fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Plus Minus

Bez cierpiętniczego lukru

„Szału nie ma, jest rak” Katarzyna Jabłońska, ks. Jan Kaczkowski, Więź, 2013
Plus Minus
Można przed śmiercią zjeść jabłko. Można naprawić dach. Zawsze warto się pojednać.
Tematem książki – zapisu rozmowy Katarzyny Jabłońskiej, który przeprowadziła z ks. Janem Kaczkowskim – są choroba i śmierć. Ksiądz Jan przed laty stworzył w Pucku hospicjum – w 2012 roku zdiagnozowano u niego nowotwór mózgu. Mocny głos na rzecz prawdy, że cierpienie, jeśli nawet z marszu nie uszlachetnia, nie jest żadną karą. Przypomina się scena z filmu Alejandro Amenabara „W stronę morza", w której niepełnosprawny ksiądz bezskutecznie usiłuje nakłonić sparaliżowanego Ramona do zaprzestania starań o eutanazję. Mimo oparcia we własnym doświadczeniu, jedyne, czym kapłan dysponuje, to katolicka frazeologia – jakoś okrutnie pusta i jałowa w starciu z żywą raną pogrążonej w rozpaczy duszy protagonisty, któremu „ustawiony" przez hiszpańskiego reżysera widz odruchowo kibicuje. Zobacz na Empik.rp.pl

Pułapka cierpienia

Czytając, lękałem się czegoś, co można by nazwać pornografią cierpienia, i co – mam takie poczucie – w ostatnich latach zrobiło sporą karierę. Chodzi mi o wcale liczne przykłady zbierania funduszy na chore dzieci czy w ogóle osoby młode, gdy chcące poruszyć serca media, a często także same rodziny chorych, odsuwają kotarę bólu przed publicznością tak szeroko, że staje się to nawet nie tyle niesmaczne, ile po prostu zaczyna pełnić funkcję emocjonalnego szantażu. Wywołane tym wzruszenia są chyba jednak dość płytkie, impulsowe, a do rzeczywistej tajemnicy ludzkiej śmiertelności bynajmniej nie prowadzą. Do czytania rozmowy Jabłońskiej i Kaczkowskiego przystąpiłem, mając z tyłu głowy kilka takich obrazków, którymi epatowano mnie w telewizji i Internecie, by utoczyć ze mnie łzę. Miałem więc obawę, że ta obowiązująca poetyka mimowiednie przesiąknie do tekstu.
Tej pułapki udało się jednak uniknąć. Ksiądz Jan niemal nie mówi o sobie. A i te nieliczne wstawki, gdy na przykład opowiada o biologicznych zmianach, jakie wywołała w nim chemia, buduje w stylu tak rzeczowym i samoświadomym, że nie pozostawia miejsca na cierpiętniczy lukier. Jawi się przede wszystkim jako rzetelny ekspert, świetnie znający rzecz od strony medycznej, gruntownie umocowany w teologii, ale – właśnie w przeciwieństwie do księdza u Amenabara – przeniknięty empatią i solidarnością ze swoimi podopiecznymi.
Nie bez kozery używam tego sformułowania. Książkę Jabłońskiej i Kaczkowskiego powinni sobie szczególnie, z markerem w ręku, przyswoić lekarze. Problem dehumanizacji pacjenta jest przecież w służbie zdrowia szczególnie palący. O tym ks. Jan zresztą też pośrednio wspomina, opowiadając o prowadzonych przez siebie warsztatach, na których studenci medycyny uczyli się, jak zakomunikować pacjentowi, że umrze. Nie jest z tym najlepiej. Ludzkość – zdaje się przestrzegać między wierszami rozmówca Katarzyny Jabłońskiej – zerwała kontakt z własnym przemijaniem. Próba rekonstrukcji tej pierwotnej łączności stanowi zresztą – przynajmniej w mojej ocenie – największą wartość rzeczonego dialogu.

Kęs jabłka

Reaktywacja ars moriendi przebiega na kartach tej książki na wielu płaszczyznach. Jest poruszająca opowieść o kobiecie, która wiedząc, że odejdzie w środę koło południa, postanowiła na pożegnanie zjeść jabłko. Albo o mężczyźnie, który przed śmiercią chciał jeszcze naprawić dach. Poprzez tę zwykłość wyraża się zdumiewająca akceptacja własnej śmiertelności. Rzecz bezcenna w cywilizacji, która prosty fakt przemijania zepchnęła w strefę tabu. Tymczasem na nowo zostaje przed nami odkryte, że śmierć to coś tak naturalnego, iż da się wpisać ją w porządek dnia gdzieś pomiędzy drobnymi naprawami a zjedzeniem ulubionego owocu.
Są praktyczne porady – na przykład ta, dla mnie najbardziej uderzająca prostotą i logicznością, że przy umierającym nie powinno się stać, bo on to odbiera jako zabieranie powietrza. Nie wolno unikać jego wzroku. Dobrze jest gładzić go po ręku, by czuł, że jest akceptowany – w fizycznej ułomności w ogóle, lecz szczególnie w odchodzeniu. Brak zgody na rozstanie to zresztą częsty dramat rozgrywający się przy łóżkach. Bliscy winią, kogo się tylko da, z Bogiem lub hospicyjnym kapelanem na czele, a żegnającemu się ze światem ciążą potworne wyrzuty sumienia z powodu kłopotów, jakie – w swoim odczuciu – sprawia. Uraz – do religii, konkretnego księdza, który „odebrał nadzieję", lub do Boga, który wbrew żarliwym modlitwom nie sprawił cudu – może trawić członków rodziny zmarłego jeszcze przez wiele lat.
Jabłońska i Kaczkowski analizują też najpoważniejsze etyczne i moralne dylematy, przed jakimi staje dziś medycyna, szczególnie zaś ta, która chciałaby się kierować chrześcijańskim nauczaniem. Rozmówcy poruszają m.in. temat śpiączki (sedacji) terapeutycznej i związanych z nią kontrowersji. Podobnie jak odmowa tzw. uporczywej terapii bywa niekiedy mylnie interpretowana jako zawoalowana forma eutanazji. Od razu przypomina się w tym kontekście casus Jana Pawła II, a szczególnie oskarżenia lewicowych i antyklerykalnych środowisk, że papież wbrew magisterium Kościoła, na czele którego stał i którego bronił, popełnił samobójstwo. Ks. Kaczkowski – tu zarówno jako praktyk, jak i doktor teologii moralnej oraz bioetyk – twardo jednak te aspekty rozgranicza. Czym innym bowiem jest pragnienie śmierci – często powstające u chorego w wyniku rozpaczy lub bezsilności – a czym innym wprowadzenie go, kiedy nie wytrzymuje bólu, w śpiączkę lub odłączenie od aparatury wspomagającej kogoś, co do kogo nie ma wątpliwości, że sztuczne przedłużanie życia nie da żadnych pozytywnych rezultatów. I nie ma tu gotowych odpowiedzi ani niezawodnych wzorców postępowania. Czasem ratowanie do ostatniej chwili jest koniecznością, kiedy indziej – egoizmem. Jedynym aksjologicznym kryterium jest dobro pacjenta i osobowy szacunek. Ważne, by – jak podkreślał Pius XII, jeden z nielicznych papieży, którzy wypowiadali się o sedacji paliatywnej – do końca pozostawić choremu możliwość dokonywania aktów moralnych.
Ks. Jan udowadnia, że wcale nie trzeba do tego okrągłych fraz ani kaznodziejskiej wprawności. Cierpienie samo przez się raczej – jak stwierdził ks. Tischner – nie uszlachetnia. Może – tak przynajmniej rozumiem – bardziej idzie o to, jaką naukę z niego wyciągniemy, co twórczego uda się na nim wznieść. Ale by to osiągnąć, potrzebny jest właściwy klimat – zarówno w sensie miejsca, jak i duchowej przestrzeni, którą niezwykle łatwo popsuć rozmaitymi „postępowymi" ideologiami, a o wiele trudniej rozświetlić miłością i odpowiedzialnością.
Wreszcie – łyżeczka dziegciu. Nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że w niektórych bardziej osobistych momentach – i to bynajmniej nie tych dotyczących nowotworu czy leczenia – interlokutor Katarzyny Jabłońskiej jakby zanadto się odsłania, zbytnio pozwala się czytelnikowi do siebie zbliżyć. To osłabia w moim odbiorze jego siłę. Być może drzemie we mnie przedsoborowy archetyp księdza-skały, takiego jak marynarz, który w ostatniej sekwencji „Władcy much" ratuje Ralpha przed zdziczałymi dziećmi, ale o nim samym nie wiadomo prawie nic. Ks. Jan pozbawił siebie – i mnie – tej wzniosłości. To nie jest zarzut. Raczej bardzo subiektywny żal, niż rzeczywisty niedomóg książki.
Choć może to też jest wyzwanie – wyzwanie do konfrontacji z człowiekiem ogołoconym, bezbronnym, do uczenia się go. To wymaga sporo pracy już poza lekturą.
Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA