fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Wspomnienia

Dąbrowska: Uśmiech Henryka Wujca też odszedł

Henryk Wujec (1941–2020)
studio rp.pl
Torba konduktorka przewieszona niedbale przez ramię, rozpięty szary sweter, koszula w kratę, sztruksy. W torbie bibuła, ale tylko po kilka kartek, żeby znowu nie było za co dostać wyroku. W drugiej połowie lat 80., kiedy go spotkałam – dla mnie wtedy legendę Solidarności – na ulicy Górskiego w Warszawie, Henryk był już po dwóch wyrokach.

Chodzili za nim bezustannie, a on potrafił stać się niewidzialny, zniknąć w bramie, wpasować w mur. Swoje załatwiał i znowu wypływał na powierzchnię: do żony Ludki, do syna Pawła. Bo dom był opozycyjny oficjalnie, stamtąd zawsze wracało się „z ogonem". A ci, którzy byli już namierzeni i nie musieli się ukrywać, mogli liczyć na ciekawą rozmowę. Kiedy Henryk zaczynał zdanie, to kończyła je Ludwika albo odwrotnie (nawet jeśli to było zakończenie nieplanowane przez tego, kto zaczynał). Sztuka kontaktu z Henrykiem polegała więc na tym, by dzięki paru podstępom i sposobom wygospodarować z 15 minut na spokojną rozmowę bez podsłuchów i obserwacji. A najlepsze było to, że zawsze udawało się z nim załatwić sprawę.

Potem, kiedy styropianowa opozycja konsumowała owoce zwycięstwa, nie słychać było Henryka na pierwszej linii potyczek o grubą kreskę. Nie awanturował się z mównicy, pracował w komisjach albo komentował polityczną wojnę lat 90. z trochę zawstydzonym, niewinnym uśmiechem. Był archetypem opozycjonisty, który zawsze pozostanie lojalny wobec swojej politycznej rodziny. I który zawsze będzie cierpieć, kiedy ta rodzina mocno się skłóci.

Można było się z nim nie zgadzać, ale nie sposób go było nie lubić. Bo on za bardzo lubił ludzi, żeby budzić złe emocje. Od 1976 roku, kiedy rzucił się na pomoc represjonowanym robotnikom z Ursusa, od czasów KOR, za co sam w 1978 roku stracił pracę – wierzył w pracowniczą solidarność. Potem związek stał się dla jego pokolenia ucieleśnieniem tych marzeń i pracy u podstaw, którą prowadzili, narażając się na długoletnią odsiadkę. Nie było więc przypadkiem, że w 1989 roku podczas rozmów Okrągłego Stołu siedział przy podstoliku ds. pluralizmu związkowego.

W swoich rozlicznych zajęciach partyjnych, ministerialnych, politycznych i społecznych zawsze pozostawał przy tym samym wizerunku. Lekko zgarbiona sylwetka, torba, uśmiech. Zamiast swetra – marynarka, ale tweedowa, rzadko od garnituru. Bo trzeba było być z tego świata, w którym Jackowi Kuroniowi przypinano Legię Honorową do dżinsowej koszuli, by rozumieć, że klasa człowieka nie zależy od zegarka na przegubie ani sprytu w liczeniu kilometrówek.

Ten świat, pachnący piosenkami Osieckiej, tętniący utworami Kaczmarskiego i ociekający nadzieją na lepszą Polskę, odchodzi pomału w przeszłość.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA