fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sylwetki

Nasze kraje mają standardowe problemy

Fotorzepa, Magdalena Jodłowska Magdalena Jodłowska
Europa bardziej histerycznie reaguje na kryzysy – mówi Tomas Sedlacek, czeski ekonomista i filozof, były doradca prezydenta Vaclava Havla.
Rz: Zarówno Polska, jak ?i Czechy obchodzą w tym roku 25. rocznicę powrotu do demokracji. Czy uważa pan, ?że pod względem społeczno-ekonomicznym nasze kraje zrobiły przez ten czas wystarczająco dużo, ?by wykorzystać otrzymaną szansę?
Transformacja mogła przebiegać u nas oczywiście lepiej, ale również znacząco gorzej. Tym, co jest dla mnie ważne, jest to, że Polska i Czechy są teraz „standardowymi" krajami, które prócz tego, że są członkami elitarnych klubów, takich jak Unia Europejska, mają również „standardowe" problemy dotykające takich sektorów jak opieka zdrowotna, edukacja, system emerytalny, podatki, deficyty itp. Jedynym zjawiskiem, które mi się naprawdę nie podoba, a które utrzymaliśmy przez ostatnie 25 lat, jest bardzo silna korupcja polityczna. To coś ekstremalnie zawstydzającego i spowalniającego rozwój naszych krajów. Nasze kraje nie stworzyły też w tym czasie nic całkowicie nowego. Nie powstał środkowoeuropejski styl prowadzenia polityki. W mniejszym lub większym stopniu kopiowaliśmy zachodnie standardy. Z jednej strony to dobra wiadomość, z drugiej staliśmy się „standardowymi" europejskimi demokracjami z ich problemami.
Wielu ludzi z Europy Zachodniej lubi pokazywać kraje naszego regionu jako pozytywny przykład dla państw Europy Południowej. To Polska i Czechy miały „odrobić lekcję" i zachowywać dyscyplinę fiskalną. Czy uważa pan takie porównania za uprawnione?
Nie lubię kreślenia takich linii podziałów, ale uważam, że jedyną dobrą stroną podziału Europy na kraje Północy i Południa jest to, że stopniowo ludzie zapominają o podziale Wschód–Zachód. Również termin „gospodarki wschodzące" jest coraz rzadziej używany w odniesieniu do krajów europejskich. Ważne jest to, że podczas tego kryzysu to nie my sprawialiśmy kłopoty – no, może z małym wyjątkiem Węgier. Kryzys rozpoczął się na Zachodzie i to on nastręczał problemy. Inną interesującą rzeczą jest to, jak zmieniało się postrzeganie poszczególnych państw Grupy Wyszehradzkiej. Na początku Czechy były uznawane za bohatera transformacji ze względu na przeprowadzone u nas liberalne reformy gospodarcze. Później bohaterem były Węgry, bo zdołały przyciągnąć duże bezpośrednie inwestycje zagraniczne. Potem liderem stała się Słowacja ze swoimi niskimi podatkami oraz reformami, a teraz palmę pierwszeństwa dzierży Polska. Jeśli ta logika się utrzyma, to następne w kolejności powinny być Czechy.
Jaka przyszłość czeka nasz region? Jak długo zajmie nam zasypywanie gospodarczej przepaści dzielącej nas od Zachodu?
W niektórych dużych miastach naszego regionu ludzie cieszą się już wyższym standardem życia niż w niektórych regionach Europy Zachodniej. Mimo to zmniejszanie dystansu dzielącego nas od Zachodu będzie długim procesem. Ale sytuacja się zmienia. Dziesięć lat temu Czesi niezwykle rzadko jeździli na narty w Alpy. Było to dla nich zbyt drogie. Teraz takie wyjazdy są bardzo popularne, a wyjazd w Alpy jest nawet tańszy niż urlop w Czechach. To coś niesamowitego. Nasza przyszłość będzie w dużej mierze zależała od tego, jak się odnajdziemy w UE, co Polakom wychodzi bardzo dobrze.
Gdy przeprowadzałem z panem wywiad na początku 2012 r., powiedział pan, że to właśnie 2012 r. będzie kluczowy dla strefy euro. Wygląda na to, że pańska prognoza sprawdziła się...
W 2012 r. rzeczywiście sytuacja wyglądała tak, jakby strefa euro miała się rozpaść. O ile w ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego duże sukcesy odniosły partie nacjonalistyczne, o tyle na poziomie debaty politycznej i ekonomicznej strefa euro przetrwała. To było próba przetrwania dla eurolandu i trudno sobie wyobrazić, by taki test szybko się powtórzył.
Jak na razie Europejski Bank Centralny zdołał uspokoić inwestorów, ale jak długo ten spokój może się utrzymać na rynkach strefy euro?
Ciekawą rzeczą jest porównanie reakcji na kryzys w USA oraz w Europie. W Stanach Zjednoczonych kryzys uderzył szybciej i był pod pewnymi względami brutalniejszy ze względu na mniejsze zabezpieczenia socjalne Amerykanów. Mimo to Amerykanie nie obciążali winą za kryzys dolara czy USA jako państwo. Nic podobnego nie zdarzyło się też w Japonii czy w Chinach. Ale gdy kryzys uderzył w Europę, powszechnie zaczęto za niego obwiniać euro oraz integrację europejską. Europa reaguje bardziej histerycznie na kryzysy ekonomiczne niż USA. Było to widać również w latach 30.
Może obwinia się euro o wybuch kryzysu, bo to stosunkowo młoda waluta, a unia walutowa nie posiada jeszcze mechanizmów, które dbałyby o jej prawidłowe funkcjonowanie?
Ma pan rację, Europejczycy wciąż nie wiedzą, jak ze sobą współpracować. Ale proszę pamiętać, że różnice gospodarcze pomiędzy Dakotą Południową a Nowym Jorkiem są większe niż pomiędzy Helsinkami oraz Atenami, a mimo to oba stany mają tę samą walutę i stopy procentowe.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA