fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Kraj

Wyszedł z więzienia, minął się z żoną

Andrzej Z. jeszcze za kratami. Tu prowadzony na proces w sprawie zabójstwa gen. Papały
PAP
Po 12 latach Andrzej Z., ps. Słowik, odzyskał wolność. Czy wróci jeszcze do przestępczego rzemiosła?
Pod więzieniem przy ul. Rakowieckiej w Warszawie niczym na celebrytę czekał na niego tłum dziennikarzy. Ten jednak nie zamienił z nimi słowa i wsiadł do taksówki, którą odjechał do domu, by spotkać się z 13-letnim synem.
–  Jedną z pierwszych rzeczy, jakie zrobi „Słowik", to spokojnie napije się wódki. Potem policzy, którzy z kolegów są na wolności, a którzy już nie żyją – mówi nam policjant, który rozbijał gang pruszkowski w 2000 r.
Andrzej Z. przesiedział za kratami niemal 12 lat. W 2004 r. skazano go na sześć lat za kierowanie gangiem pruszkowskim. Rok później wspólnie z Ryszardem Boguckim usłyszał zarzut zlecenia zabójstwa byłego szefa polskiej policji gen. Marka Papały. Za kratami doczekał wyroku uniewinniającego, jaki zapadł w ubiegłym tygodniu.
– Nie będziemy się domagali odszkodowania  – oświadczył wczoraj Piotr Pieczykolan, jeden z obrońców „Słowika". – Pan Andrzej chciałby udowodnić społeczeństwu, że jest pełnoprawnym obywatelem, a nie gangsterem.
Czy były szef gangu, nawet po tak długiej odsiadce, ma szanse na uczciwe życie?
– Wszystko zależy od tego, ile ma pieniędzy. Jeśli dużo, to może tak się stać, a jeśli nie, prędzej czy później wróci na drogę przestępczą – uważa jeden ze śledczych, z którymi rozmawialiśmy.
Insp. Marek Dyjasz, były dyrektor Biura Kryminalnego Komendy Głównej Policji, nie przypuszcza jednak, by „Słowik" wrócił do przestępczej działalności: – Pieniędzy trochę ma, bo nie wszystko zostało mu odebrane, poza tym gotówka spływała, gdy siedział.
Jego zdaniem młodzi gangsterzy nie byliby skłonni dopuścić, by  Z. nimi kierował. – A on „zwykłym" członkiem gangu nie zostanie. Poza tym na kierowanie gangiem jest z jednej strony zbyt stary, a z drugiej ma znaną twarz i wszystkie służby będą się nim teraz interesowały – uważa Dyjasz. Według niego „Słowik" powinien się cieszyć, że dożył emerytury mimo swojego fachu, bo mało komu się to udaje.
Urodzony w 1960 r. w Stargardzie Szczecińskim  Z. (właściwie B., potem zmienił nazwisko) przestępczą działalność zaczynał w latach 80. w rodzinnych stronach  od włamań do mieszkań i kradzieży samochodów. Potem przeniósł się do stolicy. Po pierwszych wyrokach w 1993 r. został ułaskawiony przez  prezydenta Lecha Wałęsę. Późniejszych spekulacji, że dał za to łapówkę, prokuratura nie potwierdziła.
Potem Z. związał się z grupą pruszkowską. W latach 90. odpowiadał przed sądem  m.in. za wymuszenia rozbójnicze, w tym przejęcie nieistniejącego  już stołecznego klubu Dekadent. To w nim odbyła się słynna impreza jubileuszowa „Teleexpressu" w 1996 r., na której wspólnie bawili się  dziennikarze i gangsterzy.
Zanim odpowiedział za „Pruszków", ukrywał się za granicą. Wydał książkę, w której przedstawił siebie jako pobożnego człowieka, ofiarę policji.
Według mec. Pieczykolana, „Słowik" chciałby teraz zbudować „swoje relacje z 13-letnim synem, którego nie znał z wolności". Od niemal dwóch miesięcy chłopak jest pod opieką dalszej rodziny, bo od połowy czerwca jego matka Monika B. (ma inne nazwisko niż mąż) siedzi w areszcie. Ciąży na niej 10 zarzutów karnych, m.in. kierowania grupą przestępczą, handlu narkotykami, powoływania się na wpływy. – Obiecywała załatwić zaświadczenia lekarskie, dzięki temu ktoś miał mieć odroczoną karę pozbawienia wolności, a postępowanie wobec innej osoby miało być osobno prowadzone – wylicza Waldemar Tyl, zastępca prokuratora apelacyjnego w Warszawie.
Dodaje, że na Monice B. ciążą też zarzuty wprowadzenia do obrotu kilkuset fałszywych studolarowych banknotów, o łącznej wartości ok. 50 tys. dolarów, oraz zmuszenie siłą dłużnika do zwrotu kilkunastu tysięcy dolarów długu.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA