fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Polityka

Lotnicze profity

Tadeusz Iwiński (w środku) zapewnia, że mile oddaje innym
PAP, Marcin Obara
Posłowie nie ujawniają prywatnych korzyści z publicznych podróży.

40 tys. punktów to zegarek znanej firmy, a 180 tys. – podróż dookoła świata. Takie nagrody oferuje uczestnikom program linii lotniczych Miles & More. Z mil gromadzonych dzięki biletom kupowanym za publiczne pieniądze mogą korzystać w prywatnych celach m.in. ministrowie, urzędnicy i posłowie.

– Korzystanie z programu powinno być pod kontrolą. Korzyści powinny spływać do kasy Sejmu, a nie do kieszeni posła – alarmuje prof. Antoni Kamiński, były prezes Transparency International Polska.

Spore bonusy

Na świecie działają trzy liczące się sojusze linii lotniczych. Z polskiego punktu widzenia najatrakcyjniejszy jest Star Alliance, którego członkami są m.in. LOT, Brussels Airlines i Lufthansa. To właśnie on oferuje pasażerom program Miles & More. Nie ma w nim znaczenia, kto płaci za bilet, lecz kto leci. Dlatego mogą uczestniczyć w nim politycy, choć ich loty opłacane są z publicznych pieniędzy.

Za przelot do Warszawy z odległego miasta w kraju, np. z Rzeszowa albo Szczecina, można zarobić do tysiąca mil. Sejmowi rekordziści latają ponad sto razy do roku. Na liście najczęściej podróżujących są m.in. Jan Bury z PSL, Iwona Guzowska z PO, niezrzeszony Tomasz Górski, Wincenty Elsner z SLD i Andrzej Jaworski z PiS.

Dziurawe rejestry

O udziale w programie wprost mówią niektórzy posłowie. O to, czy uczestniczą w programie, spytaliśmy trzech ostatnich. Potwierdzili.

Problem w tym, że zgodnie z opinią Biura Analiz Sejmowych profity płynące z uczestnictwa powinny być uwzględniane w rejestrze korzyści. Takich wpisów nie robi żaden z często podróżujących posłów, choć mile można wymieniać nie tylko na bilety, lecz również na zegarki, plecaki itp.

Dlaczego posłowie nie uwzględniają korzyści w rejestrze? Twierdzą, że ich po prostu nie czerpią. – Gdybym chciał za mile polecieć za granicę, i tak musiałbym ponieść bardzo wysokie opłaty lotniskowe – tłumaczy Andrzej Jaworski, który mówi, że dzięki programowi korzysta tylko z saloników na lotniskach.

Tomasz Górski i Wincenty Elsner mówią, że stanu kont nawet specjalnie nie sprawdzają. Z kolei prof. Tadeusz Iwiński z SLD, który z uwagi na umiejętności językowe często wyjeżdża za granicę, tłumaczy, że punkty kilkakrotnie przekazał na cele charytatywne. – Oddałem je m.in. na rzecz chóru zaproszonego na konkurs na Sycylię – relacjonuje.

– To niewiarygodne, że nikt nigdy nie uległ pokusie – ocenia prof. Antoni Kamiński.

Podobnie uważa były europoseł Marek Migalski. – Sam dzięki punktom zebranym, gdy byłem eurodeputowanym, poleciałem w podróż dookoła świata. Kosztowało to 180 tysięcy mil, musiałem tylko dopłacić około 5 tys. złotych opłat lotniskowych – wspomina. Tłumaczy, że europosłowie w celu zgromadzenia większej liczby mil często wykupywali loty z przesiadkami. Dlatego o uregulowanie sprawy bezskutecznie prosił szefa PE Martina Schultza. Podobne kroki próbowano podjąć w Sejmie.

Niemiecki przykład

Jak dotąd jedynym parlamentem, który zajął się tym problemem, jest niemiecki Bundestag. W 2002 roku z powodu wykorzystywania punktów w prywatnych celach z mandatami pożegnało się dwóch deputowanych, a parlament otworzył specjalne konto. Gromadzone na nim mile później wykorzystywane są w celach charytatywnych.

W Sejmie nad podobnym rozwiązaniem pracowano, gdy marszałkiem był Grzegorz Schetyna. Pomysł upadł, choć Prezydium Sejmu zleciło nawet wstępne rozmowy z liniami lotniczymi.

Jednak mile to problem nie tylko posłów, bo programu nie monitoruje także Kancelaria Senatu. Z pytaniami o program Miles & More zwróciliśmy się też do trzech resortów, w których ministrowie i urzędnicy latają najwięcej, czyli spraw zagranicznych, gospodarki i środowiska. Ze wszystkich dostaliśmy odpowiedź, że nie prowadzą ewidencji zgromadzonych punktów.

O tym, że sprawę należy uregulować, mówi część polityków. Zdaniem prof. Iwińskiego powinniśmy skopiować rozwiązanie z Bundestagu. – Kosztem naszego uczestnictwa w programie Kancelaria Sejmu powinna wynegocjować lepszą cenę – uważa z kolei Wincenty Elsner.

Kancelaria Sejmu i ministerstwa tłumaczą, że też uczestniczą w lotniczych programach lojalnościowych, tyle że skierowanych do instytucji. – Udział w tych programach daje wymierne korzyści w postaci oszczędności. Zebrane w ramach programów punkty dają np. możliwość przeniesienia biletu wykupionego w najniższej klasie do klasy wyższej – informuje biuro prasowe Ministerstwa Środowiska.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA