fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Yes, yes, yes, czyli osioł trojański

Rysunek Andrzej Krauze
Rzeczpospolita
Któregoś dnia Donald Tusk otworzy gazetę i znajdzie zwierzenia zawiedzionego kandydata na premiera, że to on osobiście kazał go śledzić i podsłuchiwać. A w audycjach telewizyjnych Marcinkiewicz będzie rzecz całą potwierdzał nienaganną angielszczyzną: Yes, yes, yes – pisze felietonista
Raz mały Kazio w klozecie
Usłyszał dziwne szmery,
Co to się dzieje – wyszeptał,
Co jest, do jasnej cholery.
Opukał dokładnie spłuczkę,
Włożył do muszli ucho,
Prezydent mnie podsłuchuje,
Nie ujdzie mu to na sucho.
Podciągnął Kazio gacie
I złożył doniesienie,
Bo z wszystkich rzeczy na świecie
Najsłodsze jest czyste sumienie.
Oto zawarta w pieśni dziadowskiej największa aktualnie sensacja polityczna III Rzeczypospolitej, którą zajmują się media, a wkrótce – prokuratura, komisje sejmowe do spraw służb specjalnych i nacisków i Bóg wie, kto jeszcze.
Najbardziej przenikliwi analitycy sceny politycznej przepowiadają już największy skandal polityczny wszystkich czasów od wykastrowania Mieszka II albo przynajmniej od zamachu majowego, detronizacji prezydenta Wojciechowskiego i wypędzenia go na emigrację. Przy okazji będzie można odbudować Berezę albo wynająć od Łukaszenki twierdzę brzeską, żeby raz na zawsze położyć kres nieprawościom.
Wszystko układa się bardzo pięknie, ale chciałbym przestrzec Donalda Tuska i Platformę Obywatelską słowami Wergiliusza: Timeo Danaos et dona ferentes - Obawiam się Danajów, nawet gdy składają dary. Powiedział to (w „Eneidzie”) Laokoon na widok konia trojańskiego. Nie posłuchano jego ostrzeżeń i skończyło się zburzeniem Troi.
Oczywiście, trzeba patrzeć na Kazimierza Marcinkiewicza zgodnie z zasadami proporcji. Nie, żeby zaraz koń pełnokrwisty. Najwyżej koń Kaliguli, który miał na imię Prosiaczek, a w tym wypadku koń Kaczyńskiego zrobiony w senatora. Ale analogie są wyraźne. Niebezpieczeństwo też.
Kto się raz zachował nielojalnie, ten widocznie ma takie skłonności. Lojalny jest tylko wobec siebie. Łatwo sobie wyobrazić sytuację, że były premier i dyrektor europejskiego banku w stanie spoczynku na laurach Kazimierz Marcinkiewicz nie otrzyma posady, na jaką liczy. A na mieście mówią, że przed wyborami prezydenckimi ma zostać premierem w miejsce prezydenckiego kandydata Tuska. I osobą, która w to najbardziej wierzy, jest sam Marcinkiewicz. A co będzie, jak go wyślizgają? Jak premierem zostanie Grzegorz Schetyna? Czarno widzę.
Któregoś dnia Donald Tusk otworzy gazetę i znajdzie zwierzenia zawiedzionego kandydata, że to on osobiście kazał śledzić i podsłuchiwać Marcinkiewicza. A ponieważ jakaś eskalacja napięcia musi być – jak w dobrym kryminale – niewykluczone, że Tusk dowie się, iż Marcinkiewicz na własne oczy widział notatkę służbową o zleceniu służbom zamachu na jego życie. To wszystko będzie na pierwszych stronach gazet, a w audycjach telewizyjnych Marcinkiewicz będzie rzecz całą potwierdzał co godzinę nienaganną angielszczyzną – Yes, yes, yes. I znowu cały aparat państwowy będzie zaangażowany w wyjaśnianie działań odwetowych i marketingowych byłego premiera.
Aby zapobiec na przyszłość wstrząsom w państwie, należałoby wysłać Marcinkiewicza na jakąś odległą placówkę, ale koniecznie w miejsce, gdzie wszyscy mówią po polsku. Na przykład do Gorzowa. Z Londynu bowiem doszły mnie słuchy, że dyrektor w Europejskim Banku Odbudowy i Rozwoju głosował wbrew zaleceniom Rady Gubernatorów. Nie ze złej woli, po prostu – nie rozumiał, o czym jest mowa. Ale może to tylko złośliwe plotki rozpuszczane nad Tamizą przez służby specjalne na polecenie prezydenta, a Marcinkiewicz głosował, jak zawsze, zgodnie ze swoim sumieniem.
Gdyby się jednak okazało, że ekspremiera rzeczywiście podsłuchiwano, i gdyby zachowały się nagrania, to warto by odtworzyć moją rozmowę z Marcinkiewiczem na temat powodów, dla których nie doszło do oczekiwanej przez społeczeństwo koalicji PO – PiS. Zwłaszcza opis rokowań Marcinkiewicz – Rokita z udziałem telefonu do Donalda Tuska unieważniającego wszystkie ustalenia oraz opinie Marcinkiewicza o Tusku byłby interesujący dla wszystkich. Muszę przyznać, że uwierzyłem wtedy premierowi na słowo, że PO to cieniasy, i tkwiłem w tym mylnym błędzie do niedawna.
Znowu trzeba się rewidować samemu, bo na służby nie można liczyć – są zajęte rewidowaniem Marcinkiewicza, choć się do tego nie przyznają. Ale to nic dziwnego – polityk tej klasy stanowi stałe zagrożenie i trzeba go stale albo śledzić, albo pilnować, mając na uwadze to, co stało się z Maratem w wannie. Na miejscu Marcinkiewicza chodziłbym do łazienki z rewolwerem.
Drugim zagrożeniem, tym razem dla ładu moralnego w Polsce, są historycy z IPN nazywani także przez co wykwintniejszych intelektualistów hołotą. Nie wiadomo jeszcze, co zawiera przygotowywana książka o Lechu Wałęsie, zwłaszcza nie wiadomo, czy jest prawdziwa, ale jedno już wiadomo na pewno – jest niesłuszna. To dziś podstawowa kategoria oceny publikacji historycznych, także tych nieobecnych jeszcze w powszechnym obiegu.
Trudno, jak książka Cenckiewicza i Gontarczyka wreszcie się ukaże, znów przeczytam książkę niesłuszną. Taka ci u nas tradycja i epokowa fluktuacja. Mój Ojciec czytał przed wojną „Od białego caratu do czerwonego” Kucharzewskiego albo „Lenina” Ossendowskiego jako książki słuszne. Ja przeczytałem je w młodości, za czasów Gomułki, kiedy były nie tylko niesłuszne, ale wrogie i sprzeczne z polską racją stanu. Teraz znowu są słuszne, choć nie dla środowiska „Krytyki Politycznej”, ale nawet ono nie domaga się spalenia ich na stosie pod Pałacem Kultury i Nauki imienia Stalina. Niewykluczone, że moje wnuki będą czytać Cenckiewicza i Gontarczyka w atmosferze słuszności, bo już nie będzie przy życiu nikogo, komu ta książka będzie zagrażała.
Poza tymi skromnymi uwagami historyczno-futurystycznymi nie mam na temat książki o Wałęsie nic do powiedzenia z prostego powodu – nie znam jej. Natomiast moją uwagę zwrócił język, jakim posługują się autorzy protestów. Aż żal serce ściska, że nie są związani ze środowiskiem księdza Rydzyka, Radia Maryja i „Naszego Dziennika”, bo wtedy dowiedzielibyśmy się jeszcze o spisku żydowsko-masońskim, intrydze odwetowców niemieckich czyhających na Gdańsk albo o poleceniu z Komisji Europejskiej rozprawy z Wałęsą w celu pozbawienia Polski suwerenności i ducha narodowego. Ale właściwie dlaczego ograniczać się do własnej sfery i zawężać zakres argumentów? Co przeszkadza oskarżyć Cenckiewicza z Gontarczykiem dodatkowo o syjonizm? W walce słusznego z niesłusznym wszystkie chwyty są etycznie dozwolone.
Wzorujcie się na Marcinkiewiczu. Nowe czasy wymagają nowych metod walki. Kaziorodztwo twórczo rozwinięte ma przyszłość. Oczywiście, tylko tę słuszną.
Autor jest felietonistą i publicystą dziennika „Fakt”
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA