fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Po radykałach przyszli oportuniści

Rzeczpospolita
Rząd Tuska boi się wywoływać konflikty, boi się ponieść porażkę, boi się przeprowadzać jakiekolwiek głębsze zmiany. Pasywność tłumaczy nastrojami społecznymi i możliwością blokady reform przez prezydenta – pisze publicysta „Rzeczpospolitej”
Podróż do Ameryki Południowej to dobra puenta półrocznych rządów ekipy Donalda Tuska. Pamiętam, kiedy Jerzy Buzek jako szef rządu leciał do Meksyku, nie ukrywano, że wizyta trwa o kilka dni dłużej po to, by premier mógł odpocząć. Bo sama wyprawa nie ma wielkiego znaczenia i o tym, czy premier musiał być na szczycie Unia Europejska – Ameryka Południowa można dyskutować (choć mógłbym wyliczyć dziesięć ważniejszych spraw, także z dziedziny polityki zagranicznej, którymi premier mógłby się zająć w tym czasie). Symbolicznego wymiaru nabiera jednak fakt, że szef rządu wyrusza w daleką podróż zaledwie po pół roku pracy, której efekty – mówiąc najdelikatniej – nie powalają. A zdaje się, że z tezą o miernych efektach pracy swoich ludzi zgadza się nawet Donald Tusk.
Dziś już widać wyraźnie, jak bardzo obecna ekipa przyszła do władzy nieprzygotowana. Jak bardzo w opozycji PO straciła czas. Bo nawet jeśli chaos pierwszych tygodni rządzenia ekipy Tuska nie był większy np. od chaosu, jaki panował za rządów Leszka Millera, to od Platformy Obywatelskiej wszyscy oczekiwali czegoś więcej. Przecież to Platforma miesiącami budowała wizerunek ugrupowania ludzi kompetentnych. Po nieudolnych rządach Prawa i Sprawiedliwości spece z Platformy mieli błyszczeć.
Tymczasem nowa ekipa miała tylko jeden pomysł – zmianę wizerunku. Odejście od poetyki konfliktu, poszukiwania wrogów, wywoływania wojen. I to – przynajmniej częściowo – trzeba im zapisać na plus. Choć wyrazisty spór jest w polityce potrzebny, to nieustanna wojna wszystkich ze wszystkimi – niekoniecznie.
Największym problemem nie był jednak wyłącznie brak przygotowania do rządzenia. Donald Tusk jest inteligentnym człowiekiem i doświadczonym politykiem, gdyby więc chciał, byłby w stanie zatrudnić ministrów bardziej zdeterminowanych do wprowadzania zmian. Problem w tym, że premier zmian nie chce. Tusk i jego stratedzy przyjęli założenie, że gwałtownych reform ten rząd wprowadzać nie będzie. Wszelkie zmiany mają być dokonywane małymi kroczkami, tak by nie popsuć dobrego nastroju bogacącego się społeczeństwa. Jak tłumaczą najtęższe rządowe głowy, my, społeczeństwo, oczekujemy teraz spokoju, chcemy konsumować efekty wieloletnich zmian w Polsce i nie jesteśmy gotowi na kolejne wyrzeczenia.
Tak jakby za rządów Tadeusza Mazowieckiego czy Jana Krzysztofa Bieleckiego Polacy chcieli gwałtownych podwyżek i dramatycznego wzrostu bezrobocia. Jakby za czasów Buzka marzyli o zaciskaniu pasa.
Cała strategia obecnego rządu podporządkowana jest jednemu – utrzymaniu wysokiego poparcia i bezpiecznemu dowiezieniu Donalda Tuska do wyborów prezydenckich.
Przeprowadzane będą tylko reformy bezpieczne – np. decentralizacja państwa przygotowywana w resorcie Grzegorza Schetyny czy program 50+, nad którym pracuje Michał Boni. Schetyna okazał się zresztą sprawnym ministrem, dobrym organizatorem umiejącym dobrać niezłych współpracowników. Podobnie jak Michał Boni i jego program, który jeśli zostanie zrealizowany (na razie mamy tylko zapowiedzi), będzie dużym osiągnięciem. Pozwoli rozwiązać kilka ważnych problemów państwa. Podobnie jak plany minister nauki i szkolnictwa wyższego Barbary Kudryckiej, które warto wspierać, bo przełamują korporacyjne blokady w polskiej nauce.
Mocnym punktem rządu jest też polityka zagraniczna. Bo wbrew rozmaitym histerycznym odgłosom nie dokonano radykalnej zmiany kierunku, a korekty dotyczą głównie spraw wizerunkowych. Szkoda tylko, że minister Radosław Sikorski znajduje wyjątkową przyjemność w okazywaniu niechęci prezydentowi Kaczyńskiemu (z wzajemnością zresztą). Nie służy to polskiej polityce zagranicznej.
Dziś widać wyraźnie, jak bardzo obecna ekipa przyszła do władzy nieprzygotowana. Jak bardzo PO w opozycji straciła czas
Bogdan Zdrojewski, choć dokonuje w Ministerstwie Kultury zwrotu ideologicznego, coś jednak usiłuje robić. Ale i tak żal, że nie został wykorzystany w dziedzinach, do których był lepiej przygotowany: infrastruktury czy wojska.
W innych dziedzinach panuje bałagan, pasywność albo, co gorsza, cofanie się. Najtrudniejszym przypadkiem jest chyba resort sprawiedliwości. Zbigniew Ćwiąkalski, który, jak zapowiadał Donald Tusk, nie miał być anty-Ziobrą, jest anty-Ziobrą plus. Nie dość, że połowę swego czasu (tak w każdym razie wygląda to w telewizji) poświęca na groteskową walkę z ludźmi, duchami, cieniami i laptopami poprzednika, to na dodatek w niektórych kluczowych sprawach dokonuje poważnego zwrotu.
Pamiętam Donalda Tuska jako zwolennika twardej polityki karnej. Pamiętam Donalda Tuska, który nie tak dawno przecież zapowiadał, że walka o otwarcie korporacji prawniczych będzie nadal prowadzona. Tymczasem minister Ćwiąkalski zapowiada powrót do liberalnego podejścia do prawa karnego. Zachowuje się też jak typowy przedstawiciel korporacji prawniczej. Zbudował sobie już wizerunek urzędnika, który przede wszystkim broni interesów swojej zamkniętej grupy zawodowej.
To prawda, kiedy Platforma szła do władzy, nikt specjalnie nie oczekiwał od niej, że zrobi porządek w aparacie sprawiedliwości. Powszechnie oczekiwano jednak, że za jej sprawą finanse publiczne zostaną poddane szybkiej i radykalnej kuracji. Ileż nasłuchaliśmy się o tym, że obecny wzrost gospodarczy to najlepszy czas na dokonywanie cięć w rozbuchanych wydatkach budżetowych? Ile razy słabi PiS-owscy ministrowie byli krytykowani za pasywność? Trzy razy 15, potem trzy razy 17, obniżać podatki, ciąć podatki, tego nam trzeba – mówili ludzie związani z Platformą.
I mieli rację.
Eksperci nadal mówią to samo. Ale nowy rząd już nie. W sprawie podatków ekipa Donalda Tuska chce odnieść dwa sukcesy: wprowadzić w życie obniżkę podatków przygotowaną przez wyśmiewany PiS oraz znieść obowiązek płacenia abonamentu telewizyjnego przez emerytów. I tyle. Agencje okołorządowe dalej trwają, cięć w wydatkach socjalnych dalej nie widać. Bo choć pieniądze w budżecie jeszcze są, to co będzie za kilka lat, kiedy koniunktura się pogorszy? Bierność rządu jest zaskakująca. A najbardziej zdziwiony jest chyba świat biznesu pokładający w Platformie tak duże nadzieje.
O chaosie we wprowadzaniu reform w służbie zdrowia napisano już wiele. Choć ostatnia – zaskakująca decyzja o komunalizacji i możliwej prywatyzacji szpitali jest krokiem odważnym, to wprowadzonym nagle, wbrew wcześniejszym zapowiedziom. Dobrze obrazuje brak spójnego planu i konsekwencji.
Również propozycje minister edukacji Katarzyny Hall wypływają w sposób chaotyczny i niezbyt przemyślany. Najpierw na przykład zapowiadano wprowadzenie bonu edukacyjnego, teraz na ten temat cicho. Nie wykluczam jednak, że na koniec powstanie w miarę spójny projekt, bo pani minister przynajmniej jest otwarta na rozmowy i chce konsultować swoje pomysły.
Trudno ocenić sytuację w resorcie infrastruktury, bo krytykowanie rządu, że w ciągu sześciu miesięcy nie oddał zbyt wielu nowych dróg, jest jednak demagogiczne. Już widać jednak, że optymizm rządu w kwestii radykalnego przyspieszenia budowy autostrad opadł.
Po pół roku – mimo iż rząd przedstawił dokument, który nazwał strategią działania – trudno określić, co jest (poza utrzymaniem miłego nastroju) rzeczywistym priorytetem.
Czy ten gabinet jest więc dramatycznie zły? Nie. Mieliśmy wiele rządów gorszych i naprawdę szkodliwych. Rząd Tuska nie szkodzi, tak jak – wbrew ogólnonarodowej histerii – nie szkodził rząd Jarosława Kaczyńskiego. Ale tak jak tamten – choć robił sporo zamieszania – nie pozostawił po sobie zbyt wiele, tak i ten – choć zamieszania czyni niewiele – na razie nie zrobił nic. Boi się wywoływać konflikty, boi się ponieść porażkę, pasywność tłumaczy oczekiwaniami społecznymi i możliwością blokady reform przez prezydenta. Sondaże decydują o wszystkim. Mieszają się w nim dwie fatalne cechy – brak przygotowania i oportunizm. Dziś jeszcze tego tak wyraźnie nie widać, dzięki niezłym działaniom PR, ale południowoamerykańska przygoda premiera i jego żony może się okazać spektakularną wizerunkową katastrofą.
Przekonanie, że nasz bardzo sympatyczny premier niewiele robi, dociera już do coraz większej liczby osób. Zauważają to nawet publicyści „Gazety Wyborczej”. Na posterunku trwa jeszcze „Polityka”, ciągle wierna wezwaniu: „Tusku, musisz” i broniąca rządu w każdej sytuacji.
Ostatnie sondaże pokazują, że zaczynają zauważać to także wyborcy. Nadal lubią premiera, bo to miły człowiek, ale już widzą, że nie robi tego, co obiecywał. Tuska ratuje dziś tylko brak alternatywy – PiS nadal samodzielnie się pogrąża i nie wykorzystuje szans partii opozycyjnej. SLD jest w chaosie i zdaje się, że ostatecznie tonie.
Ale natura nie znosi próżni, kiedyś konkurent przecież się pojawi. Donaldowi Tuskowi i jego doradcom już powinien włączyć się głośny dzwonek alarmowy. Bo gdy PR nagle się zawali, nie wystarczą ani uśmiechy, ani śliczne zdjęcia z peruwiańskimi dziećmi.
Premier, jeśli jeszcze chce odnieść sukces, musi zrewidować strategię. Bo Polska bez głębokich reform bezpowrotnie traci czas. Donald Tusk opowiadał kiedyś o Irlandii, na razie działa raczej w stylu greckim. Warto, by dziś przypomniał sobie wszystko to, co mówił trzy lata temu. Bo wyzwania nie zmieniły się radykalnie. To, że zmienił się nastrój społeczny, nie oznacza, że problemy zniknęły. Że budżet państwa, chore mechanizmy i ogólna niesprawność machiny państwowej przestały być problemem.
Jarosław Kaczyński próbował z tym walczyć, choć robił to mało umiejętnie – z ogniem w oczach walił maczetą na prawo i lewo. Donald Tusk maczetę schował. Ale zgasł mu ogień w oczach, a maczety niestety nie zastąpił lancet. Złośliwie można powiedzieć, że po rządach radykałów mamy rządy oportunistów.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA