fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Komentarze

Komorowski zakładnikiem lewicy kulturowej

Filip Memches
Fotorzepa, Waldemar Kompała
Druga debata prezydencka różniła się od pierwszej. Andrzej Duda robił wrażenie bardziej rozluźnionego niż w niedzielę, był stroną atakującą, natomiast Bronisław Komorowski miał duże kłopoty, aby wyjść z defensywy, a w końcówce zupełnie stracił wigor i nie widać było, żeby mu bardzo zależało na reelekcji.

Kandydat PiS na początku zaskoczył prezydenta. Komorowski podkreśla na każdym kroku, że jest politykiem bezpartyjnym. Tymczasem Duda wręczył mu chorągiewkę Platformy Obywatelskiej, by po raz kolejny przypomnieć Polakom o tym, że głowa państwa nie wzięła się politycznie znikąd, że jest z tego samego obozu, co rząd, któremu akurat spada poparcie społeczne. Być może był to moment decydujący o przebiegu spotkania, bo ewidentnie Komorowskiego ten gest zirytował.

Dość zręcznym zabiegiem Dudy było wykorzystanie czasu, w którym miał odnieść się do pomysłu jednomandatowych okręgów wyborczych i kwestii światopoglądowych, na odrzucenie oskarżeń postawionych w pierwszej debacie, a dotyczących jego sytuacji zawodowej. Eurodeputowany PiS wyjaśnił, dlaczego zarzuty o blokowanie etatu na uczelni są nieuzasadnione, i tym samym dał do zrozumienia, że w czwartek inicjatywa będzie należała do niego.

Zasadnicza merytoryczna przewaga Dudy wynikała z jego odwoływania się do prawa, a zwłaszcza do ustawy zasadniczej. Na jego pytanie o to, jakie konkretne zastrzeżenia zgłosił Trybunał Konstytucyjny do ustawy o zgromadzeniach, którą wcześniej Komorowski podpisał, prezydent konkretnie nie odpowiedział. A nawet zachował się niepoważnie – uciekł w jakieś nieistotne rozważania nad tym, czy wolno zasłaniać twarze podczas manifestacji.

Ciosem w Komorowskiego okazała się wymiana zdań dotycząca konwencji antyprzemocowej. Gospodarz Belwederu chciał udowodnić, że Duda będąc przeciw ratyfikacji przez Polskę tego dokumentu jest za depenalizacją przemocy domowej, co byłoby bądź co bądź absurdem. I tym razem kandydat PiS był górą powołując się chociażby na opinię uchodzącego w kręgach PO za autorytet, byłego prezesa Trybunału Konstytucyjnego, profesora Andrzeja Zolla, którego zdaniem konwencja w wielu punktach stanowi ideologiczne narzędzie ataku na tradycyjny model rodziny i w wielu państwach Europy bynajmniej nie została ratyfikowana.

Duda słusznie zauważył, że obowiązujące w Polsce przepisy prawa wystarczająco regulują to, w jaki sposób organy państwa mają przeciwdziałać przemocy domowej. W ten sposób po raz kolejny się okazało, że eurodeputowany PiS nie przejmuje się żadną poprawnością polityczną, natomiast prezydent, poniekąd wbrew głoszonemu przy innych okazjach swojemu konserwatyzmowi, stał się zakładnikiem lewicy kulturowej.

Rywal Komorowskiego nie ustrzegł się jednak – i to trzeba mocno zaznaczyć – ryzykownych obietnic wyborczych, na przykład zapowiadając pomoc państwa dla frankowiczów czy podniesienie kwoty wolnej od podatku. Powinien więc brać pod uwagę to, że jeśli zwycięży w wyborach, zostanie potem z takich deklaracji surowo rozliczony. Tu nie może być mowy o żadnej taryfie ulgowej.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA