fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Zimbabwe: koniec wyborczej farsy

Robert Mugabe (z lewej) przy urnie wyborczej
AFP
Rządzący twardą ręką od 33 lat prezydent Robert Mugabe przedłużył swój mandat na kolejną pięcioletnią kadencję
Wszystko wskazuje na to, że 90-letni już przywódca Zimbabwe ani myśli o przejściu na emeryturę a liczenie głosów po zakończonych w środę wyborów znów potwierdzi bezgraniczne zaufanie narodu do "ojca rewolucji". W czwartek usłyszał formułę "podwójne F" ("free and fair", czyli wolne i uczciwe) od Zimbabweńskiej Komisji Wyborczej.
To, że ważność wyborów uznali zastraszeni urzędnicy nie jest zaskoczeniem. Dziwne, że tym razem większych zastrzeżeń nie zgłosili obserwatorzy ze Wspólnoty Rozwoju Afryki Południowej (SADC), ani obecny na miejscu Olusegun Obasanjo, były prezydent Nigerii. Tymczasem opozycja wskazuje na kontynuację polityki oszustw wyborczych: zastraszanie wyborców, tworzenie fałszywych list wyborczych, podwójne głosowania, albo brak kart wyborczych dla członków sił bezpieczeństwa. Zresztą nawet bez politycznych dyrektyw fatalna organizacja i brak pieniędzy spowodowały chaos w trakcie przygotowań do wyborów.
Tylko niewielu ośmieliło się w latach dyktatorskich rządów przeciwstawić tyranii Mugabego i jego partii ZANU-PF (Afrykański Narodowy Związek Zimbabwe - Front Patriotyczny) w dużej mierze wzorującej się na socjalizmie rodem z dawnego bloku sowieckiego. W latach 80. jedyna zbrojna próba oporu ludu Matebele została utopiona we krwi, potem nastała epoka policyjnych prześladowań, cenzury, nacjonalizacji majątków i wszechobecnej propagandy partyjnej. Rzecz jasna - w takich warunkach nie mogły się odbyć żadne wolne wybory, a kolejne elekcje mające pro forma zatwierdzić władzę ZANU-PF i jej wodza były fałszowane, a opozycja zastraszana. Nie pomogły protesty i międzynarodowe sankcje.
Szansa na zmianę pojawiła się podczas wyborów w 2008 r. kiedy przeciwko Mugabemu odważył się stanąć znany działacz związkowy, wielokrotnie prześladowany Morgan Tsvangirai stojący na czele Ruchu na rzecz Demokratycznej Zmiany (MDC). Ku zaskoczeniu władz opozycja najprawdopodobniej wygrała pierwszą turę wyborów, tak więc przed długo odwlekaną druga turą doszło do oburzających prześladowań przeciwników dyktatury. Zginęło kilkudziesięciu aktywistów MDC, spalono tysiące domów domniemanych "wrogów ustroju".
W drugiej turze Mugabe otrzymał... 85 proc. głosów. Wskutek międzynarodowych protestów i przy mediacji SADC prezydent musiał w końcu "podzielić się" władzą przystając na utworzenie stanowiska premiera, które objął Tsvangirai.
Pojęcie "rządzenia" w tych warunkach stało się bardzo umowne, jednak Tsvangirai mógł znów stanąć do wyborów w tym roku. Od początku ostrzegał, że będą nieprawidłowości i oszustwa, co wkrótce potwierdzili zarówno jego zwolennicy jak i międzynarodowi obserwatorzy.
Szanse na zmianę polityczną są wciąż nikłe. Mimo powszechnej biedy i nadużyć urzędników opór społeczny jest słaby i szybko tłumiony przez system represji. Nieskuteczne okazały się zachodnie sankcje wprowadzane już od końca lat 90. W ostatnich latach wybawieniem dla reżimu Mugabego okazali się Chińczycy inwestujący w większości krajów afrykańskich. W poszukiwaniu surowców pojawili się także w Zimbabwe (państwo to posiada złoża węgla kamiennego, złota, srebra, rudy chromu, żelaza, niklu, miedzi i uranu). Inwestorzy z Pekinu nie pytają o przestrzeganie zasad demokracji i prawa człowieka, dlatego są witani przez wszelkiej maści dyktatorów - w tym przez Mugabego - z otwartymi rękami.
Zaś inwestorzy zachodni i południowoafrykańscy, którzy myśleli o ewentualnym wejściu na rynek Zimbabwe (przynajmniej w przemyśle wydobywczym i w bankowości) usłyszeli od cieszącego się już ze zwycięstwa Mugabego: "naród zdał sobie sprawę z tego, że utracił orientację, ale już wraca na ścieżkę rewolucji, którą mu wyznaczyliśmy. Naszymi hasłami nadal będą przejmowanie własności i zachęcanie ludu do aktywności".
Zajmowanie obcych firm przez podburzane tłumy? W Zimbabwe obserwowano to już w czasie gdy wywłaszczano białych farmerów. Wątpliwe, by po takiej deklaracji ktokolwiek chciał ryzykować inwestycje w Harare i okolicach. A Chińczycy? Oni i tak robią swoje, a deklaracje afrykańskich polityków - zwłaszcza w państwach tak zrujnowanych i izolowanych jak Zimbabwe - niewiele ich obchodzą.
Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA