fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wiadomości

Krzysztof Skowroński o finansowaniu mediów

Krzysztof Skowroński
Fotorzepa, Darek Golik DG Darek Golik
Niczego nie ukrywałem. Wiedziałem w momencie podpisywania umowy z PiS w lipcu 2012 roku, że to pojawi się w sprawozdaniu. A teraz pokażmy innych, od kogo oni dostają pieniądze – mówi Agnieszce Kalinowskiej prezes SDP i właściciel Radia Wnet.
Czy uważa się pan za niezależnego dziennikarza?
Krzysztof Skowroński: Tak.
Po informacji, że pana radio wzięło od Prawa i Sprawiedliwości 140 tysięcy złotych? To raczej dowód na zależność od partii.
Nie.
Dlaczego?
Radio wzięło, ale zawarło umowę handlową i zachowało niezależność.
Na co zostały przeznaczone te pieniądze?
Przedmiot umowy ma w sobie zawartą klauzulę tajemnicy, poprosiłem drugą stronę o zwolnienie z niej, ale jeszcze nie mam odpowiedzi. Przedmiot umowy nie miał nic wspólnego z niezależnością dziennikarską.
Skoro jakaś partia przeznacza swoje fundusze na działalność jakiegoś medium, to raczej oczywiste jest, że chce mieć wpływ na to medium.
To wcale nie jest oczywiste. Radio Wnet i cały system, który tworzymy, ma swój własny oryginalny system finansowania. Dzięki temu jest niezależnym medium.
To znaczy, jaki ma system finansowania?
Rozmaity: mamy Wydawnictwo, Bilet Radia Wnet, Spółdzielnię Radia Wnet, Akademię Radia Wnet, wydajemy płyty, w manufakturze powstają odbiorniki radia internetowego. Tworzymy też spółdzielnie spożywców. Jest bardzo wiele źródeł finansowania. Nikt, kto wchodzi z nami w jakąś relację ekonomiczną, nie dostaje kluczy do naszej niezależności. Czy to jest Prawo i Sprawiedliwość, czy to jest ktokolwiek inny. W porozumieniu, o którym mówimy, wolność dziennikarska pozostała nienaruszona.
A może coś się zmieniło w pojmowaniu dziennikarskiej niezależności? Skoro największe partie w Polsce finansują dziennikarzy, a oni nic w tym złego nie widzą...
Informacja na temat tego, że Prawo i Sprawiedliwość weszło w relację ekonomiczną ze spółką Radio Wnet, jest publiczna. I z mojej perspektywy jest to dobry moment, żeby poprosić także inne media o to, żeby pokazały swoje relacje ekonomiczne, które posiadają, na bardzo wielu poziomach. Ze spółkami Skarbu Państwa, z fundacjami, z innymi podmiotami. Ja nie mam nic do ukrycia i jestem przygotowany do takiej dyskusji. W ostatnim swoim felietonie opublikowanym na stronach SDP mówi o tym wiceprezes Piotr Legutko. Okej, skoro jest taka sytuacja, to opowiedzmy sobie historie polskich mediów pod względem finansowania. I SDP będzie dążyć do tego, żeby taką historię mediów opowiedzieć. Jednej, drugiej, trzeciej gazety, telewizji, radia. Proszę bardzo, zobaczymy wtedy, kto jest wolny, a kto jest niewolnikiem.
Chce pan odtajnić finansowanie mediów w Polsce?
Bardzo bym chciał. To się stało w pewnym sensie znakiem mojej prezesury w SDP. Stałem się swoistym studium przypadku. Ja niczego nie ukrywałem. Wiedziałem w momencie podpisywania umowy z PiS 2 lipca 2012 roku, że to będzie w sprawozdaniu. Teraz pokażmy innych, od kogo oni dostają pieniądze. Pokażmy, kto co robi, kto kim jest, kto co mówi i dlaczego mówi to, co mówi. A nawet zajrzyjmy do genezy, kto co ma i skąd się wzięły jakie media. Uważam, że taka opowieść Polsce jest potrzebna, bo niby dlaczego mamy tego nie wiedzieć?
Tylko że pozostałe media, o których pan mówi, nie krzyczą na cały głos: „jesteśmy niezależni”.
Ale ja nie krzyczę, ja po prostu stwierdzam fakt. Jak ktoś się mnie pyta, czy jestem niezależny albo czy nie przestałem być niezależny, to oświadczam, że byłem i jestem niezależny. Tak jak byłem wtedy, gdy odchodziłem z Radia Zet, nie godząc się na nowy sposób podejścia do programu, jak rezygnowałem z pracy w telewizji publicznej, gdy zmieniano warunki gry w czasie kampanii prezydenckiej 2000, czy jak zdejmowano mój program z ramówki TVP, kiedy rządziło Prawo i Sprawiedliwość. Dziś pracuję u siebie i ręczę, że nie ma większej niezależności niż akt własności. Proszę posłuchać Radia Wnet. Występuję w kilku rolach. Jestem prezesem spółki, prezesem Spółdzielczych Mediów Wnet, jestem szefem Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich i dziennikarzem. W żadnej z tych ról nie handluję swoją niezależnością albo swoim słowem, albo swoim myśleniem. Mam 48 lat i po 48 latach człowiek dorabia się własnych myśli. Dotyczących świata, polityki, polityków i rozmaitych rzeczy, które zachodzą. Te myśli są prezentowane w radiu i mają niewiele wspólnego z jakąkolwiek partią polityczną, tych myśli nikt nie kupuje i tymi myślami nikt nie manipuluje.
Mam 48 lat i po 48 latach człowiek dorabia się własnych myśli. Tych myśli nikt nie kupuje i tymi myślami nikt nie manipuluje
Czyli uważa pan, że to, iż Radio Wnet wzięło pieniądze od PiS, nie ma znaczenia dla jego niezależności. A jeśli inny dziennikarz bierze pieniądze od partii za pisanie dla niej analiz, to jest naganne?
To nie jest moment, w którym mogę to oceniać, bo jestem podmiotem i przedmiotem dyskusji jednocześnie. Jestem oceniany, w związku z czym trudno mi oceniać. Każdy przypadek jest inny, w jednym przypadku jest skaza, a w drugim może jej nie być. Ja jestem prezesem spółki i mam towar, i ten towar zostaje kupiony – to nie ma nic wspólnego z zależnością albo niezależnością. Ja odpowiadam za podmiot prywatny. Robię rozmaite rzeczy, żeby utrzymać miejsce, gdzie pracują dziennikarze, którzy są niezależni.
Co miałby PiS zyskać na tym, że dofinansuje niezależnych dziennikarzy?
Ze strony Prawa i Sprawiedliwości jest zrozumienie tego, że trzeba zwiększyć dostęp do informacji źródłowej, że w czasie kiedy media publiczne rezygnują z opisu tego, co się dzieje w Polsce, ktoś musi je zastąpić. Cenna jest tylko informacja prawdziwa.
Nadal ciężko mi uwierzyć, że nagle za pieniądze PiS powstaje rozgłośnia niezależna.
Proszę posłuchać poranków Wnet, proszę posłuchać „Wolnej anteny”, to się pani przekona.
Publikacja „Gazety Wyborczej”, w której była mowa o wsparciu pana radia przez PiS, raczej nie przysparza panu dobrej sławy.
Człowiek się uodparnia. Kiedyś takie publikacje trafiały mnie bardzo głęboko, ale już się przyzwyczaiłem. Już znam ten chór świętego oburzenia, który nie widzi belki we własnym oku. Osy latają, a karawana jedzie dalej. Kiedy mnie wyrzucano z Trójki, było wiele artykułów na ten temat. Ale kiedy radio publiczne mnie przeprosiło, to czytelnik „GW” nie dowiedział się o tym. Człowiek uczy się samego siebie, uodparnia się i zyskuje pewność drogi, którą wędruje.
Ta pewność pozwoliła panu poprowadzić dwie konferencje zorganizowane przez PiS?
Jedną prowadziłem jako dziennikarz Radia Wnet, bo pasjonuje mnie ekonomia i interesowało mnie spotkanie ekonomistów z różnych stron. Poprowadzić konferencję, w której uczestniczą największe umysły ekonomiczne, to było i wyzwanie, i ciekawość dziennikarska. Takie konferencje powinni prowadzić dziennikarze, bo po to między innymi jesteśmy. Drugą konferencję poprowadziłem dlatego, że odbywała się w siedzibie Dziennikarzy Polskich przy ul. Foksal w Warszawie. Tam wystąpiłem jako prezes SDP, który prowadzi konferencję kandydata na premiera technicznego, profesora Piotra Glińskiego. Nie mam sobie nic do zarzucenia ani wyrzutów sumienia, ale więcej takich konferencji prowadzić nie będę. Zgodziłem się na to tylko dlatego, że odbywała się w domu dziennikarza.
Warszawski oddział SDP chciałby pańskiego odwołania.
Przyjmuję do wiadomości, że by chciał.
Nie będzie pan tego brał pod uwagę?
Nie będę. W SDP chcę być oceniony za to, co robimy w tej kadencji dla Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Powołaliśmy Fundację Solidarności Dziennikarskiej, tworzymy za szwajcarskie pieniądze Pogotowie Dziennikarskie, które w trudnych sprawach ma wspierać dziennikarzy lokalnych, czy otworzyliśmy dom dziennikarza dla ludzi, organizując wielkie przedsięwzięcie, którym był Maj na Foksal. Nawiązaliśmy kontakty ze środowiskami dziennikarskimi na Ukrainie, a wiceprezes SDP Agnieszka Romaszewska weszła do zarządu Europejskiej Federacji Dziennikarskiej. I nagle okazało się, że nasze stowarzyszenie jest ważną instytucją, która może zrobić wiele dobrego. Co trzy lata w tej instytucji w demokratycznych wyborach wybiera się zarząd i prezesa, a do końca mojej kadencji pozostało 15 miesięcy.
SDP jest wciąż w centrum sporów politycznych. Media w Polsce są podzielone?
To jest oczywiście retoryczne pytanie. Są media mainstreamowe zależne od rządzących i media niezależne, często odwołujące się do wartości konserwatywnych.
Te drugie są w mniejszości.
Wróżę ich szeroki rozwój. Kula zniecierpliwienia się toczy, ludzie czują, że uczestniczą w pewnej farsie, że jest coś takiego jak język propagandy. Media powinny odpowiadać na pytanie, dlaczego jest tak, jak jest, tymczasem te mainstreamowe opowiadają historię, którą przygotowuje specjalista od public relations, i przenoszą ciężar rozmowy.
Z czego na co?
Teraz cywilizacja zachodnia weszła w największy kryzys ekonomiczny i dziś waży się jej przyszłość, czy z tego kryzysu wyjdziemy jako ludzie wolni czy jako ponumerowani dłużnicy wielkiego brata. Media głównego nurtu, zamiast zająć się tym, co ważne, wymyślają fikcyjne problemy i wokół nich ogniskują emocje. Zadaniem dziennikarza jest próba opisu świata, a w świecie polityki najważniejsze są interesy gospodarcze i ekonomiczne. Po co ci faceci mają władzę i noszą te zegarki? Żeby rządzić kasą. W mainstreamowych mediach ludzie nie przeczytają nigdzie analizy o tym, że władza się od nich coraz bardziej odsuwa, że kolejne ustawy coraz bardziej ograniczają ich wolność, że system globalnej gospodarki pozbawia ich pracy i perspektyw. Sprawa, o której powinno się mówić, to pozbawianie człowieka możliwości działania.
Dziś, gdy patrzę na to, co się zdarzyło przez 23 lata wolności, to wiem, że większość dziennikarzy nie zdała egzaminu, bo razem z polskim przemysłem powinny upadać kolejne rządy. Dziennikarze nie słuchali tego, co mówili ludzie, zajmowali się przekazywaniem mądrości władzy, ekspertów, ekonomistów – mądrości, która była i jest albo fikcją, albo świadomym kłamstwem. Dziennikarz musi być przyjaźnie otwarty na drugiego człowieka i kontrolować władzę, a prawdziwa władza jest tam, gdzie są pieniądze. Radio Wnet, Spółdzielcze Media Wnet, Spółdzielcza Agencja Informacyjna, „Gazeta Wnet” powstały właśnie po to, by dać dostęp do faktów i dać możliwość wypowiadania się tym, których nie dopuszczano do publicznej dyskusji.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA