fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Publicystyka

Karabin w każdym domu

Jeśli grozi nam konflikt z Rosją, to inne sprawy winny zejść na dalszy plan – pisze Marek Migalski. Na zdjęciu: żołnierze rosyjscy i białoruscy ćwiczą atak na Polskę podczas manewrów Zapad 2013
AP
Wprowadźmy w Polsce powszechny dostęp do broni! To bardziej odstraszy potencjalnego agresora niż armia, która może zmieścić się na jednym stadionie – pisze europoseł PJN.
Kiedy parę dni temu napisałem na Twitterze, co można by wybudować za pieniądze przeznaczone na dozbrojenie polskiej armii, wybuchła awantura. Poważni znawcy tematu, jak na przykład Paweł Zalewski czy Bartosz Węglarczyk, kwestionowali taki typ rozumowania. Podniosły się głosy, że to populizm, niezrozumienie zagrożeń i naiwny pacyfizm.
Nic bardziej błędnego – nie jestem zwolennikiem tezy, że oto po wstąpieniu do Unii Europejskiej zakończyła się historia i możemy spokojnie trwać w błogim letargu, zapominając o bożym świecie. Niestety, ów świat pełen jest zagrożeń i niebezpieczeństw i siły zbrojne są nam potrzebne. Dylemat więc polega nie na tym, czy utrzymywać i modernizować polskie siły zbrojne, ale jak to robić i za ile.
Mój pomysł byłby neutralny dla budżetu państwa, bowiem Polacy zaopatrywaliby się w broń na własny koszt

Topić broń w Bałtyku

Jakie statystyki tak zbulwersowały moich interlokutorów? Ano takie, że za 130 miliardów złotych przeznaczonych w najbliższych latach na zakup sprzętu dla wojska, można by wybudować trzy autostrady z północy na południe Polski i trzy ze wschodu na zachód. A także 433 szpitale wojewódzkie lub 1300 szpitali miejskich oraz 6500 szkół. Suma ta wystarczyłaby także na wybudowanie i pełne wyposażenie... 356 Centrów Kopernika, 687 wydziałów chemii na polskich uniwersytetach lub 1625 nowoczesnych bibliotek akademickich typu Centrum Informacji Naukowej i Biblioteki Akademickiej UŚ – CINiBA.
Czy takie podsumowanie jest wyrazem populizmu? A może jedynie obrazowym uświadomieniem tego, o jakich sumach mówimy. Owe 130 miliardów złotych mogłoby stanowić o skoku cywilizacyjnym kraju i przyczynić się do jego modernizacji. Mogłoby zaspokoić podstawowe potrzeby wielu Polaków lub stanowić bardzo znaczący wkład w uczynienie z naszego kraju centrum nowoczesnej edukacji.
A jednak nasi politycy postanowili, że pieniądze te włożą w drogie zabawki dla wojska. Może gdyby jeszcze było tak, że owe zabawki kupowane miałyby być u polskich producentów, to widać by w tym było jakiś sens. Ale nie – one mają być w ogromnej mierze wydane za granicą, czyli na zapewnienie zatrudnienia pracownikom firm zbrojeniowym z Francji czy Izraela.
Na marginesie – wiara w to, że inwestowanie we własną zbrojeniówkę i kupowanie od niej broni jest najlepszym sposobem na skok cywilizacyjny dla kraju, jest także bardzo naiwna. Wystarczyłoby bowiem – wedle tej logiki – kupować w polskich zakładach broń, a następnie topić ją w Bałtyku i znów zamawiać, by poruszyć koło zamachowe narodowej gospodarki. Widać, że przekonanie, iż najlepszym sposobem na wzrost gospodarczy dla naszego kraju jest kupowanie w Bumarze czy Mielcu wcześniej zamówionego sprzętu wojskowego, nie jest specjalnie mądre, ale i tak lepsze niż wydawanie pieniędzy polskich podatników na zakup broni od obcych producentów. A taki właśnie plan ma polski rząd.
Struktura naszej armii jest także postawiona na głowie. Amerykański ośrodek RAND Corporation opracował model, na jakim oparta winna być polska armia. Zaproponowano cztery etapy: w pierwszym zalecano utworzyć siły zbrojne zdolne do obrony granic, w drugim – komponent, który będzie wspierać najbliższych sojuszników w NATO. Etap trzeci – wojsko będzie w stanie wspierać sojuszników na terenie całej Europy. Dopiero w czwartym i ostatnim miała Polska stworzyć komponent, który będzie można wysłać poza Europę.

Zapas zimowych opon

Jednak w Polsce postąpiono dokładnie odwrotnie – nie zbudowano komponentu pierwszego, drugiego i trzeciego, a skupiono się na czwartym. Jeden ze specjalistów porównał to do budowania domu, które rozpoczęto by od pracy nad ogródkiem i oczkiem wodnym, zapominając o postawieniu ścian i dachu.
Owe 130 miliardów szokuje zwłaszcza w obliczu obszarów biedy i niedoinwestowania wielu obszarów polskiego życia. Jak można lekką ręką wydatkować tak ogromne sumy i spokojnie patrzeć na to, jak umierają polska nauka, edukacja, polityka społeczna czy służba zdrowia? Czy naprawdę zakup broni jest dziś kwestią pierwszoplanową?
Jeśli tak, jeśli naprawdę coś nam grozi i w krótkim czasie nasza niepodległość może być zagrożona, to należałoby o tym poinformować społeczeństwo i wydać na zbrojenia nie 130 miliardów, ale 310 lub 620! Jeśli bowiem realnie grozi nam konflikt, na przykład z Rosją, to wszystkie inne sprawy winny zejść na dalszy plan i naszym obowiązkiem jest skierowanie całego wysiłku państwa na zapewnienie nam nienaruszalności naszych granic (a nie na budowę stadionów, orlików, zakup Pendolino, organizację olimpiady zimowej w jakże zawsze zaśnieżonym Krakowie).
Ale wówczas powstaje pytanie, czy aby na pewno proponowana suma 130 miliardów jest wystarczająca i adekwatna do potrzeb? Czy 130 miliardów wystarczy na zatrzymanie ataku Rosji? Czy jeśli członkostwo w UE i – zwłaszcza – w NATO nie gwarantuje nam bezpieczeństwa, to po co wstępowaliśmy do tych organizacji i dlaczego nie skupiliśmy się od razu na budowaniu takich środków odstraszania, które na poważnie zniechęciłyby jakiekolwiek państwo do atakowania nas? Po co angażowaliśmy się w akcje Sojuszu w Azji, poświęcaliśmy życie naszych żołnierzy, ponosiliśmy ogromne koszty owych misji, jeśli dziś jesteśmy narażeni na inwazję ze Wschodu i brak pomocy ze strony sojuszników?
Jeśli jednak nic nam nie grozi i nasza sytuacja na wiele lat jest stabilna i przewidywalna, to powinniśmy zrezygnować z tych zakupów, a środki w ten sposób zaoszczędzone przeznaczyć na inne dziedziny życia społecznego. Chyba że sytuacja jest jednak dramatyczna i naprawdę coś nam zagraża, to – jak już wspomniałem – winniśmy przeznaczyć na zbrojenia wielokrotnie więcej, bo owe 130 miliardów niczego w takiej sytuacji nie załatwia. My natomiast zachowujemy się tak, jakbyśmy nie widzieli tego dylematu. Jakbyśmy byli rodziną, którą co prawda nie stać na cały samochód, ale za to kupiła sobie zapas opon zimowych i drogą nawigację satelitarną.

Potomkowie AK i husarii

Zwolennicy nowych zakupów broni używają argumentu, że musimy ją posiadać, działa ona bowiem odstraszająco na potencjalnych agresorów. Zgadzam się z tym, że nieuzbrojona ofiara prowokuje do ataku. Ale czy struktura tych wydatków jest przemyślana? Dlaczego kupujemy ten, a nie inny sprzęt? Dlaczego lobbyści grasują po polskich ministerstwach jak po gospodzie i wciskają nam cała swoją produkcję?
Dlaczego nie ma jasno sprecyzowanych kryteriów tego, czego potrzebujemy do naszej obrony i co jest nam absolutnie niezbędne? Część decyzji MON wygląda na zupełnie chaotyczne – jak wizyta dzieciaka, który ukradł mamie trochę gotówki i wpadł do supermarketu na szybkie zakupy, ładując do koszyka, co mu tylko się w ręce nawinie.
Poza tym czyż nie bardziej odstraszająco działałaby na potencjalnego agresora świadomość, że zamiast armii polskiej, która cała może zmieścić się na jednym stadionie, miałby do czynienia z kilkoma milionami uzbrojonych Polaków? Jak to osiągnąć? Dosyć prosto – zezwalając na powszechny dostęp do broni!
Wiem, że to bardzo kontrowersyjna propozycja, ale prócz wymiaru wolnościowego (każdy musi mieć prawo do obrony siebie i swojej rodziny, a zezwolenia mogłyby być wydawane tylko na posiadanie broni u siebie w domu, nie byłoby możliwości wynoszenia jej poza swoje domostwo) miałaby ona i taki właśnie charakter jak uświadomienie państwom ościennym, że w razie ataku będą musiały walczyć nie tylko z kilkudziesięcioma tysiącami zawodowych żołnierzy, ale także z milionami polskich patriotów, którzy – uzbrojeni w prywatne pistolety i karabiny – mogą stanąć im na drodze.
Na marginesie – ciekawe, ilu z tych, którzy dziś na różnych portalach wycierają sobie gęby polskością i samozwańczo nazywają się prawdziwymi patriotami, poszłoby do walki i czynem udowodniło, że zasługują na miano potomków pokolenia AK i husarii?
Wiem, jak dyskusyjny jest pomysł powszechnego dostępu do broni, ale po pierwsze, byłby on neutralny dla budżetu, ludzie zaopatrywaliby się bowiem w broń na własny koszt, a po drugie – wzmacniałby on znacząco element odstraszający dla potencjalnego agresora (może bardziej niż kilka haubic, dronów i łodzi podwodnych). Nie upieram się jednak przy tym postulacie – zwłaszcza jeśli ktoś znalazłby inny pomysł na zapewnienie Polsce bezpieczeństwa, odstraszenie naszych wrogów i to jeszcze bez rozprucia i tak napiętego budżetu państwa.

Nie tylko dla generałów

Podsumowując – wysokość wydatków na zbrojenia zaproponowana na najbliższe lata jest horrendalna, zwłaszcza jeśli porównać ją z innymi potrzebami Polski. Owe 130 miliardów złotych można by przeznaczyć na inne prorozwojowe i innowacyjne inwestycje, które w perspektywie kilkunastu lat umocnią nasze państwo. Struktura tych wydatków jest niejasna i nieprzemyślana. Środki są za duże, jeśli nic nam nie grozi w najbliższej dekadzie, i za małe, jeśli jednak mamy być obiektem agresji. Są inne, neutralne dla budżetu, sposoby zapewnienia bezpieczeństwa krajowi i odstraszenia potencjalnych agresorów.
Uwagi powyższe są refleksjami laika. Nie jestem specjalistą od wojny, wojska i uzbrojenia. W Parlamencie Europejskim zajmuję się sprawami wschodnimi oraz kulturą i edukacją. Ale owe uwagi nie są chyba pozbawione logiki. A o sprawach obronności nie powinni debatować w wąskich gronach tylko specjaliści i wojskowi. Bo chodzi o nasze wspólne bezpieczeństwo, nasze wspólne pieniądze i nasze wspólne państwo. A po za tym, jak powiedział kiedyś Georges Clemenceau, wojna jest zbyt poważną sprawą, by powierzać ją generałom. Bezpieczeństwo państwa i nasze pieniądze także.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA