fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Opinie

Czy Rosja przygotowuje wojnę hubrydową z Polską?

Manifestacja wojskowa na moskiewskim placu Czerwonym w rocznicę rewolucji październikowej.
AFP
To, że nie widać rosyjskich przygotowań do wojny hybrydowej w Polsce, nie oznacza, że ich nie będzie. Nie wolno nie doceniać rosyjskiej szkoły planowania strategicznego – pisze publicysta.

Wojna na Ukrainie, nazwana hybrydową, otworzyła planistom i strategom oczy na nowe zagrożenie, którego przed 2014 r. na ogół nie brano poważnie – atak Rosji ukryty za nieregularnymi działaniami „nieznanych sprawców". W Polsce taka operacja byłaby dużo trudniejsza, ale czy niemożliwa?

Przeprowadźmy publicystyczną grę operacyjną, wcielmy się w potencjalnego agresora i zastanówmy: jeśli chciałby zaatakować hybrydowo, jak by to zrobił, kto i co mogłoby pełnić w Polsce funkcję krymskich „zielonych ludzików". Takie analizowanie wyprzedzające pozwala lepiej się przygotować do eliminacji zagrożenia, gdyby przeciwnik zechciał zaatakować, a jeśli nie zechce – będzie ćwiczeniem, które oby się nigdy nie przekształciło w ponurą rzeczywistość.

Kto następny?

Planiści NATO po cichu, a minister spraw zagranicznych Wielkiej Brytanii całkiem otwarcie wskazują Łotwę i Estonię, w mniejszym stopniu Litwę, jako kolejne obiekty ataku hybrydowego. Warunki w tych krajach sprzyjają powtórzeniu wariantu ukraińskiego, choć byłoby to dużo trudniejsze. Wszystkie są członkami NATO, na ich terytorium ćwiczą lub wręcz stacjonują siły natowskie, a prezydent Barack Obama potwierdził, że sojusz i USA będą ich bronić przed ewentualną agresją. No i wysoki poziom życia w krajach bałtyckich, który zwykle nie sprzyja nastrojom bojowym wśród potencjalnych separatystów.

Niemniej narzędzia do wojny hybrydowej na Łotwie czy w Estonii istnieją. W obu krajach jest silna mniejszość rosyjska zamieszkująca zwarte terytoria, a wielu jej członków legitymuje się paszportami Federacji Rosyjskiej. Kolejny czynnik potencjalnej wojny hybrydowej to struktura własnościowa mediów w państwach bałtyckich. Na Litwie media w posiadaniu kapitału rosyjskiego to 15 proc. rynku.

Generał Waldemar Skrzypczak, były dowódca wojsk lądowych, twierdzi, że w Polsce nie ma środowiska niezbędnego do wojny hybrydowej. Biuro Bezpieczeństwa Narodowego z kolei mówi o zagrożeniu niekonwencjonalnym, określanym jako „trudno konsensualne", czyli takim, które nasi sojusznicy z NATO mogliby uznać za coś innego niż agresję, zatem nie obowiązywałby ich artykuł 5. traktatu waszyngtońskiego zobowiązujący do udzielenia pomocy zaatakowanemu.

Co i kto zatem mógłby odegrać u nas rolę „zielonych ludzików"? Odpowiedź nie jest łatwa, ponieważ nie widać rosyjskich przygotowań do wojny hybrydowej w Polsce, co nie oznacza, że ich nie będzie. Nie wolno nie doceniać rosyjskiej szkoły planowania strategicznego, bo to już klasyka gatunku, podobnie jak moskiewska dyplomacja. Z pewnością powstaje analiza możliwości konfliktu hybrydowego, jeżeli taka już nie istnieje. Możemy zatem i my przeprowadzić podobne ćwiczenie, wcielając się w rolę naszego przeciwnika.

Uruchomienia niedawno rozgłośni „Sputnik" czy wcześniej polskojęzycznego portalu „Głos Rosji" nie można uznać za skuteczne urabianie gruntu, bo ich siła oddziaływania jest porównywalna z dawnym Radiem Tirana, czyli niemal żadna. Nie ma też w Polsce zwartej ludności rosyjskojęzycznej z paszportami Federacji Rosyjskiej, Moskwa nie może zatem bronić „swoich".

Nie istnieją separatyzmy. Gdyby nawet je na siłę wykreować – a chętni zawsze się znajdą – potencjał tkwiłby ewentualnie w Ślązakach i Kaszubach, ale to grupy niesłynące akurat z umiłowania Rosji. Na polskich Ukraińców Moskwa zdecydowanie nie miałaby co liczyć. Pozostają Białorusini zamieszkujący w zwartym osadnictwie Podlasie. Można by od biedy wystąpić w ich obronie, jako części Russkiego Miru i świata prawosławnego, ale potrzebne byłoby do tego poparcie Mińska. Tymczasem Aleksander Łukaszenko sam obawia się „zielonych ludzików" na swoim terytorium i już zaczął przygotowywać siły zbrojne do ich zneutralizowania, gdyby się pojawili. O jakimkolwiek poparciu dla białoruskiej irredenty w Polsce nie ma mowy. Ten wariant też odpada.

Wojna o Królewiec?

Skoro Rosja nie ma kogo w Polsce bronić, zawsze pozostaje spór terytorialny. Przebieg granicy z Rosją, a konkretnie regionem Królewca (obwód kaliningradzki), jest prawnie uregulowany, ale to wcale nie oznacza, że nie można jej podpalić. Przynależność Krymu do Ukrainy też była prawnie zagwarantowana.

Możliwości są niemałe. Na Polskę przypada trzy czwarte niemieckich Prus Wschodnich, reszta należy do Rosji. Historia podziału tych ziem aż się prosi o wykorzystanie do prowokacji. Pierwsza regulacja granicy nastąpiła 27 lipca 1944 r. na mocy porozumienia PKWN z rządem sowieckim wyznaczającego rozdział po linii od Braniewa na wschód do Suwałk. Potem była konferencja w Poczdamie i zawarta na jej podstawie umowa o polsko-sowieckiej granicy państwowej z 16 sierpnia 1945 r. Już miesiąc później została jednak zerwana przez Moskwę, która powiększyła swoje terytorium kosztem Polski. Wreszcie w grudniu, po skargach Bieruta i Gomułki, Stalin wyznaczył nową linię, tym razem na korzyść Polski. Dało nam to ekstra ponad 1000 km kw. w porównaniu z decyzjami poczdamskimi. Wprawdzie do 1957 r. granicę przesuwano jeszcze 16 razy, ale ów gest Stalina można by dziś zakwestionować jako nielegalny.

Moskwa mogłaby zacząć traktować ten 1000 km kw. jako swoje terytorium i obywatele rosyjscy otworzyliby tam na przykład nielegalne targowisko, demonstracyjnie nie płacąc państwu polskiemu podatków czy opłat administracyjnych. Polacy musieliby je zamknąć. „Kupcy" rosyjscy zapewne stawialiby opór, ktoś zostałby pobity, aresztowany. Moskwa uznałaby to za napaść na swoich obywateli na jej terytorium. Na fali oburzenia powstałby po rosyjskiej stronie granicy spontaniczny ruch protestu, który organizowałby pokojowe marsze na polską granicę i usuwanie słupów, demolowanie przejść granicznych itp. Polska musiałaby odpowiedzieć przemocą. I eskalacja gotowa, ale nie byłaby to wojna ani atak w rozumieniu definicji NATO.

Oczywiście to tylko publicystyczne „ćwiczenia wojenne". Pokazują jednak, że wojna hybrydowa z Polską jest możliwa.

Autor jest dyrektorem ds. strategii w Warsaw Enterprise Institute oraz dyrektorem ds. komunikacji w Sikorsky Aircraft/PZL Mielec

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA