fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Kapitalizm bez kapitału

Plus Minus, Mirosław Owczarek
Liberałowie – mniej i bardziej bezkrytyczni wyznawcy zasad wolnego rynku – od początku III RP usiłują zawojować polską scenę polityczną. Bezskutecznie. Dlaczego Polacy nie są skłonni przyjąć ich idei?

Liberalizm to dziś pojemne słowo. Nasza demokracja jest liberalna, liberalna jest globalna gospodarka, liberalne są przepisy kodeksu karnego, liberałami są politycy (ciągle jeszcze) rządzącej partii oraz część ich oponentów powołujących właśnie swoje nowe partie, liberalny jest również elektorat nazywany zabawnie „wykształconymi z wielkich miast". Nie powinno wreszcie ulegać wątpliwości, że liberałami są uczestnicy niedawnej Parady Równości oraz zwolennicy budowy autostrad, a także ci, którzy – w przeciwieństwie do zwolenników autostrad – woleliby budować ścieżki rowerowe.

Jak okiem sięgnąć, wszerz i wzdłuż, Polska liberałami stoi. Zważywszy na fakt, że w głębokim Peerelu – przynajmniej do czasów Gierka – każdemu „oświeconemu" Polakowi wypadało przyznawać się do fascynacji socjalizmem, dziś jego miejsce w pospolitych umysłach zajął liberalizm. Idąc za Marksem, można by więc sparafrazować, że liberalizm stał się wyższym stadium socjalizmu.

„Solidarność" – niepotrzebna insurekcja

Jednak żarty na bok. Problem z liberalizmem wynika z ciągłej ewolucji tego pojęcia, przydawania mu cech będących odzwierciedleniem realnej praktyki społecznej i politycznej kapitalistycznego świata. W znanym ujęciu Jerzego Szackiego jedyną cechą spajającą różne nurty liberalizmu jest szeroko pojmowana wolność człowieka. Oznacza to, że wolność nie ogranicza się wyłącznie do gospodarki, towarzyszy jej również swoboda myśli, zachowań i obyczaju.

Liberalizm – podobnie jak socjalizm – ze swoją apoteozą ludzkiej wolności coraz gwałtowniej narusza delikatną równowagę między potrzebą wspólnotowości a indywidualnymi aspiracjami jednostek. Z tym że o ile w socjalizmie mieliśmy nadmiar kolektywizmu, o tyle w liberalizmie mamy pod tym względem zdecydowany niedobór.

Dziś to nie większość, ale mniejszość ma rację. Takie ujęcie liberalizmu jest – w pewnym uproszczeniu – naturalną konsekwencją zaadaptowania go kilkadziesiąt lat temu przez środowiska lewicowe, dzięki którym liberalizm stał się w miejsce socjalizmu synonimem postępu.

Zwolennicy ortodoksyjnego liberalizmu, którzy przetrwali całkiem licznie w Stanach Zjednoczonych, muszą dziś dla odróżnienia od postępowych liberałów nazywać się konserwatystami. Z ich punktu widzenia wolność to przede wszystkim gospodarka. W kwestiach obyczaju czy światopoglądu nie są szczególnie otwarci na nowe prądy.

W Polsce konserwatywni liberałowie – niczym przedwojenni socjaliści obserwujący peerelowskie rządy – zgrzytają z pewnością zębami na widok tego, w jakim kierunku ewoluowały idee Johna Locke'a i Adama Smitha. Ich marzenia o społeczeństwie, w którym kwestie ekonomiczne i obyczajowe czy światopoglądowe nie wykraczają poza sferę prywatną, stały się w „realnym liberalizmie" mrzonką.

W stronę folkloru

Liberałowie – wtedy jeszcze nie nazywano ich konserwatywnymi – nigdy nie cieszyli się wielkim wzięciem. Stanowili trzy elitarne grupki, których poglądy nie mieściły się w opozycyjnym mainstreamie: krakowską, której liderem był Mirosław Dzielski, warszawską działającą pod auspicjami Janusza Korwin-Mikkego i Stefana Kisielewskiego oraz gdańską – złożoną z młodych sympatyków idei liberalnej, próbujących łączyć fascynację liberalizmem z praktyczną działalnością w tym duchu.

Ich liberalizm odwoływał się do polskiej tradycji pozytywizmu, która nakazywała chronić substancję narodu głównie w wymiarze ekonomicznym.

Z tego punktu widzenia rewolucja „Solidarności" była kolejną niepotrzebną insurekcją, przejawem kolektywnej świadomości marnotrawiącym energię Polaków na symboliczną konfrontację. Dla liberałów wzorem do naśladowania nie był górnik broniący się z łomem w ręku przed nacierającymi zomowcami, lecz zwykły badylarz, który dzięki zyskom z uprawy pieczarek stopniowo wyzwalał się spod ekonomicznej – a w konsekwencji i politycznej – kurateli państwa.

Dzielski, filozof z Uniwersytetu Jagiellońskiego, który położył największe zasługi w propagowaniu liberalizmu, tłumaczył swoją wstrzemięźliwość wobec walki z dyktaturą odróżnianiem systemu od reżimu. Z systemem należało walczyć, z reżimem można było się układać. Jeżeli więc reżim byłby gotów uwolnić gospodarkę, to należało to poprzeć.

Wiązało się to liberalnym przekonaniem, że wolność gospodarcza jest koniecznym warunkiem wolności politycznej – nie odwrotnie. Liberałowie byli gotowi zaakceptować na jakiś czas autorytarną władzę w zamian za swobody gospodarcze, ponieważ i tak – w ich przekonaniu – doprowadziłoby to po jakimś czasie do upadku reżimu.

Ambiwalentny stosunek do dyktatury nie budził entuzjazmu w głównym nurcie opozycji. Jednocześnie liberałowie nieufnie odnosili się zarówno do solidarnościowej prawicy, zarzucając jej skłonność do „romantycznego" uprawiania polityki i, całkiem słusznie, ignorancję w kwestiach ekonomicznych, oraz do solidarnościowej „oświeconej" lewicy, która rościła sobie wyłączne prawo do „wzięcia odpowiedzialności za losy całego społeczeństwa".

Wydarzenia z końca lat 80. potwierdziły początkowo słuszność intuicji Dzielskiego. Komuniści – w obliczu katastrofy gospodarczej – całkiem poważnie analizowali liberalizację rynku przy jednoczesnym zachowaniu monopolu władzy politycznej na wzór chiński.

Co ciekawe, definiowali oni liberalizm nie tylko jako narzędzie uwłaszczenia się i wzbogacenia partyjnych elit, ale także jako formę walki politycznej z opozycją, widząc w wolnym rynku sposób na osłabienie więzi społecznych. Ostateczne decyzje o uwolnieniu rynku podjęli podczas X Plenum KC PZPR, a zrealizował je na początku 1989 roku duet Rakowski–Wilczek.

Wydawało się zatem, że dla liberałów w Polsce nastały złote czasy. Ich prognozy się sprawdziły, Polacy masowo próbowali swoich sił jako przedsiębiorcy, a liberalizm stał się dla wielu z nich przeciwieństwem znienawidzonego komunizmu, drogą ku normalności i dobrobytowi.

Jednak liberałowie nie przewidzieli dynamiki wydarzeń. Komunizm nie przetrzymał nawet roku od ogłoszenia przemian rynkowych. I nie było to skutkiem wprowadzonej wolności gospodarczej, lecz rezultatem zachodzących globalnie zmian. Główny nurt opozycji – nazywającej się jeszcze wtedy solidarnościową – stawiając na równoczesne zmiany polityczne i odwołując się do narodowych emocji, stał się w tej sytuacji jedynym oczywistym partnerem i następcą komunistów.

Być może przyszłość wczesnego liberalizmu byłaby inna, gdyby nie śmierć Dzielskiego w październiku 1989 roku. Miejsce krakowskich liberałów zajęli wówczas działacze kierowanej przez Janusza Korwin-Mikkego Unii Polityki Realnej. Korwin-Mikke, podobnie jak Dzielski, także był konserwatywnym liberałem, jednak jego mocno niekonwencjonalne zachowanie i niewzruszona ortodoksja ugruntowały marginalizację jego ruchu. Gdy w 1991 roku zmarł Stefan Kisielewski, Korwin-Mikke, całkiem zresztą świadomie, zasilił szeregi politycznego folkloru.

Forma niecywilizowana

Śmierć Dzielskiego oraz postępująca marginalizacja środowiska warszawskich liberałów otworzyła szerokie możliwości przed grupą z Gdańska, która zorganizowała się w Kongresie Liberalno-Demokratycznym. Gdańscy liberałowie z Janem Krzysztofem Bieleckim, Donaldem Tuskiem i Januszem Lewandowskim na czele zdawali się reprezentować bardziej pragmatyczny nurt liberalizmu zgodny z założeniem brytyjskiego filozofa Bertranda Russella, wedle którego liberał ma wyłącznie poglądy hipotetyczne, a nie dogmatyczne, i jest gotów je ciągle weryfikować. Gdańscy liberałowie pozostali zresztą wierni tej zasadzie do dziś.

Dla liberałów wzorem do naśladowania nie był górnik broniący się łomem przed nacierającymi zomowcami, lecz badylarz, który dzięki zyskom z uprawy pieczarek wyzwalał się spod ekonomicznej – a w konsekwencji i politycznej – kurateli państwa.

Pragmatyczny stosunek do własnych poglądów pozwolił liberałom z Gdańska nader łatwo uzyskać dostęp do Lecha Wałęsy, który walcząc o prezydenturę, budował własny obóz polityczny. Przez chwilę liberałowie z KLD zasilili nawet szeregi Porozumienia Centrum kierowanego przez Jarosława Kaczyńskiego, co było o tyle zaskakujące, że Kaczyńskiego – jako lidera insurekcyjnej, „rewolucyjnej" prawicy – dzieliła przepaść z liberałami gotowymi jeszcze niedawno układać się z komuną w imię gospodarczej wolności.

Uczynienie pragmatyzmu naczelną zasadą ludzkiego postępowania – choć zgodne z dzisiejszym rozumieniem liberalizmu – nie przyniosło jednak politykom KLD sukcesu. Ich program gospodarczy, choć odwoływał się do liberalizmu, czynił to w bardzo prymitywnej formie, której symbolem stało się nieszczęsny slogan, że „pierwszy milion trzeba ukraść". W tym kontekście trudno się dziwić, że liberałowie nie zdołali nadać polskiemu kapitalizmowi cywilizowanej formy.

W rezultacie przez raczkujący rynek przeszła spektakularna fala bankructw. Większość przedsiębiorców, zwykle drobnych handlarzy, nie zdołała zarobić wystarczających pieniędzy, aby utrzymać i rozwijać swoje biznesy. Za to ci nieliczni, którym się udało, zawdzięczali swój sukces nie nadzwyczajnym umiejętnościom, lecz zwykłemu przypadkowi. Po prostu nieświadomie wypełnili jakąś niszę na rynku, co pozwoliło im osiągnąć dochody i przetrwać.

Na tę niestabilność finansową nałożył się jeszcze wybuch przestępczości zorganizowanej skutecznie utrudniający bądź wręcz uniemożliwiający prowadzenie interesów wielu przedsiębiorcom, a także uprzywilejowanie komunistycznej nomenklatury, która zarządzała dawnym majątkiem państwowym, korzystając z szerokiego kredytowania przez banki.

Rozpoczęła się także gwałtowna prywatyzacja, która wprawdzie przynosiła dochody budżetowi państwa, ale dla większości zatrudnionych w prywatyzowanych firmach oznaczała masowe zwolnienia i bezrobocie. Wszystko to budziło frustrację i powodowało narastanie postaw roszczeniowych, wszak oficjalnie propagowany liberalizm nie stał się dla większości przepustką do lepszego życia, a w wielu przypadkach było dokładnie odwrotnie.

Sarmacki duch

Rząd liberałów okazał się całkowicie bezradny wobec tych wyzwań. Brak poglądów okazał się w tej sytuacji równoznaczny z brakiem jakiejkolwiek strategii. Bo żadną strategią nie można nazwać ciągłego odwoływania się do „niewidzialnej ręki rynku". Nawet według standardów liberalnych rynek, z którym mieliśmy wtedy do czynienia, w żadnym razie nie był wolny, lecz co najwyżej zdziczały.

Liberałowie ponieśli klęskę. I nie wynikało to tylko z ich nonszalanckiego stosunku do problemów społecznych i gospodarczych, czego skutkiem była przypięta im łatka „liberałów-aferałów". Ortodoksyjny liberał zarzuciłby im z pewnością chwiejność i porzucenie liberalnych pryncypiów na rzecz partykularnych interesów. Nie jest to jednak cała prawda.

Liberałowie bez względu na to, czy wywodziliby się z nurtu pragmatycznego czy z ortodoksyjnego, nie zdołaliby wtedy zbudować normalnie funkcjonującego rynku. Wolny rynek nie jest bowiem możliwy bez kapitału, a tego w Polsce dramatycznie brakowało. Oparcie kapitalizmu na więcej niż skromnych zasobach finansowych świeżo upieczonych właścicieli szczęk i straganów nie było w stanie stworzyć fundamentów silnego i sprawnie działającego rynku.

Nic zatem dziwnego, że skorzystali na tym z jednej strony przestępcy, a z drugiej – uwłaszczona nomenklatura, mająca ogromną przewagę finansową nad resztą społeczeństwa. Wina liberałów polegała na tym, że nie chcieli tego dostrzec i nie przyjmowali do wiadomości jakiejkolwiek krytyki rynku.

W rozważaniach na temat liberalizmu w Polsce często pojawia się spór wokół wolności szlacheckich w Pierwszej Rzeczypospolitej. Jedni wywodzą z niego ducha indywidualizmu Polaków, inni – przeciwnie – podkreślają, że ów sarmacki duch był kolektywnym odruchem obronnym przeciwko wzmacnianiu władzy królewskiej i z indywidualizmem w liberalnym rozumieniu tego słowa nie ma nic wspólnego.

Spór ten wydaje się jeśli nie fałszywy w założeniach, to z pewnością mało istotny. Duch liberalizmu rozwija się bowiem w stabilnych burżuazyjnych społeczeństwach. Na ziemiach polskich – choć może to zabrzmieć zaskakująco – stabilne warunki dla rozwoju burżuazji panowały ostatnio pod zaborem rosyjskim. Proces ten został gwałtownie osłabiony z chwilą wybuchu I wojny światowej i ostatecznie zatrzymany wskutek II wojny oraz wejścia Polski w orbitę wpływów sowieckich.

Gdyby burżuazja mogła się w Polsce swobodnie rozwijać w ciągu XX stulecia, z pewnością zdołałaby zgromadzić wystarczający kapitał do stworzenia silnego rynku. I nie zastanawialibyśmy się pewnie teraz, czy sarmacki duch drzemiący w sercach Polaków jest przeszkodą czy motorem liberalnych przemian.

W interesie korporacji

Jerzy Szacki w swoim sztandarowym dziele „Liberalizm po komunizmie" zaznacza, że liberalizm nie może rozwijać się w warunkach zagrożenia. Przy czym za wytworzenie poczucia zagrożenia skłonny jest on obwiniać ugrupowania prawicowe, co może prowadzić do wniosku, że to prawica jest głównym hamulcowym liberalnych zmian w Polsce.

Choć prawica w istocie daleka jest od przyjęcia liberalizmu w takiej postaci, w jakiej definiuje go Szacki, to nie ona jest główną przeszkodą. Za najważniejszą należałoby uznać brak silnego państwa, które byłoby w stanie zapewnić przejrzyste ramy dla działalności jednostek. Silne państwo nie kłóci się z liberalizmem, wszak nawet państwo stróż, aby mogło być skutecznym stróżem, musi budzić respekt. A poczucie zagrożenia, o którym wspomina Szacki, pojawia się nie z powodu istnienia prawicy na scenie politycznej, w końcu sam liberalizm jest proweniencji prawicowej, lecz z powodu dużych nierówności społecznych i powszechnego poczucia niesprawiedliwości.

Liberalizm potrzebuje więc jako podłoża społeczeństwa, które zdołało nasycić się dobrami. Nieprzypadkowo zwolennikami liberalizmu są zwykle ludzie zamożni. Dlatego też istnienie burżuazji i jej zasoby kapitałowe w połączeniu ze stabilnym i sprawnie działającym państwem są niezbędnym fundamentem silnego rodzimego rynku. A ten z kolei warunkuje liberalne przemiany gospodarcze i społeczne. W Polsce lat 90. te warunki nie zaistniały, trudno więc było oczekiwać narodzin rodzimego liberalizmu.

Skoro liberalizmu nie dało się w Polsce zbudować oddolnie, musiał on zostać zaimportowany z zewnątrz. Trafił więc do nas wraz z ekspansją zagranicznego kapitału. Jest to liberalizm w innej postaci, niż postulowali konserwatywni liberałowie. Wielonurtowy, z silnym akcentem na poszanowanie praw mniejszości i swobody obyczajowe. Gospodarczo zaś służący głównie interesom wielkich międzynarodowych korporacji.

Sprawdza się więc teza, że silny kapitał, który znajdzie się w słabym instytucjonalnie i ekonomicznie otoczeniu, będzie kształtował to otoczenie zgodnie z własnymi interesami. A interesy wielkich korporacji są zwykle zbieżne: poszukują takich rozwiązań prawnych i instytucjonalnych, które zagwarantują im maksymalny zysk przy minimalnych nakładach. Takie ich zbójeckie prawo, źle jest jednak, jeśli nie równoważy go stojące na straży interesu publicznego silne państwo.

Gdańscy liberałowie po klęsce swojego rządu najwyraźniej utwierdzili się w przekonaniu, że konserwatywny liberalizm, którego zresztą nigdy nie byli wyznawcami, nie jest w polskich warunkach wykonalnym projektem. Na przekonanie to mogła mieć wpływ także bliska współpraca liberałów z niemiecką CDU, która – wedle słów Pawła Piskorskiego, byłego sekretarza generalnego KLD – bardzo wspomogła, nie tylko intelektualnie, jego ówczesną partię.

Otwartość gdańskiego środowiska na nowe prądy i jego niechęć do konserwatywnej prawicy doprowadziła do zjednoczenia KLD z Unią Demokratyczną. Liberalizm nowo powstałej Unii Wolności dobrze współgrał z liberalnymi standardami Zachodu, a stojący na czele nowej partii Leszek Balcerowicz dawał gwarancję korzystnego klimatu dla dużych zagranicznych inwestycji kapitałowych.

Liberalizm drugiej fali miał zupełnie inny charakter niż ten pierwszy z początku lat 90. Wraz z zagranicznym kapitałem przyniósł Polsce modernizację nie tylko w sferze gospodarczej, ale także kulturowej. Jego dobrą stroną było niewątpliwie uporządkowanie i oczyszczenie rynku z patologii nękających gospodarkę w poprzednich latach. Przyniósł też Polsce nową, wyższą kulturę pracy i konsumpcji.

Złą, choć nieuniknioną stroną było przyśpieszenie procesu homogenizacji społeczeństwa na zachodnią modłę oraz ugruntowanie niskiej pozycji Polski w globalnym podziale pracy jako rezerwuaru taniej siły roboczej i zaplecza podwykonawców dla potrzeb światowej gospodarki.

Druga fala liberalizmu, której największe nasilenie nastąpiło po wejściu Polski do Unii Europejskiej w 2004 roku, przyczyniła się też do innych głębokich zmian. Wraz z nią zmieciony został nie tylko przaśny bieda kapitalizm lat 90., ale i cała niemal rzeczywistość polityczna tamtego okresu.

Z polityki zniknęli „etosowcy" – na gruzach Unii Wolności liberałowie z Tuskiem na czele powołali Platformę Obywatelską – partię, która nie miała już być postsolidarnościowa. W miejsce odwołującego się do chrześcijańskiej myśli społecznej Porozumienia Centrum powstało konserwatywne Prawo i Sprawiedliwość. Wreszcie po aferze Rywina przestali się liczyć jako istotna siła polityczna postkomuniści, na co wpływ miał też zapewne upadek nomenklaturowego kapitalizmu zmiażdżonego przez wielkie zagraniczne korporacje.

Sprawująca nieprzerwanie rządy od 2007 roku Platforma Obywatelska jest dziś partią liberalną w tym samym znaczeniu co współczesny liberalizm. Wielonurtową i pragmatyczną w sensie ideowym, można w niej znaleźć zarówno grupy konserwatywne, jak i postępowo-liberalne, oraz neoliberalną w sensie gospodarczym, a więc – w skrócie rzecz ujmując – przychylną międzynarodowemu kapitałowi.

Pod skrzydła prawicy

Liberalizm nigdy nie pochylał się nad słabeuszami. Jednak dziś, gdy kapitalizm działa w wymiarze globalnym, słabeuszami są już nie tylko poszczególne jednostki i firmy, lecz także całe państwa. W warunkach ogromnej dysproporcji między zagranicznym a rodzimym kapitałem stosowanie tych samych reguł wobec jednego i drugiego musi się skończyć porażką słabszego, a więc najczęściej krajowego kapitału.

Nic zatem dziwnego, że wielu przedsiębiorców, którzy teoretycznie powinni stanowić najwierniejszy elektorat PO, ucieka pod skrzydła prawicy, nie tylko PiS, ale również prawicy narodowej. Paradoksalnie słaby polski kapitalizm domaga się ochrony przed zagraniczną konkurencją, co oznacza zerwanie z liberalnymi dogmatami.

Czy konserwatywni liberałowie mają więc jeszcze rację bytu? Na pewno w Ameryce, gdzie istnieje silny rodzimy kapitał, skutecznie konkurujący z zagranicznymi rywalami. Ale w Polsce? Tylko pod warunkiem że – wzorem swoich amerykańskich odpowiedników i podobnie jak PO – zaakceptują globalny kapitalizm. Tyle że byłoby to wbrew interesom rodzimych przedsiębiorców.

Jest jeszcze jedno wyjście. Rozpad Unii Europejskiej i powrót do ochrony krajowych rynków. Wtedy można by poeksperymentować z leseferyzmem na swoim podwórku. Tylko czy o to właśnie chodzi liberałom?

Autor jest publicystą, w przeszłości był m.in. zastępcą redaktora naczelnego „Dziennika"

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA