fbTrack
REKLAMA

Wspomnienia

Jerzy Pilch - serce w pasy

Fotorzepa/ Magda Starowieyska
„Kto ma serce do piłki, ma je też do książek” - takie rekomendujące zdanie napisał Jerzy Pilch na okładce mojej książki. We wspomnieniach o zmarłym pisarzu, do opinii o jego talentach literackich i poczuciu humoru dochodziła często informacja o jego fascynacji piłką nożną. To niezwykłe połączenie.

Kiedy odchodzi ktoś znany, kto zasłużył się na jakimś polu, gdzieś, w dalszej kolejności (a i to nie zawsze) wspomina się o jego fascynacjach czy hobby nie związanych z dziedziną, w której odnosił sukcesy. W tym przypadku tak nie jest. Mówi się o Jerzym Pilchu, także jako osobie ważnej dla polskiego futbolu.

Słusznie, bo Pilch wprowadził piłkę do literatury, chociaż niewiele o niej napisał. Był raczej kimś w rodzaju jej ambasadora  w kulturalnym świecie. Wolał nosić miłość do futbolu w sobie, bo za bardzo ją przeżywał. Dlatego ledwie o niej w swoich utworach wspominał, natomiast bardzo obszernie mówił o piłce w wywiadach.

Przeprowadzaliśmy z nim te rozmowy, kiedy chcieliśmy, żeby o dyscyplinie sportu, która opanowała świat, a która przez wielu ludzi wciąż jest traktowana jak subkultura, mówił ktoś, kto ma do niej podejście i uczuciowe, i filozoficzne. A w dodatku, opisując swoje nastroje skonstruuje takie zdania, które niejednego dziennikarza powinny doprowadzić do refleksji na temat swojego warsztatu.

Miałem tak z nim kilkakrotnie. - Nie musisz mi dawać tego wywiadu do autoryzacji - mówił - Ale przyślij, może mi się jeszcze coś przypomni. Przysyłał poprawiony, a ja nie poznawałem tekstu i trochę było mi wstyd.

Powszechnie wiadomo, że Jerzy Pilch był kibicem Cracovii. Ale również Realu Madryt i Paragwaju, bo gra w takich biało-czerwonych koszulkach w pasy, jak Cracovia. O Leo Messim powiedział, że lubiłby go, gdyby grał dla Realu. Ponieważ tak nie jest, może mieć do niego „najwyżej umiarkowany szacunek”.

Wbrew pozorom, od wielu lat rzadko chodził na mecze. Bardzo przeżywał każdy występ Cracovii. Uważał, że jak pójdzie na jej stadion, to na pewno przegrają. I, jak każdy kibic, nigdy nie tracił nadziei. Robił je sobie przed rozpoczęciem kolejnych sezonów, a potem gasł. - „Cracovia  miała iść jak Franek Burza z Podgórza, a tu nic. Jeszcze się na dobre jesień nie zaczęła, a ja już czekam na wiosnę. Bo można stracić wiarę w Pana Boga, a kibicem nie można przestać być” - opowiadał.

W roku 2012, kiedy w Polsce odbywały się mistrzostwa Europy mieszkał już w Warszawie, ale nie był na żadnym meczu. - „Mogłem pójść, ale się bałem, że będzie jak z Cracovią. Pójdę, a potem będę żałował. Stadion Narodowy widzę prawie z okien, czułem atmosferę, widziałem kibiców na ulicach i to bardzo mnie podniecało. Jak już tak się tym wszystkim nacieszyłem, to wracałem do domu, siadałem przed telewizorem i zaczynało się to, co znam od kilkudziesięciu lat - męki kibica”.

Uważał, że jeśli gospodarz turnieju nie wychodzi z grupy to jest nietakt i Polska mogła kupić awans chociaż dla tych milionów wymalowanych na biało-czerwono kibiców. - „Ale kto miał kupić - pytał w swoim stylu. - Gadocha gdzieś przepadł, a Fryzjer siedzi”.

Miał świadomość, że sam nie jest wirtuozem futbolu, ale z żarem opisywał cotygodniowe treningi i mecze dziennikarzy „Polityki”, której został felietonistą. Kiedy redakcje i wydawnictwa zaczęły się o niego bić, czuł się jak gwiazda piłki nożnej, kuszona intratnymi transferami. Nigdy tego nie powiedział wprost, ale widać było, że jest to rodzaj rekompensaty za niepowodzenia na boisku.

Z „Polityki” odszedł do „Dziennika”, który pod względem poziomu stał dużo niżej, ale wypłacił Pilchowi gażę, porównywalną ze stawkami najlepszych piłkarzy. A ponieważ działo się to w czasie mundialu w Niemczech (2006), porównanie było tym bardziej wymowne.

Jurek był też felietonistą „Rzeczpospolitej” i naszym wypróbowanym kolegą. Kiedy zaczęły się jego problemy zdrowotne, utrudniające poruszanie się, w swoim mieszkaniu na wysokim piętrze na Hożej zainstalował lunetę. - „Dzięki niej jestem bliżej świata”. Mimo że widział niewiele poza sąsiednim podwórkiem. W ciągu ćwierci wieku znajomości i wielu spotkań nie wypiłem z nim kieliszka alkoholu. On  ćwiczył silną wolę i wygrywał, mimo że ja nie zawsze mu w tym pomagałem.

W grudniu przeprowadził się do Kielc, więc zaproponowałem, że postaram mu się o karnet na mecze Korony. 15 grudnia, z inwalidzkiego wózka obejrzał mecz Korona - Cracovia. Gospodarze wygrali 1:0. Jeszcze się do nich nie przekonał, a nie przestał kibicować „Pasom”. - „Wiesz, chyba jednak nie będę chodził. Szkoda mi zdrowia”. To był ostatni mecz w jego życiu. 

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA