fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kultura

Banalne opowieści w wersji „całkiem serio” i „całkiem żartem”

materiały prasowe
Deadpool to bezczelnie śmieszny superbohater, z uniwersum Spidermena i X-menów. Artiem to krążący po moskiewskim metrze bohater ze smutnej, postapokaliptycznej rzeczywistości. Obaj są bohaterami gier, które łączy zamierzona banalność fabuły. Czy prostota opowieści może się bronić?

DEADPOOL

Jeśli szukać w przebogatej i długiej historii gier wideo jakichś braków, gatunków praktycznie nie uprawianych, to są nimi bezsprzecznie komedie. Oczywiście zabawne dialogi i sytuacje czy misternie utykane przez twórców żarty pojawiają się często, ale dosłownie na palcach jednej ręki można policzyć produkcje, których naczelnym atutem jest „żart". Chlubnym wyjątkiem są gry przygodowe, zwłaszcza te wywodzące się ze studia LucasArts (Monkey Island, Sam & Max) czy Telltale Games (Wallace & Grommit), będące całkowicie przesiąknięte humorem. Gatunek fabularnych gier akcji pozostaje pod tym względem bardzo w tyle. Jak miłą i odświeżającą odmianą było z tego powodu Saint's Row 3 – gra wykraczająca swoim bezczelnym, nasyconym wulgaryzmami humorem daleko przed mainstream. Jeszcze większą niespodzianką jest Deadpool - opowieść o przezabawnym zamaskowanym wojowniku z uniwersum komiksów Marvela, który niemalże wychodzi z ekranu, by przełamywać granicę dzielącą gracza od jego gry.
Kim jest Deadpool? To jednocześnie superbohater i jego parodia. Osiłek obdarzony mocą regeneracji zdrowia, ogromną mocą i zwinnością, wywijający katanami i pistoletami, a przy tym typ absolutnie bezczelny i skrajnie wyluzowany. Dość powiedzieć, że poznajemy go, gdy siedzi rozparty na fotelu przed telewizorem, a już samo zejście z siedziska jest nagradzane...

Architektura żartu

Scenariusz to zwariowany przejazd rollercoasterem przez wszystkie możliwe motywy znane z gier i filmów oraz prawdziwy kalejdoskop kultowych tekstów czy słynnych, internetowych żartów. Bohater wymyśla, że napisze grę o samym sobie, a każdy kolejny etap to poznawanie wymyślonego przez niego – i grono „psujących" wszystko programistów – świata. Efekt rozśmiesza do rozpuku niemal na każdym kroku. Deadpool obśmiewa, albo daje nam do tego powód, omawiając wydarzenia na ekranie czy zwracając się bezpośrednio do nas, przemałując tym samym tak zwaną „czwartą ścianę". Do kompletu są pojawiające się co jakiś czas komentarze, niby zza kadru, od postaci udających twórcę oraz fana, które albo rzucają krótkie spostrzeżenia, albo wchodzą w dialog z bohaterem.
Nie zabrakło odpowiednich przeciwników i sojuszników – śmiertelnie poważnych w tym co robią. Wypada to zabójczo śmiesznie w momencie, gdy sytuację z powodzeniem demontuje Deadpool, na przykład natrętnie gapiąc się na biust bohaterki czy usuwając się na ziemię z nudów podczas słuchania przemowy o misji ratowania świata. Wszystkie te żarty zostały znakomicie oddane zarówno przez sam tekst, jak i pracę kamery oraz pomysły twórców na lokacje. Bardzo często gra zamienia się w istny interaktywny film, którego celem jest przede wszystkim rozbawienie użytkownika, a nie dostarczenie typowej dla dla swojego gatunku rozrywki.

Drugoplanowe starcia

Ogólny cel Deadpoola jest przepięknie banalny. Oto Ziemię atakuje armia klonów, którą dowodzi superprzestępca o pseudonimie Mister Sinister. Droga do niego jest odpowiednio długa, naszpikowana gagami i spotkaniami z innymi postaciami z uniwersum Marvela. Oczywiście pomiędzy żartami mamy do czynienia ze zwykłą grą akcji, w której szatkujemy całe hordy złowrogich żołnierzy. Przy takich produkcjach fani obawiają się najczęściej, że zbyt mało uwagi zostanie poświęcone właśnie tej bardziej „przyziemniej", ale jednak ważnej sferze. W tym wypadku niepotrzebnie. Deadpool to solidny slasher, który nie irytuje ani systemem walki, ani pracą kamery, ani jakością inteligencji przeciwników.
Łącząc wywijanie japońskimi mieczami ze strzelaniem wykańczamy napotkane po drodze klony. Twórcy nie zażartowali sobie jednak z umiejętności wrogów, którzy nie wahają się nas atakować, co niejednokrotnie skończy się śmiercią Deadpoola – rzecz jasna, chwilową. Szybkie, celne ciosy należy łączyć z częstymi unikami na bok. Po pewnym czasie możemy wzbogacić arsenał o japońskie sztylety sai, gigantyczne młoty, strzelbę, uzi i futurystyczny karabin oraz miny i... wnyki. Walka jest szybka, lekka i przyjemna, choć po pewnym czasie dziwi zaniedbanie twórców, którzy nie zmuszają gracza do tego, aby zdobywał nowe umiejętności czy stosował różnorodną taktykę. Większość wrogów zwalczamy w jednaki sposób wciskając niemal losowo przyciski ataku. Na potężnych, powolnych bossów też obowiązuje jednorodna taktyka. Jednak dzięki potężnej dawce humoru ten uproszczony schemat spisuje się świetnie przez większość gry – nie jest nużący, ani irytujący. Jedynie ostatni etap gry męczy swoją powtarzalnością, z konstrukcji poziomu aż bije poczucie, że autorom albo zabrakło pomysłów, albo czasu na zakończenie całości po swojemu.
To co jednak zostaje w pamięci, to przede wszystkim niesamowita liczba i jakość żartów, które wręcz zabraniają traktować Deadpoola jako grę sensu stricto, a bardziej jak interaktywny pretekst do uczestniczenia w genialnej komedii! Każdy kto czuje się graczem, lubi komiksy i filmy o superbohaterach, czyli spełnia po części definicję bycia klasycznym geekiem, powinien potraktować Deadpoola nie jako konkurencję dla tytułów pokroju God of War, Devil May Cry czy Ninja Gaiden – tak samo jak nie patrzy się na filmową serię „Naga broń" jako rywala dla „Zabójczej broni".
Ocena: Ocena 5+/6
Wydawca: CD Projekt
Platformy: PC, PS3, X360
 

Metro 2033: Last Light

Zarówno pierwsza część gry, jak i jej pierwowzór, czyli książka rosyjskiego pisarza Dmitrija Głuchowskiego (zatytułowana właśnie "Metro"), zdobyły ogromną popularność na Zachodzie. Nie ma w tym nic zeskakującego. Uniwersa przedstawiające postapokaliptyczne światy były cenione w świecie gier już ponad 20 lat temu, chociażby w klasycznym Wasteland. Kolejną falę sławy „gatunkowi" przyniósł w 1997 roku fabularny Fallout, a równo 10 lat później - ukraińska seria S.T.A.L.K.E.R., będąca połączeniem strzelaniny z elemenetami gry fabularnej, przenosząca nas w pełną śmiertelnych niebezpieczeństw, radioaktywną okolicę Czarnobyla. Co w tym temacie dodało Metro? Przede wszystkim zmieniło perspektywę. Gra nie pozwala nacieszyć się swobodą i tak skażonej już Ziemi, tylko przenosi ludność Moskwy z wyniszczonego świata na powierzchni do pozornie bezpiecznych, rozległych tuneli miejskiego metra.
Rosyjską rzeczywistość w grze wyróżnia zdecydowanie pewna siermiężność i swojskość. To nie "Lost: Zagubieni" czy inny amerykański serial, w którym bohaterami takiej katastroficznej sytuacji zostałby zaradny mechanik, prawnik i piękna sprzedawczyni ze sklepu, a ich celem stałoby się wspólne przetrwanie i walka o wyjście na powierzchnię. Spotykamy niemal wyłącznie zwyczajnych ludzi, którzy nie mają za sobą pasjonujących historii i zdają się być naturalną, neutralną częścią próbującego przetrwać organizmu. Rzeczywistość metra jest bowiem ściśle podzielona między większość, która po cichu żyje na przydzielonej im przestrzeni, a warstwę militarno-polityczną. Ci drudzy zajmują się zarówno codzienną obroną granic od potworów, efektów radioaktywnych zmian, jak i planowaniem - a to skąd wziąć nowe zapasy dla swojego ludu, a to jak podporządkować sobie inny sektor metra. W moskiewskich podziemiach naturalnie narodziły się różne frakcje, a ich liderom szybko przestało wystarczać pokojowe zarządzanie. Napędzane chciwością i nienawiścią konflikty to czysta proza życia, dobrze znana z kart historii. Tylko czy ponowne zagłębianie się w fabułę, która niemal od początku zdradza przesiątknięte kliszą znamiona, ma w ogóle sens?

Czysta prostota

Bohaterem gry, tak samo jak w poprzedniej części, jest Artiem - chłopak, który chcąc przydać się w strukturze swojej „stacji" rozpoczął pełną różnych wydarzeń kurierską przygodę i stał się ważną dla całego metra osobą, choć cech typowego superbohatera nie wykazywał. To jednak wiedza zarezerwowana dla osób znających poprzednią część gry i, przede wszystkim, prozę Głuchowskiego. W Last Light poznajemy Artiema już jako członka elitarnego Zakonu Spartan i nie znając wcześniej przytoczonych informacji zastanawiamy się przez resztę gry czemu nie zachowuje się jak prawdziwy heros czy przywódca.
Tor gry nie różni się specjelanie od tego, co oferował poprzednik. Ponownie wyruszamy tunelami z pozornie prostą misją. Przebieg wyprawy szybko się komplikuje, a próby powrotu rodzą na przemian kolejne problemy lub zaskakująco sprzyjające sytuacje. Wyprawie tej nie towarzyszą jednak fascynujące momenty, a pojawiająca się niby przypadkiem polityczna intryga bardzo szybko irytuje swoją sztampowością. Nie do końca zrozumiały jest dla mnie sens „reanimowania" frakcji bolszewików oraz nazistów i próby przeniesienia konfilktów z okolic II wojny światowej w nowe realia. Im dalej przebijałem się przez metro, tym bardziej czułem fabularną pustkę. Tak na dobrą sprawę oparcie się na banałach mogłoby mieć i swój urok. Gry powiedziały tak wiele w temacie wojny, że próby zaskoczenia odbiorcy kończą się zazwyczaj marnie. Owa przewidywalność pasowałaby również do brudnej, wojennej atmosfery Metra. Być może sami twórcy nie zdawali sobie z ego sprawy. Otaczające wydarzenia nie okazały się dostatecznie ciekawe, interesująca stała się wyłącznie walka o przetrwanie. Choć i z tym nie było najlepiej...

Walka dla walki

Metro 2033: Last Light to mieszanka strzalaniny i gry "skradanej". Chociaż dostajemy do rąk pokaźny arsenał, większość etapów da się przejść całkiem po cichu, bez alarmowania strażników i wszczynania walki. Jest to o tyle cenne, że każde starcie jest tu niełatwe, a wywołanie alarmu najczęściej przyciąga także grubo opancerzone jednostki. Metoda poruszania się w cieniu teoretycznie miała także owocować zaoszczędzeniem cennej amunicji. Nic z tego - jest jej tu aż za dużo.
System strzelania wypada przyzwoicie. Korzystamy z odpowiednio dostosowanego do niełatwych warunków arsenału - jest rewolwer, obżyn i prosty karabin, a także granaty i koktajle mołotowa. Za zbierane w trakcie gry wzmocnione naboje, stanowiące tu zarówno skuteczniejszy śrut, jak i pieniądz, nabywamy różne ulepszenia, które zamieniają nasz umiarkowanej jakości sprzęt w broń snajperską, stabilny karabin czy śmiercionośną strzelbę. Wybór nie jest duży, ale to, czego używamy, w pełni wystarcza.
Chociaż możliwości do wykazania się jest od groma, Last Light charakteryzuje bardzo ciężki do strawienia system budowy poziomów, czy w zasadzie - całej gry. Poruszamy się po ciągu tak zwanych „korytarzy", wąskich pomieszczeń, w których możemy liczyć wyłącznie na kolejne okazje do strzelania. Jest to momentami wręcz kuriozalne, bo owe „korytarze" łączą nawet następujące po sobie epizody gry i zostawiają gracza z poczuciem pewnego przestrzennego absurdu. Usprawiedliwiem nie jest wcale sama budowa metra, bo gra nie toczy się wyłącznie w wąskim tunelu podziemnego pociągu, ale głównie na licznych stacjach.
Jeśli jest się fanem książkowej serii Głuchowskiego czy specyficznej atmosfery, jaką oferują ciemne, przerażające podziemia Moskwy, można mocno wczuć się w tę siermiężną atmosferę i nawet przymknąć oko na fabularne banały, traktując je bardziej jako klasyczne odwołania. W przeciwnym wypadku gra znudzi nas swoim bardzo powtarzalnym charakterem. I nawet piękna grafika oraz absolutnie znakomita, pełna idealnie dopasowanych detali kreacja zamieszkałych przez ludzi stacji, niespecjalnie zmieni nasz odbiór gry. Nie można, na szczęście, powiedzieć, że Metro 2033: Last Light to gra zła czy rojąca się od błędów.
Ocena: 4+/6
Wydawca: Cenega Poland
Platformy: PC, PS3, X360
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA