fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Nauka

Wkręt naukowy

Najnowsze wydanie „Science” poświęcone jest komunikacji naukowców z mediami
Science
W pismach naukowych można opublikować największą bzdurę, o ile tylko się za to zapłaci. To wniosek z prowokacji zorganizowanej przez prestiżowy magazyn „Science”.
Artykuły opublikowane w cenionych pismach naukowych to wizytówka badacza. Zwłaszcza jeśli te pisma mają w nazwie takie słowa jak „International", „American", „European" — i koniecznie „Journal". Dzięki temu naukowiec może pochwalić się, że jego praca została doceniona i uznana za wartościową. Tego rodzaju pisma publikują artykuły recenzowane — co oznacza, że przedstawiany przez badacza materiał najpierw przeglądają inni naukowcy. Sprawdzają czy nie ma w nim błędów, badają metodologię i wnioski. Dopiero wtedy artykuł trafia do druku. Z zawartością pism tego rodzaju (tzw. „open access") z reguły można się zapoznać bezpłatnie.
Ponieważ recenzowanie i przygotowanie naukowego tekstu jest pracochłonne, wydawcy takich pism życzą sobie od autorów opłat. W takim modelu to naukowiec — autor płaci magazynowi za publikację, a nie odwrotnie, jak jest to przyjęte w tradycyjnych mediach.
Jak jednak twierdzi redaktor prestiżowego pisma „Science" John Bohannon to wszystko fikcja. Wszystko — poza fakturami, które sprytni wydawcy „prestiżowych" magazynów wystawiają autorom.
Aby ujawnić ten proceder Bohannon uknuł intrygę. Napisał artykuł o odkryciu cząsteczki hamującej wzrost komórek rakowych. Cząsteczka ta miała występować w pewnym gatunku porostów. Spreparował badania, wymyślił metody, wyssał z palca wnioski. Ponieważ zamierzał rozesłać swoje rewelacje do redakcji aż 304 pism postanowił wymieszać dane - w jednym artykule cząsteczka nazywała się inaczej niż w innym, działała na inne komórki nowotworu i pochodziła z odrębnego gatunku porostów. Dzięki temu uniknął wykrycia - każda redakcja otrzymywała oryginalny i niepowtarzalny artykuł o odkryciu.
Aby się zakamuflować przetłumaczył jeszcze tekst z angielskiego na francuski i z powrotem przy użyciu tłumacza Google. Po poprawieniu błędów otrzymał tekst poprawny, ale z charakterystycznymi zwrotami i błędami, jakie może popełnić osoba nie posługująca się angielskim codziennie.
Oczywiście nie występował pod własnym nazwiskiem. Autorów też zmyślił. Podał się na przykład za Ocorrafoo M. L. Cobange z Wassee Institute of Medicine w Asmara. Imiona i nazwiska też pochodziły z bazy danych - były dowolnie zestawiane, a program losowo dodał do nich inicjały.
Przygotowane w ten sposób artykuły trafiły do redakcji pism „open access". W założeniu miały podlegać krytycznej ocenie. Jak opisuje to w „Science"  John Bohannon błędy w artykule były tak rażące, że nawet pobieżna lektura powinna wystarczyć do odrzucenia tekstu. Gdyby oczywiście ktoś to czytał. Ale okazało się, że nie czyta prawie nikt. 157 pism naukowych przyjęło artykuł do druku. 98 go odrzuciło, a 49 nie odpowiedziało na zgłoszenie. Część wydawców zaproponowała naukowcowi opłacenie faktury za rozpoczęcie pracy nad tekstem, inne zgodziły się wystawić fakturę dopiero po wydrukowaniu artykułu. Część miała nawet uwagi: nie podobał im się format, wielkość zdjęć i tym podobne drobiazgi.
Kto się dał nabrać? Jak twierdzi „Science" pisma publikowane przez Elsevier, Wolters Kluwer czy Sage przyjęły sfałszowany materiał. Jednak ogromna większość wydawców, którzy zdecydowali się na publikację pochodziła z Turcji, Indii, Chin i Pakistanu. Tam też prowadziły internetowe ślady (numery IP) nadawców listów, a także numery kont bankowych, na które naukowiec miał przelać należność za publikację. Cena? W zależności od powagi czasopisma - od 200 do ponad 3 tys. dolarów.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA