fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Wojtyna: Nie odkładajmy tematu euro

Andrzej Wojtyna
Fotorzepa, Malgorzata Pstrągowska
Sprawa euro powinna powrócić do kampanii wyborczej. W debacie przed pierwszą turą wyborów prezydenckich kwestia ta pojawiła się tylko na krótko – pisze były członek Rady Polityki Pieniężnej.

Sprawa euro została wprowadzona do kampanii przez Andrzeja Dudę, który przypominając wcześniejsze, pozytywne wypowiedzi prezydenta Bronisława Komorowskiego w sprawie przystąpienia Polski do strefy euro, odwołał się do ciągle psychologicznie nośnego, ale bardzo słabo przystającego do rzeczywistości argumentu o groźbie wzrostu cen. Bardzo szkoda, że wyraźnie zaskoczony pojawieniem się wątku euro sztab wyborczy urzędującego prezydenta przyjął postawę silnie defensywną i nie wykorzystał szansy, aby w spokojny, merytoryczny sposób odnieść się do kwestii, która ze względu na swój strategiczny charakter powinna być jedną z najważniejszych w kampanii.

Gdyby sztab wyborczy Bronisława Komorowskiego spodziewał się podobnego ataku ze strony Andrzeja Dudy, to mógłby nawet przeprowadzić udany kontratak, pokazując nieadekwatność argumentu i przyczyniając się jednocześnie do lepszego zrozumienia przez społeczeństwo dylematów związanych z przystąpieniem do strefy euro. Niezależnie bowiem od strategicznych politycznych i ekonomicznych argumentów za przystąpieniem można wskazać też na kilka ważnych bieżących okoliczności przemawiających za „podjęciem rękawicy":

- straszenie inflacją jest wątpliwym zabiegiem, jeśli w Polsce mamy deflację, a w gospodarce światowej nadal przeważają zagrożenia stagnacyjno-deflacyjne i wiele krajów chciałoby, aby pojawiła się kilkuprocentowa inflacja obniżająca realne stopy procentowe i realną wartość zadłużenia;

- doświadczenia krajów Europy Środkowej, które niedawno przystąpiły do strefy euro, pokazują, że przy odpowiedniej polityce informacyjnej ryzyko nieuzasadnionych podwyżek cen można dosyć skutecznie wyeliminować;

- problem frankowiczów miałby niewielkie znaczenie lub w ogóle by nie wystąpił, gdyby w przeszłości kredyty mieszkaniowe były zaciągane w euro jako walucie krajowej;

- sytuacja na Ukrainie bardzo zwiększyła znaczenie czynników politycznych przemawiających za zacieśnieniem więzi gospodarczych z rdzeniem UE, które powinny odgrywać zdecydowanie większą rolę w zwiększaniu bezpieczeństwa Polski niż wzrost wydatków na zbrojeniowych.

Nie odkładać na po wyborach

Nawet jeśli z kalkulacji politycznych sztabu Bronisława Komorowskiego wynikało, że lepiej nie włączać kwestii euro do kampanii, to należało przynajmniej odnieść się do absurdalnej z ekonomicznego punktu widzenia i niebezpiecznej dla interesów Polski opinii Andrzeja Dudy, w myśl której: „Przyjęcie euro skazuje nasze społeczeństwo na ubożenie i bycie narodem drugiej kategorii. Przyjęcie euro jest możliwe, jedynie gdy poziom życia polskiego społeczeństwa zrówna się z poziomem życia Niemców czy Holendrów".

Należało zapytać, jakie to cudowne narzędzia polityki ekonomicznej proponuje Andrzej Duda, aby polska gospodarka zdała zaproponowany przez niego test jednakowego poziomu życia, jeśli na kilka dekad znajdzie się ona poza głównym nurtem integracji europejskiej. Można też było zapytać, dlaczego podobnego „testu Dudy" jako kryterium przygotowania do członkostwa nie wprowadziła do debaty publicznej Słowacja i kraje bałtyckie.

Rozumiem, że retoryka wyborcza rządzi się swoimi prawami. Uważam jednak, że ubieganie się o najwyższy urząd w państwie zobowiązuje kandydatów do nałożenia na tę retorykę pewnych ograniczeń po to, aby nie formułować ocen, które zbyt daleko odbiegają od stanu wiedzy. Takiego samoograniczenia należy w każdym razie oczekiwać od osób, w przypadku których fakt posiadania stopnia naukowego jest w kampanii eksponowany. Na taką retorykę trzeba reagować od razu, przeciwstawiając im dosyć zresztą łatwe do znalezienia kontrargumenty. Jeśli jednak nie reaguje się, a poważną debatę odsuwa się na okres powyborczy, to błędne opinie bardzo trudno będzie skorygować w okresie „normalnej" polityki. Można się natomiast na pewno spodziewać, że nieskomentowane fałszywe sądy i opinie będą umacniać swój status mądrości obiegowych.

Często formułowana jest opinia, że członkostwo w strefie euro jest zbyt poważną sprawą, by ją włączać do kampanii wyborczej. Ryszard Petru („Rzeczpospolita" z 9 kwietnia) uważa na przykład, że wówczas w dyskusji dominowałyby emocje, a nie fakty. Podobnego zdania jest Janusz Lewandowski („Rzeczpospolita" z 9 kwietnia), który obawia się, że kredyty walutowe mogłyby stać się „gorącym tematem w kampanii wyborczej i doszłoby do takiego ogłupiania ludzi jak w sprawie euro".

Moim zdaniem w świetle doświadczeń obecnej kampanii takie podejście jest nieskuteczne, ponieważ opiera się na optymistycznym i nieznajdującym niestety potwierdzenia w rzeczywistości założeniu, że we współczesnej polityce strategiczne, kluczowe dla kraju sprawy uda się wyłączyć z bieżącej debaty, w której dominują emocje i chwyty marketingowe, a nie racjonalny osąd i chłodna analiza korzyści i kosztów. Podejście takie jest zresztą często dla polityków wygodne, ponieważ zwalnia ich z konieczności zapoznania się ze skomplikowanymi zazwyczaj mechanizmami i uwarunkowaniami zjawisk społecznych i gospodarczych. Wygoda ta oznacza też jednak jeszcze mniejsze prawdopodobieństwo, że do tych trudnych spraw powróci się po wyborach.

Niebezpieczna zmiana dla zmiany

Słabość omawianego podejścia dobrze ilustruje pierwsza tura wyborów prezydenckich. Trudno jest oczywiście ocenić, jaki byłby wynik pierwszej tury, gdyby dyskusję zdominowały problemy bezpieczeństwa politycznego i gospodarczego Polski. Można jednak przypuszczać, że wynik ten byłby dla urzędującego prezydenta znacznie lepszy, gdyby w końcowym okresie debaty skupił się na tych wątkach, w których pod względem wiedzy i doświadczenia ma nad rywalami silną przewagę konkurencyjną, czyli na kwestiach bezpieczeństwa politycznego i ekonomicznego. Co więcej, podnosząc te kwestie, byłby w pełni wiarygodny, co w obecnej kampanii okazuje się szczególnie ważne dla wyborców i dla mediów.

Zamiast tego mamy następującą sytuację: problemy bezpieczeństwa kraju znalazły się w zasadzie poza debatą, a powstałą pustkę wypełniły od razu inne kwestie. Co istotne, kwestie te (znaczne zwiększenie roli referendum, daleko idące zmiany w systemie wyborczym) są również systemowo i strategicznie bardzo ważne dla funkcjonowania państwa, ale pojawiły się ad hoc, a nie w wyniku poważniejszych przemyśleń, i uruchomiły natychmiast licytację obietnic. Oznacza to, że w obliczu niezwykle skomplikowanej i trudnej dla Polski sytuacji międzynarodowej, zamiast zajmować się poszukiwaniem najlepszych sposobów ograniczenia realnych zagrożeń, zaczynamy koncentrować się na tematach zastępczych, tak jakby w działaniu państwa wystąpiła nagle jakaś bardzo poważna dysfunkcjonalność. Pojawia się poważne ryzyko, że te i inne zastępcze tematy zdominują nie tylko dyskusję przed drugą turą, ale także kampanię przed wyborami parlamentarnymi.

Ruchy antysystemowe są ważną i na dłuższą metę potrzebną częścią mechanizmu demokracji. W krótkim okresie wysuwane postulaty destabilizują jednak system, co utrudnia reagowanie na występujące obecnie poważne zagrożenia zewnętrzne. Konieczne jest więc szukanie takiego sposobu zakotwiczenia dorobku polskiej transformacji, który jednocześnie umożliwi odniesienie się w sposób przemyślany do proponowanych zmian ustrojowych. Od dłuższego czasu próbuję w tekstach publicystycznych przekonywać, że to silniejsze zakotwiczenie powinno przybrać postać wzmocnienia wysiłków na rzecz członkostwa w strefie euro. Staram się też zachęcić kolegów ekonomistów, aby przynajmniej wskazali lepszy sposób osiągnięcia tego celu, bo dzięki temu rozwinie się być może dyskusja bardziej konstruktywna niż dotychczas.

Na szczęście jak dotąd nikomu spośród ekonomistów nie przyszedł do głowy pomysł, aby tak jak Andrzej Duda za warunek wstępny członkostwa uznać zrównanie się poziomu życia w Polsce z Niemcami i Holandią. Ogólna wątpliwość wobec członkostwa jest najczęściej formułowana przez ekonomistów w następujący, bardziej subtelny sposób: zanim przystąpimy, musimy najpierw lepiej się do tego przygotować, przeprowadzając reformy zwiększające konkurencyjność naszych przedsiębiorstw. Problem polega jednak na tym, że nikt nie potrafi wskazać innego niż dążenie do członkostwa w strefie euro czynnika, który miałby uruchomić potrzebne zmiany strukturalne.

Co gorsza, tak silnie podkreślana w kampanii przez Andrzeja Dudę czy Pawła Kukiza potrzeba zmiany nie jest niestety tylko zwykłym frazesem czy pustym hasłem o neutralnych konsekwencjach, lecz nawoływaniem do odwrócenia z trudem przeprowadzonych reform systemowych i strukturalnych. Paradoksem jest to, że kosztem odwrócenia reform chcą w przyszłości obciążyć obecne młode pokolenie, które w znacznej części wydaje się popierać próżnię intelektualną zawartą w przekazie „zmiana dla samej zmiany".

Euro musi wrócić do debaty

Ogólnie rzecz biorąc, jako ekonomista zgadzam się z poglądem Ryszarda Petru, że w poważnej dyskusji nad członkostwem w strefie euro powinniśmy używać racjonalnych argumentów teoretycznych i empirycznych, a nie zachęcać do „wyprodukowania spotów telewizyjnych straszących Polaków konsekwencją braku euro". Ponieważ rząd, mimo prounijnych inicjatyw podejmowanych przez prezydenta Bronisława Komorowskiego, pozwolił jednak na to, żeby straszenie rzekomymi kosztami członkostwa przełożyło się bardzo silnie na spadek poparcia dla euro w sondażach, to stopniowo dochodzę do przekonania, że chyba nie ma innej drogi, niż pozwolić, aby emocje pomogły to poparcie odbudować.

Przekonanie to wzmacniają wyniki najnowszych badań z zakresu psychologii, neurofizjologii i nad procesem ewolucji, bardzo ciekawie podsumowane przez prof. J. Haidta w książce pod znamiennym tytułem „Prawy umysł. Dlaczego dobrych ludzi dzieli religia i polityka?". Wyniki te pokazują, że skuteczność polityków w przekonywaniu do swoich racji zależy od skomplikowanej kombinacji czynników racjonalnych i emocjonalnych. W odniesieniu do decyzji ekonomicznych do podobnych wniosków prowadzą badania prowadzone na gruncie ekonomii behawioralnej. Okazuje się, że proces podejmowania decyzji przez homo sapiens jest dużo bardziej skomplikowany niż w przypadku homo oeconomicus i że fakt ten trzeba brać pod uwagę także w kampanii wyborczej.

Bez odbudowy sondażowego poparcia dla euro intelektualny koszt wnikliwego rozważania kosztów i korzyści członkostwa będzie dla polityków zbyt wysoki. Nawet wśród zwolenników członkostwa w strefie euro ciągle nośny będzie wygodny argument: „jestem za, ale i tak nic nie można zrobić bez zmiany konstytucji". Warunkiem, aby poparcie społeczne mogło wzrosnąć i aby jednocześnie wysiłek intelektualny był dla polityków opłacalny, jest wprowadzenie kwestii euro do kampanii wyborczej. W drugiej turze wyborów prezydenckich można by co najwyżej wprowadzić argumenty o charakterze emocjonalnym, co jest zbyt ryzykowne i co uwłaczałoby tym częściom naszego mózgu, które rozwinęły się w późniejszym okresie ewolucji.

Troska o przyszłość kraju oraz szacunek dla wyborców i dla stanu wiedzy wymagają jednak, aby członkostwo w strefie euro stało się jedną z dwóch, trzech najważniejszych osi debaty przed wyborami do Sejmu i Senatu. Jest to bowiem kwestia, która najlepiej skupia w sobie i sprowadza do wspólnego mianownika najważniejsze dylematy, z którymi musi zmierzyć się Polska, aby sprostać obecnym i długookresowym zagrożeniom politycznym i gospodarczym. Przesunięcie akcentu na problemy strategiczne pozwoli też zapobiec temu, aby dyskusję zdominowały krótkookresowe obietnice wywołane decyzją Unii Europejskiej o wyłączeniu Polski z procedury nadmiernego deficytu.

Jeśli natomiast wątek euro nie znajdzie się w głównym nurcie debaty publicznej, to w najbliższych latach możemy się spodziewać, że za erozją poparcia dla euro podąży też spadek poparcia dla członkostwa w UE. Kulminacja tego procesu nastąpi wówczas, gdy w kolejnej perspektywie finansowej znacznie większymi beneficjentami środków unijnych staną się kraje Europy Środkowej należące do strefy euro, która będzie prawdopodobnie miała już odrębny i znacznie większy budżet. I to będzie zdecydowanie bardziej miarodajne kryterium członkostwa pierwszej i drugiej kategorii niż to, którym straszy Andrzej Duda.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA