Reklama

Jacek Nizinkiewicz: Największe kłamstwo kampanii

PiS twierdzi, że jeśli Andrzej Duda nie będzie prezydentem, to dojdzie do wojny na górze, a programy socjalne będą zabrane. To największe oszustwo tych wyborów.

Aktualizacja: 10.07.2020 14:50 Publikacja: 09.07.2020 19:10

Jacek Nizinkiewicz: Największe kłamstwo kampanii

Foto: AFP

Kandydaci na prezydenta oszczędnie gospodarowali prawdą podczas tej kampanii. Rafał Trzaskowski zarzekał się, że w wyborach prezydenckich kandydować nie będzie, ponieważ umówił się z mieszkańcami stolicy na pełną kadencje. Kandydat Koalicji Obywatelskiej nie pamiętał, kiedy był posłem i jak jego formacja głosowała w sprawie jednej z najważniejszych ustaw. Jednym z czołowych postulatów włodarza Warszawy było zakończenie z podziałami społecznymi i agresją w życiu politycznym. Tymczasem sam miał w kampanii problem ze sformułowaniem zdania, w którym nie atakowałby PiS i Jarosława Kaczyńskiego. Zarzekał się w kampanii, że będzie bronić 500+, a wcześniej nazywał program rozdawnictwem. Deklarował „milion drzew do końca 2020 roku" w stolicy, nagle zapałał miłością do Marszu Niepodległości.

Nie ma wątpliwości, że wiceszef PO często potykał się o prawdę. Ale jeszcze częściej na bakier ze szczerością był Andrzej Duda.

Przede wszystkim jest on w tej kampanii zaprzeczaniem kandydata Dudy sprzed pięciu lat. Dzieli, atakuje, krzyczy, upartyjnił najważniejszy urząd w państwie, a z mediów publicznych zrobił część swojego sztabu. To wszystko pięć lat temu wytykał prezydentowi Komorowskiemu. Dziś Andrzej Duda i jego sztab okłamują Polaków, żeby tylko utrzymać się przy władzy, i nie cofną się nawet przed twierdzeniem, że epidemia jest w odwrocie, a wirus nie jest groźny dla osób starszych i schorowanych, bo to naturalny elektorat PiS, którego głosów Duda potrzebuje. Twierdzenie, że jak Trzaskowski wygra wybory, to zostanie zabrane 500+, wiek emerytalny zostanie podniesiony, a małżeństwa homoseksualne będą adoptować dzieci, to liczenie na to, że – jak mawiał Jacek Kurski – „ciemny lud to kupi". A przecież nawet gdyby Trzaskowski chciał zmian, to jako prezydent RP nie ma kompetencji, żeby wprowadzić je w życie.

Prezydent Duda na kilka dni przed wyborami chce „współpracy" z PSL i Konfederacją, a jego obóz polityczny jeszcze niedawno twierdził, że „PSL powinien zostać wyeliminowany z życia publicznego". Prezydent nie protestował też, gdy PiS pomawiał Konfederację o współpracę w Rosją. Teraz Andrzej Duda powie wszystko, żeby zaskarbić sobie sympatię wyborców PSL i Konfederacji.

Jednak największym kłamstwem głowy państwa jest nieustanne twierdzenie, że jeśli wybory wygra ktoś inny niż on, to dojdzie do wojny na górze i dlatego prezydent powinien być z tego samego obozu co rządzący. Idąc tym tokiem rozumowania, w kolejnych wyborach parlamentarnych, jeśli Duda pozostałby głową państwa, Polacy powinni głosować na PiS, a później na nowego kandydata na prezydenta z PiS i tak w kółko. Brzmi absurdalnie? Bo jest absurdalne!

Reklama
Reklama

Dziś Andrzej Duda i jego ugrupowanie postulują monowładzę, czyli coś, z czym w PRL walczyli bracia Kaczyńscy, a Jarosław Kaczyński nawet zatytułował jedną ze swoich książek: „Porozumienie przeciw monowładzy". Prezydent Duda, prosząc o głosowanie na niego, dąży do domknięcia systemu i zabetonowania władzy PiS na lata. A kolejne wybory dopiero za 3,5 roku.

Wydarzenia
Nowy START podpisany
Materiał Promocyjny
AI to test dojrzałości operacyjnej firm
Wydarzenia
USA idą na rękę Rosji
Wydarzenia
Szpiegu, szpiegu, chodź na tortury!
Wydarzenia
Poznaliśmy nazwiska laureatów konkursu T-Mobile Voice Impact Award!
Materiał Promocyjny
ROP na zakręcie. Bez kompromisu się nie uda
Reklama
Reklama
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
Reklama
Reklama