Muzyka

Kayah: Liczy się tylko szczery śpiew

Kayah na koncercie w Krakowie
Fotorzepa, Pio Piotr Guzik
Wokalistka tłumaczy "Rz", dlaczego koncertuje w hotelach. Opowiada, jak Internet zmienił życie polskich muzyków oraz jak dojrzała do skromności i słuchania porad innych artystów.
Dlaczego na akustyczny koncert Kayah mam iść do hotelu?
Kayah: Zależało mi, aby ta seria występów odbyła się w eleganckich i niedużych salach, a takich w Polsce nie ma. Chciałam występować w teatrach, niestety, byłoby to możliwe tylko w poniedziałki, wtedy trudniej o publiczność. A dla mnie najważniejszy jest osobisty kontakt z ludźmi i przeżywane wspólnie święto muzyki. Słyszałam już, że wymyśliłam sobie nadęte wieczorki w ekskluzywnych wnętrzach i strojach wieczorowych, bo nagle zachciało mi się zostać artystką elitarną. Sztuka zawsze była elitarna, a ja chcę tymi koncertami udowodnić, że nie jestem dodatkiem do kremu, lecz artystką z krwi i kości. Ale współpraca z siecią hoteli i sponsorem trasy pokazuje też, jak blisko jest od muzyki do biznesu.
Sztuka potrzebuje mecenatu. Gdybym była wyłącznie artystką, nie zdawałabym sobie z tego sprawy. Ale od kiedy prowadzę wytwórnię, ciągle poszukuję środków. Czasy są dla muzyków trudne. Nie chodzi tylko o piractwo. Jest też kwestia mentalności, narodowej natury. Polacy przejawiają negatywny kosmopolityzm, wierzą, że nasze znaczy zaściankowe. I gdy mają ograniczoną ilość pieniędzy, na rodzime produkty ich nie wydają. Jeżdżę po świecie i naprawdę uważam, że nie mamy powodów do wstydu. Stare przyzwyczajenia to jedno, ale są też młodzi, którzy po prostu nie rozumieją, czemu mają płacić za muzykę, która jest dostępna w sieci. Cyfryzacja muzyki jest dla mnie potwornie niewygodna. Traktuję swoje albumy jak zamknięte dzieła sztuki. Czuję się za nie całkowicie odpowiedzialna, dbam o wszystko, łącznie z czcionką w towarzyszącej im książeczce. I kiedy myślę, że w przyszłości piosenki będą sprzedawane pojedynczo w Internecie, to wiem, że mnie to nie odpowiada. Ale rozumiem, że młode umysły nie są przywiązane do utartych form. Ja natomiast nie mam wyboru – muszę być elastyczna. Niepoddanie się zmianom grozi cmentarzem. Czy Internet naprawdę wywrócił do góry nogami życie polskich muzyków? Lata 90. były wspaniałe. To był okres ogromnej sprzedaży płyt, wtedy Polacy zdawali sobie sprawę, że ich odrębność polega m.in. na posługiwaniu się własnym językiem. Teraz prawie wszystkie debiutanckie nagrania, jakie trafiają do naszej wytwórni, są po angielsku. Nie tędy droga – moja płyta „Jaka ja Kayah", zaśpiewana po polsku, ukazała się w 12 krajach. Niestety, później wytwórnia nie wydała na jej promocję grosza. Żywot firm fonograficznych ponoć dobiega końca. Są już pierwsze oznaki – Madonna, U2 i JayZ podpisali wieloletnie kontrakty z koncernem Live Nation, który zapewni im kompleksową, nie tylko wydawniczą, opiekę. Co będzie z pani firmą? Kayax długo był zabawą. Dopiero kiedy zrozumieliśmy, że jesteśmy poważnie traktowani, zaczęliśmy podchodzić do sprawy serio. Naszą największą ambicją nie jest bycie tylko wytwórnią. To przecież Kayax był pierwszą w Polsce firmą łączącą opiekę menedżerską, agencję koncertową, publishing i fonografię. Odpowiadamy za naszych artystów w pełni, a więc robimy to, co Live Nation, choć w mniejszej skali. W przyszłości chciałabym wspierać nie tylko muzyków. Fascynują mnie twórcy mody, malarstwa, fotografiki. Czy odpowiedzialność za innych nie ograniczyła pani swobody artystycznej? Przeciwnie. Przeżywanie ich karier dało mi dystans do własnej. Moja ścieżka muzyczna stała się osobistym doznaniem, źródłem radości i spełnienia. To luksus. Podczas akustycznych koncertów będzie pani miała luksus pomijania hitów? Zawsze się bałam, że ludzie chcą słuchać wyłącznie przebojów. A mnie chwilami jest od tego niedobrze. Napisałam tyle intymnych i ważnych piosenek, które nie mają prawa bytu na masowych koncertach. Lubię duże występy, mam masę energii, chętnie jeszcze poskaczę po scenie, ale może ta akustyczna trasa będzie początkiem czegoś nowego. Bilety rozeszły się natychmiast, słuchacze dali sygnał, że potrzebują spokojnych i refleksyjnych koncertów. Bardzo się cieszę na ten bezpośredni kontakt. Myślę, że podczas występów jestem ciekawsza niż na płytach. Prawdziwe emocje rozgrywają się tu i teraz. Dlatego renesans przeżywają kluby, w których gra się na żywo. Skąd ten wielki powrót muzyki akustycznej? Zmęczyliśmy się komputerami i ich perfekcją. Są, co prawda, programy, które pozwalają nawet „zepsuć" cyfrowo stworzone dźwięki, ale one też robią to perfekcyjnie. Dlatego próby do nowej płyty odbywam metodą tradycyjną, czyli z zespołem w studiu. Dotąd siadałam w domu z komputerem, aranżowałam wszystko sama. Teraz jesteśmy razem i aż chce się żyć. Moi muzycy to studnia talentów, grzechem byłoby ich nie wykorzystać. Kiedyś byłam zachłanna, nie interesowały mnie czyjeś wizje, każdą uwagę traktowałam jak inwazję. Teraz wiem, że ciężko być jednocześnie twórcą i tworzywem. Do czego jeszcze pani dojrzała? Do świadomości, że w muzyce niekoniecznie trzeba tworzyć coś nowego, wystarczy odnaleźć własny głos. Dawniej miałam ambicje, by zaskakiwać każdą płytą i być oryginalna. Przeszło mi. Wystarczy, że ubiorę myśl w piękne dźwięki i wykorzystam swój talent bez sztucznej gimnastyki. Nie trzeba w pierwszym takcie pokazywać całej skali głosu, ale być szczerym. Kiedyś zachwycałam się Mariah Carey, dziś myślę, że jest pustym pudełkiem rezonansowym. Rozpiętość jej technicznych możliwości odpowiada klawiaturze fortepianowej, tylko co z tego? Shirley Horn śpiewała wszystko na trzech dźwiękach – za to jak!
Źródło: Rzeczpospolita

REDAKCJA POLECA

NAJNOWSZE Z RP.PL