fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Świat

Wielka polityka cichych zabójców

Od 2001 roku Stany Zjednoczone zwiększyły swój arsenał bezzałogowców z 50 do 750 maszyn
AP, Steve Helber Steve Helber Steve Helber
Prezydent Barack Obama ma dziś wyłożyć zasady stosowania dronów w wojnie z terroryzmem.
Amerykański prezydent może być pewien, że po dzisiejszym przemówieniu na waszyngtońskim Uniwersytecie Obrony Narodowej – bez względu na to, co powie – na jego głowę i tak spadną gromy. Zapowiadane tematy: przyszłość więzienia w bazie Guantanamo, plany w wojnie z terroryzmem, nowe zagrożenia stojące przed Ameryką.
Każde z tych zagadnień budzi kontrowersje, nie tylko w USA. Najwięcej sporów wywołuje jednak stosowanie samolotów bezzałogowych.
Przedstawiciele Białego Domu, na których powołują się amerykańskie media, zapowiedzieli, że prezydent „wyłoży plany i ramy prawne, zgodnie z którymi możliwe będzie zastosowanie dronów w wojnie z terroryzmem". Możliwe, że dziś Obama ogłosi także, iż większość operacji z zastosowaniem bezzałogowców będzie prowadzona z Pentagonu, a nie jak dotąd przez CIA. Decyzja w tej sprawie podobno już zapadła.

Szpieg ma szpiegować

Reuters podaje, że prezydent Obama chce, by CIA „zajęła się tradycyjnymi operacjami szpiegowskimi i analizami wywiadowczymi, zamiast prowadzić operacje o charakterze wojskowym". Już dziś Pentagon kieruje operacjami bezzałogowców w Jemenie, gdzie współdziała z tamtejszą armią. Wkrótce wojskowi mają też sterować dżojstikami maszyn latających nad Pakistanem. CIA przeprowadziła tam w ostatnich latach najwięcej, bo aż 95 proc. wszystkich nalotów dronami (oficjalnych danych nie ma, ale z szacunków New America Foundation wynika, że chodzi o ok. 335 nalotów).
Początkowo wojskowi i politycy zachwycali się bezzałogowcami. Choćby tym, że niebezpiecznych terrorystów można „likwidować" bez narażania życia żołnierzy. Schody zaczęły się, gdy pojawiły się doniesienia o zabitych cywilach (także brak oficjalnych danych, choć mówi się o 3,5–4,7 tys. ofiar śmiertelnych – nie wiadomo, ilu cywilów).
Awantura dotycząca dronów zaczęła się rozkręcać, gdy na jaw zaczęły wychodzić procedury takie jak tzw. signature strikes, czyli ataki na osoby nieznane, lecz potencjalnie niebezpieczne z racji podejrzanego zachowania. Bezzałogowce zajęły jedno z najwyższych miejsc na liście problemów amerykańskiego prezydenta dopiero, gdy pojawiły się zarzuty, iż ich stosowania nie regulują odpowiednie przepisy, a te, które funkcjonują, mogą być niezgodne z prawem amerykańskim i międzynarodowym. Chodzi m.in. o pogwałcenie zasady suwerenności, fundamentalnej w prawie międzynarodowym. W ostatnich latach Pakistan wiele razy oskarżał o to USA.

Kontrola Kongresu

Gdy na początku roku prezydent Obama zdecydował o nominacji na stanowisko szefa CIA Johna Brennana, przy okazji jego przesłuchań przez senatorów wyszło na jaw, że od września 2001 r. do połowy roku ubiegłego USA zwiększyły swój arsenał bezzałogowców z 50 do 750. Okazało się też, że trzy czwarte ataków przeprowadzono nie za prezydentury wojowniczego George'a W. Busha, a nagrodzonego pokojowym Noblem Obamy. Media ujawniły też istnienie tajnej rządowej notatki z 2010 r., z której wynika, że na celowniku dronów mogą znaleźć się obywatele USA.
– Później amerykański prezydent wyjaśniał wprawdzie, że chodziło o stworzenie takiej możliwości w przypadku bardzo poważnego zagrożenia, a nie reguły, ale wielu prawników uznało, że to działanie  nieprawne. Wątpliwości dotąd nie rozwiano – uważa Christopher Swift z Georgetown University.

Miniaturyzacja wojny

Biały Dom zapowiada, że przekazanie większości procedur do Pentagonu będzie służyć większej przejrzystości operacji, a Kongres będzie miał nad nimi zdecydowanie większą kontrolę.
– Takie operacje wykraczają daleko poza to, co przekazywane jest opinii publicznej czy nawet Kongresowi. Możliwe, że również daleko poza to, co uważamy za legalne – mówi prof. Mary Ellen O'Connell z Katedry Prawa University of Notre Dame w Indianie.
„Wykorzystywanie narzędzi, takich jak drony, niewielkich oddziałów do operacji specjalnych, czy wreszcie najmniejszych wojowników z nich wszystkich – elektronów, które są naszymi siłami pierwszoliniowymi w cyberwojnie – redukuje ryzyko i koszty związane z naszymi interwencjami zagranicznymi, takimi jak zwalczenie terroryzmu" – pisał niedawno David Rothkopf, amerykański analityk polityczny. Zastanawiał się przy tym, jakie koszty ponosi polityka zagraniczna Waszyngtonu, czy nie uległa – podobnie jak broń – miniaturyzacji.
Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA