poddaszu domu, założył Cafe Fogg. Chodziło o to, żeby mógł znowu śpiewać ku pokrzepieniu serc. Kiedy wrócił do Warszawy, dostał przydział na kawiarnię w kamienicy na Marszałkowskiej 119 – bez wody, gazu i okien. Ale miejsce miało tradycję muzyczną, przed wojną mieścił się tam słynny skład nut. Co teraz jest pod tym adresem? Jezdnia przed wspaniałymi halami KDT, vis-a-vis Sezamu i wylotu ulicy Moniuszki. Kawiarnia działała przez rok. Pradziadek reklamował się codziennym występem na żywo. 90 procent koncertów dawał sam, co odbiło się na zdrowiu. W kawiarni panowała wilgoć, wszystko było w oparach dymu papierosowego. Lekarz powiedział: śpiewanie albo życie. Kiedy znalazł się właściciel kamienicy, razem z nim prowadził zakład fryzjerski. A potem kamienicę zburzono pod budowę Pałacu Kultury im. Józefa Stalina. Pradziadek był jednak osobą przedsiębiorczą. Lubił być zawsze pierwszy i założył wytwórnię fonograficzną Fogg Record. Nazwa była szumna, ale firma mieściła się w mieszkaniu na Koszykowej 69. Pradziadek nagrywał w domu. Cały stołowy pokój był wyciszony wełnianym materiałem od podłogi aż po sufit. Aparatura stała w sypialni. Płyty były tłoczone w pomieszczeniu wynajętym w alei Krakowskiej od przetwórstwa owocowo-warzywnego. Wytwórnia funkcjonowała do 1951 r. Pośród wielu pamiątek rodzinnych przechowujemy dokument, w którym jest napisane, że zamyka się działalność gospodarczą w związku z dekretem pewnego pana. Na szczęście dziadek kolejny raz wykazał się wyczuciem. W ostatniej chwili sprzedał aparaturę do tłoczenia płyt, tam gdzie ją kupił, czyli w Niemczech. Ile wydał albumów? Katalogi niestety poginęły, ale osoby dobrze zorientowane mówią o 100. Pradziadek wydał m.in. rewelacyjną serię 12 płyt z kolędami wykonywanymi przez ówczesny chór harcerstwa. Z tego, co wiem, ma ją tylko jeden kolekcjoner w kraju. Fogg Record wydawało także bajki dla dzieci. Pierwotnie były plany, że Fogg Record ma przejąć mój dziadek. Nie śpiewał, nie grał, ale miał słuch absolutny. Kształcił się jako akustyk, był inżynierem dźwięku. Napisał książkę o adapterach. W warunkach przodującego ustroju skończył w firmie Polam produkującej żarówki. Gdyby nie to, podejrzewam, że sytuacja mojej rodziny wyglądałaby inaczej. Powstałby rodzinny koncern. Niewykluczone. Osobiście korzystam z czasów, kiedy można wrócić do idei Fogg Record i kontynuować jej działalność. Ciężko samemu nadrobić 50-letnią przerwę. Ale płyta „Cafe Fogg” to dobry początek. Jest znakomicie przyjmowana. Ale kawiarnia Cafe Fogg przy Parku Saskim upadła. Nie wiem, kiedy Warszawa będzie gotowa na otwarcie tradycyjnej warszawskiej kawiarni dedykowanej pamięci jednego z najwybitniejszych warszawskich śpiewaków. Pomysł kierowałem do rdzennych warszawiaków. Widać jest ich już niewielu. Stolica lubuje się w Arkadii, centrach handlowych i sieciówkach. Czas to zmienić. Fogg Records/Sony BM CD, 2008
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL