fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Literatura

Mit Warszawy i Tyrmanda

Rok 1961, Warszawa, restauracja Kongresowa, Leopold Tyrmand pierwszy od lewej
Fotonova, Andrzej Zborski Andrzej Zborski
Świat „Złego”. W wydanej właśnie książce Roman Dziewońskiopowiada o mieście, któremu Leopold Tyrmand zadedykowałswą najsłynniejszą powieść.
"Zły" ukazał się 54 lata temu. Egzemplarze kryminału sprzedawano spod lady. Doszło do tego, że taksówkarze zbywali potencjalnych klientów – tak byli pochłonięci lekturą. Dziewoński zauważa, że ludzie zdjęci strachem przed bezpieką i zmęczeni absurdami codzienności potrzebowali idola. Ale nie takiego jak denuncjujący ojca Pawka Morozow. Chodziło o kogoś, kto opowiedziałby się za słabszym. Przeciwstawił się przemocy i przestępczości, od których socjalistyczna ojczyzna oficjalnie była wolna. I w ten nastrój umiał utrafić Tyrmand, powołując do życia charakternego chłopaka o przeraźliwie jasnych oczach.
"W chwili zakłopotania władzy podczas jednej z pierwszych dintojr wewnątrz czerwonego towarzystwa ukazała się książka opisująca rzeczywistość. A przy okazji to, czego oficjalnie nie było. Półświatek – pisze Dziewoński. – "Zły" o tyle, o ile mógł, odsłonił nagość króla. Podpisującym zgodę na druk ten kryminał, jak go zaklasyfikowano, nie wydawał się groźny. Po latach okazuje się jedyną książką opowiadającą więcej o rzeczywistości, niż ówczesnym "inżynierom dusz" się śniło".
– Niektórzy powiadają, że Tyrmand to pierwszorzędny z drugorzędnych pisarzy, i przeciwstawiają mu Marka Hłaskę – prozaika z krwi i kości – powiedział "Rz" Dziewoński. – Nie zgadzam się z tym. Uważam, że przyjmując konwencję literatury sensacyjnokryminalnej, Tyrmand musiał siłą rzeczy dokonać pewnej mitologizacji świata – również przestępczego. Do jego romantycznej powieści w żaden sposób nie pasowałaby brutalna naturalistyczna wizja Hłaski. Uważam, że w "Złym" Tyrmand zawarł między wierszami wiele prawd.
Po opublikowaniu "Złego" Tyrmand w krótkim czasie stał się idolem pokolenia. Ojciec Romana – Edward Dziewoński, miał okazję poznać pisarza podczas koncertu jazzowego. Później wielokrotnie spotykali się przy podobnych okazjach. Słynny Dudek zajmował się bowiem nie tylko kabaretem, ale także konferansjerką. Natomiast Tyrmand należał do wielkich popularyzatorów jazzu.
– Z zachowanych listów i notatek wiem, że pisarz bardzo ojca cenił – wspomina Dziewoński. – W domowym archiwum przechowuję zdjęcie z Jastarni, na którym widać moją matkę i mnie leżącego w wózku. Obok stoi Bronisław Zieliński, świetny tłumacz literatury amerykańskiej, i Tyrmand. Choć trudno byłoby mi stwierdzić, że poznałem prozaika, to jego najsłynniejsza powieść wywarła na mnie wpływ.
"W cieniu "Złego"" stanowi tego najlepszy dowód. Autor opisuje warszawiaków, którzy – podobnie jak bohaterowie Tyrmanda – pamiętają stolicę sprzed apokalipsy. Szanują dawne nazwy ulic i placów, darzą sympatią ocalałe z pożogi zakątki miasta.
– Moja mama nigdy nie szła ulicą Rutkowskiego, zawsze Chmielną – mówi Dziewoński. – Wybieraliśmy się nie do Domu Dziecka, lecz do Braci Jabłkowskich. Może dlatego zwracam uwagę na pamiątki przeszłości. Bliskie są mi słowa Tyrmanda o warszawskich bramach. W czasie wojny chroniły przed łapanką. Dozorca, który uchylał wrota i pozwolił schronić się na podwórzu, był jak Anioł Stróż.
Dziewoński – z wykształcenia architekt – pisze o Warszawie nieodbudowanej i tej, którą z premedytacją zniszczono, przygotowując miejsce dla Pałacu Kultury. Wspomina sportretowany w "Złym" basen Legii, gdzie koncentrowało się życie towarzyskie i uczuciowe, oraz słynną Kameralną – w pewnej mierze kontynuującą tradycje przedwojennej Ziemiańskiej.
Książka Dziewońskiego jest hołdem dla Tyrmanda – jednego z ludzi, którzy w PRL zachowali niezależność myśli i sądu. Podobna sztuka udała się także Janowi Parandowskiemu, mistrzowi błyskotliwej riposty. Gdy wysoko postawiony działacz partyjny zapytał go, czemu z uporem mówi "Polska", a nie "Polska Ludowa", pisarz odparł: "Jestem absolwentem dobrego, klasycznego gimnazjum we Lwowie. Tam mnie nauczono, że przymiotnik osłabia rzeczownik". Dla takich anegdot warto sięgnąć po "W cieniu "Złego"".
1920 – 1985
Prozaik, publicysta, krytyk muzyczny. Pochodził z zasymilowanej rodziny żydowskiej. W czasie wojny przebywał początkowo w zajętym przez Sowietów Wilnie, potem trafił na roboty do Niemiec. Wspomnienia z tego czasu wykorzystał w powieści "Filip". Jego kryminał "Zły" stał się obok "Pierwszego kroku w chmurach" Marka Hłaski symbolem odwilży połowy lat 50. W czasach, gdy obowiązywał śmiertelnie nudny socrealizm, propagował zachodnią literaturę, m.in. niszczonego przez marksistowskich krytyków Hemingwaya, i zakazany jazz. Organizował koncerty, współtworzył popularny klub Hybrydy.
W 1964 r. pisarstwo Tyrmanda objęto zakazem druku. Nie mogąc opublikować powieści "Życie towarzyskie i uczuciowe", postanowił opuścić kraj. Wyemigrował najpierw do Francji, później znalazł się w Stanach Zjednoczonych. Tam jego poglądy uległy radykalizacji.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA