fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Media

Proces Tomasza Gzella i Jana Pawlickiego

Dziennikarze Jan Pawlicki (na zdjęciu w sali sądowej, w tylnym rzędzie z lewej) i Tomasz Gzell podczas zatrzymania relacjonowali wydarzenia z siedziby PKW. Oskarżono ich o naruszenie miru domowego
PAP, Jakub Kamiński
Pierwszy raz po 1989 r. zatrzymano dziennikarzy za wykonywanie pracy.

W Sądzie Rejonowym dla Warszawy-Śródmieścia rozpoczął się w piątek proces w trybie przyspieszonym dwóch dziennikarzy – reportera telewizji Republika Jana Pawlickiego i fotoreportera PAP Tomasza Gzella.

Policja oskarża ich o naruszenie miru domowego w siedzibie PKW podczas czwartkowego protestu okupacyjnego. Mieli oni nie opuścić budynku mimo wezwań funkcjonariuszy i administracji obiektu. Dziennikarze nie przyznali się do winy. Twierdzą, że relacjonując przebieg protestu i jego zakończenie, wykonywali tylko swoje obowiązki i nie uczestniczyli w okupacji PKW.

– Wychodząc z sali, chciałem jeszcze poprosić dowódcę akcji o wypowiedź do kamery. Wtedy wydał polecenie zatrzymania mnie, po czym odwrócił się i wyszedł – wyjaśniał podczas rozprawy Pawlicki, a Gzell tłumaczył, że w momencie zatrzymania był już w kurtce, robiąc ostatnie zdjęcia. – Byłem jednym z pierwszych, którzy chcieli wyjść – podkreślał.

To prawda. Moment jego zatrzymania uchwyciły kamery TVN 24. Na filmie widać, że gdy Gzell jest wyprowadzany z sali, inni dziennikarze wciąż filmują akcję policji i robią zdjęcia wynoszonym z sali konferencyjnej. Ich jednak nie zatrzymano.

W siedzibie PKW Gzell był już kilka godzin przed protestem. – Dyżur zacząłem około godz. 14. Miałem robić zdjęcia na jedynej zaplanowanej tego dnia konferencji. Wchodząc, oddałem legitymację prasową i dostałem przepustkę – tłumaczył w sądzie.

Gdy wcześniej informował policjantów, że jest dziennikarzem, usłyszał jedynie... „nic nie szkodzi". – Dziennikarstwo jest misją. Pokazujemy rzeczy, których nie mogą widzieć inni – tłumaczył Gzell sędziemu.

Legitymacja prasowa nie pomogła także Pawlickiemu.

Dziennikarze spędzili w areszcie ponad 20 godzin. To pierwszy taki przypadek po 1989 r. Nie mogli się skontaktować z rodziną, odebrano im telefony, aparaty fotograficzne, kamery, paski do spodni i sznurówki. Zwolnił ich dopiero sąd, uznając dalsze przetrzymywanie za bezcelowe.

Przestępstwo, za które odpowiadają Pawlicki i Gzell, jest publicznoskargowe. Procesu  by więc nie było, gdyby urzędnicy Kancelarii Prezydenta, do której należy siedziba PKW, wskazali, że dziennikarze nie naruszyli miru domowego. Nie robiąc tego, zrównali ich z okupującymi.

Zatrzymanie Gzella i Pawlickiego wywołało oburzenie w środowisku mediów. Pod sprzeciwem wobec działań policji podpisało się już ponad 120 dziennikarzy z różnych redakcji. Lista wciąż się wydłuża. Oświadczenia w obronie swoich pracowników wydały telewizja Republika i PAP. Agencja podkreśliła, że jej ustawowym obowiązkiem jest relacjonowanie publicznych zdarzeń, a Klub Fotografii Prasowej i Stowarzyszenie Fotografów przypominają, że zgodnie z prawem prasowym praca dziennikarzy w takich warunkach podlega specjalnej ochronie, za jej uniemożliwianie grozi zaś więzienie.

Zaniepokojenie zatrzymaniem wyraziła także międzynarodowa organizacja Reporterzy bez Granic i poinformowała, że monitoruje sprawę od samego początku. Na represje wobec dziennikarzy nie godzi się także „Rzeczpospolita". „Media nie mogą być zastraszane" – napisał redaktor naczelny Bogusław Chrabota.

– To wydarzenie wielkiej wagi – uznał prezes PiS Jarosław Kaczyński. Jego zdaniem Polska zmierza szybkimi krokami w stronę Białorusi.

Prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz, pytana o zatrzymanie dziennikarzy, odparła, że „nie można naruszać miru domowego", że to „zamach na demokrację" i że powinni oni odpowiedzieć karnie.

O losie Pawlickiego i Gzella zadecyduje sąd. Grozi im nawet rok więzienia. Na rozprawach 26 listopada i 5 grudnia będą przesłuchiwani świadkowie.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA