fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wywiady

Odmrażanie nam nie wychodzi

materiały prasowe
Nie jesteśmy przygotowani na ewentualną kolejną falę epidemii – ocenia dr Maciej Bukowski, prezes think-tanku WiseEuropa, autor raportu „Orzeł z popiołów" o wyprowadzaniu gospodarki z obecnego kryzysu.

Pod koniec kwietnia, gdy opublikował pan raport z rekomendacjami dotyczącymi wyprowadzania polskiej gospodarki na prostą po epidemii Covid-19, można było oczekiwać, że dzisiaj będziemy już daleko za szczytem zachorowań. Tak się nie stało, a mimo to rząd odmraża gospodarkę. Czy te decyzje są przedwczesne?

Znoszenie restrykcji przebiega podobnie jak w moich propozycjach, jeśli chodzi o kolejność. Ja proponowałem jednak, aby odmrażanie było warunkowe. Rząd jest zaś bliski spełnienia tylko jednego z tych warunków: dotyczącego liczby testów. Obecnie wykonujemy ich powyżej 20 tys. dziennie. Ja miałem jednak nadzieję, że odmrażanie zacznie się, gdy odsetek wyników pozytywnych będzie poniżej 1 proc. Tak nie jest. Liczba identyfikowanych zachorowań jest kilkukrotnie wyższa, niż zakładałem. Jeśli lato nie pomoże, możemy zostać jedynym krajem w Europie, który przeżywa kłopoty z Covid-19, mimo że zamroziliśmy gospodarkę i ponieśliśmy tego koszty. To nie jest jeszcze w 100 proc. pewne, ale coraz więcej wskazuje na to, że otwieranie nam nie wychodzi.

Dlaczego tak się dzieje?

Częściowo jest to wynik błędów z przeszłości. Zbyt wolno rozwijaliśmy testowanie, a biorąc to pod uwagę, wprowadziliśmy zbyt łagodne ograniczenia. Nie mając pełnych możliwości testowania i wyłapywania wszystkich dużych ognisk, powinniśmy byli wprowadzić jeszcze większe restrykcje. Wtedy wirus mógłby po prostu wymrzeć. Na to nakłada się nie najlepsza polityka informacyjna rządu. Sama zapowiedź znoszenia obowiązku noszenia maseczek wpłynęła na zachowanie ludzi, podkopała przekonanie o sensowności tego obowiązku. Rząd musi oczywiście odpowiadać na to, że ludzie źle znoszą utrzymywane długo restrykcje. Ale to jest wzajemne. Na Słowacji, gdzie obecną fazę epidemii zdławiono bardzo skutecznie, przedstawiciele rządu i pani prezydent nie pokazywali się publicznie bez maseczki.

Co się stanie, jeśli liczba zachorowań nie zacznie maleć albo zmaleje, ale przejściowo, a jesienią pojawi się nowa fala epidemii? Konieczne będzie ponowne zamrożenie gospodarki?

Nie można wykluczyć optymistycznego scenariusza, w którym wirus nie przetrwa lata. Ale jeśli tak się nie stanie, to na drugą falę epidemii nie jesteśmy przygotowani. Nie uzyskaliśmy zdolności testowania, która pozwoliłaby nam na otworzenie gospodarki z zachowaniem pewności, że nawet jeśli liczba zakażeń wzrośnie, to szybko się ustabilizuje, że nie dojdzie do ich eksplozji. Ta zdolność pojawiłaby się, gdybyśmy co najmniej podwoili liczbę testów, do 45–50 tys. dziennie. Jeśli się nie uda, możliwe, że trzeba będzie znów wprowadzić lockdown, tym razem ścisły.

Wspomniał pan o kosztach hibernacji. Na razie wydaje się, że są ograniczone. Działania rządu, które miały zapobiec fali bankructw firm i lawinie zwolnień, zdały egzamin?

Rząd przygotował tarczę osłonową relatywnie dobrze. Ale to złudzenie, że tego typu rozwiązania całkowicie zapobiegną bankructwom i zwolnieniom. Z czasem nawet te firmy, które korzystają ze wsparcia, mogą zacząć zwalniać pracowników. To optymalne zachowanie w czasie kryzysu, który zawsze jest okazją do restrukturyzacji. Tarcze antykryzysowe pozwoliły uniknąć bardzo głębokiej, gwałtownej depresji, ale nie zapobiegną normalnej recesji. Mam na myśli stopniowy wzrost bezrobocia i około dwa lata bardzo wolnego wzrostu. Trzeba dużo szczęścia, by doszło w Polsce do szybkiego odbicia gospodarki i powrotu wzrostu PKB do 3–4 proc.

Ta pomoc dla firm jest kosztowna i niesie ze sobą zagrożenia, związane np. z podtrzymywaniem przy życiu nieproduktywnych firm. Kiedy kroplówkę trzeba będzie wycofać?

Skoro otwieramy gospodarkę, to kroplówkę dla firm też należałoby odciąć. Chodzi o pomoc rozumianą jako subsydiowanie zatrudnienia. Te wydatki będą musiały zostać zastąpione innymi, stymulacyjnymi. O tym mówi też UE. Ale to będzie już inna polityka, przeznaczona dla zwycięzców. Zamiast ratować każdą firmę, która popadła w kłopoty w związku z epidemią, trzeba będzie wspierać podmioty, które potrafią odpowiedzieć na pakiety stymulacyjne.

Jakie działania ma pan na myśli?

Przede wszystkim trzeba stworzyć firmom możliwości dostosowania się. To oznacza większą elastyczność zwalniania i zatrudniania pracowników. To pozwoli szybciej odbudować popyt zagregowany w gospodarce i produkcję. Drugą kwestią są impulsy inwestycyjne. Tu widzę dwie sfery: tzw. zielony wzrost i cyfryzację. Obie dobrze się nadają do stymulowania gospodarki. Wiatraki można dość szybko wybudować, szybko można też docieplać budynki i kłaść światłowody czy rozwijać infrastrukturę 5G. To oznacza, że takie inwestycje dadzą wielu ludziom pracę, a jednocześnie mają charakter modernizacyjny. Mamy zresztą tu zarówno zobowiązania, jak i potrzeby.

W raporcie podkreśla pan, że koszty walki z kryzysem muszą być równo rozłożone między firmy i pracowników, między aktywnych zawodowo i emerytów itd. Czy ta równowaga jest jak dotąd zachowana?

Raczej nie. Bezrobotni zostają gdzieś z tyłu. Jest wprawdzie w rządzie pomysł podwyższenia zasiłku dla bezrobotnych, ale ja sugerowałbym znacznie większą podwyżkę, za co ceną byłaby liberalizacja prawa pracy. Rząd milczy o transferach społecznych, podtrzymując przekonanie, że świadczenia w rodzaju 13. i 14. emerytury zostaną utrzymane. Ja proponuję reformę specjalnych systemów emerytalnych: sędziowskiego, prokuratorskiego, mundurowego, górniczego. Koszty tych bardzo silnie subsydiowanych systemów trzeba ograniczyć, żeby zrobić w budżecie miejsce na dodatkowe wydatki, np. na służbę zdrowia.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA