fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Felietony

Psychologia kata

Szymon Hołownia
Fotorzepa, Maciej Kaczanowski Maciej Kaczanowski
Tydzień temu odwiedziłem poligon w Butowie pod Moskwą, gdzie w 1937 i 1938 roku NKWD pozbawiło życia ponad 20 tysięcy ludzi.
Gdy opowiadam o tym znajomym, wzruszają ramionami: liczba nie robi wrażenia. Przecież w jeden tylko dzień, 5 sierpnia 1944 roku, nazistowska hołota zabiła co najmniej tyle samo warszawiaków, urządzając na Woli pamiętną „czarną sobotę". W ciągu paru dni 1941 roku w kijowskim Babim Jarze hitlerowcy rozstrzelali ponad 30 tysięcy Żydów. Jesteśmy w Europie. Po XX wieku. Wyliczankę można przecież kontynuować bez końca.
W takim statystycznym stopniowaniu ciężaru zbrodni jest jednak coś przerażającego. Trzysta trupów – co to jest na ziemi, na której życie oddawały tysiące? Haniebne przekomarzanie się historyków i publicystów, ilu ludzi zginęło w jedwabieńskiej stodole (i czy w związku z tym jest to zbrodnia czy wybryk), dla mnie było momentem otwierającego oczy wstrząsu: należy serdecznie w nosie mieć historyczno-statystyczne kwalifikacje, gdy stajesz w miejscu, w którym jakiś opętany ideologią idiota zakończył choćby jedno ludzkie życie, które mogło jeszcze trwać.
Poligon w Butowie powstał po ukazie enkawudowskiego satrapy Jeżowa. Polecił on terenowym jednostkom swojej „firmy" wygrodzić teren do eksterminacji ofiar planowanych czystek. Takie poligony powstały więc przy większości radzieckich miast (hitlerowcy w Babim Jarze wykorzystywali takie właśnie miejsce). Nie wiadomo, jakim cudem ten butowski został w latach 90. odtajniony i przekazany Cerkwi. Większość z nich pewnie do dziś niczym nie różni się od okolicznych łąk. Powstaje tu dziś skromne muzeum, postawiono dwie upamiętniające męczenników cerkwie. Ja jednak nie jestem w stanie się oderwać od plansz z czarno-białymi zdjęciami skazańców. Fotografowano ich na parę dni przed śmiercią, tak by strzelający enkawudzista mógł nad rowem porównać sobie jeszcze ofiarę z papierami, by „dieło" zostało zamknięte w zgodzie z biurokracją. Te twarze zdaje się łączyć jedno: totalne nie zrozumienie, jakie się rodzi w człowieku stającym naprzeciw człowieka, który przestał nim być.
Jest w literaturze wiele prób wejścia w głąb psychologii kata (jedną z najbardziej wstrząsających stworzył ostatnio w obrzydliwie wręcz sprawnej technicznie książce „Łaskawe" Jonathan Littell). A mnie się ciągle wydaje, że nie wszystko jest w stanie wytłumaczyć zainfekowanie umysłu chorym przekazem nienawiść, karierowiczostwo czy wódka. To tylko pożywki przyspieszające wzrost śmiertelnej dla człowieczeństwa bakterii.
Znaczna część Europejczyków, którzy w XX wieku – niczym w eksperymencie więziennym Zimbardo – gorliwie weszli w rolę katów swoich sąsiadów, zrobiła to po przekroczeniu progu pychy. Butowo, Babi Jar, rzeź Woli były finalnym etapem rozwoju z pozoru niegroźnego przekonania, którego zarzewie każdy śmiertelnik i dziś nosi w sobie: gdyby ludzie byli tacy jak ja, o ileż ten świat byłby lepszy?
Autor jest twórcą portalu stacja7.pl
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA