fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

W sieci opinii

Tomański: Czy uciekinierzy naprawdę uciekli?

Rafał Tomański
Fotorzepa/ Krzysztof Skłodowski
W Korei Południowej sprawa niedawnej masowej ucieczki pracownic jednej z północnokoreańskich restauracji budzi coraz większe wątpliwości.

Uciekinierów z Północy przybywa z każdym miesiącem. Rzadko kiedy jednak zdarza się, by decydowano się na taki krok w dużych grupach. Pojedyncza osoba ma większe szanse na ukrycie się, grupa potrzebuje wsparcia.

W przypadku 12 pracownic północnokoreańskiego lokalu w chińskim Ningbo pomoc nadeszła od ich szefa. Pjongjang zarzuca mu tchórzostwo i ucieczkę ze względu na własne długi. Kobiety nie chciały porzucać swojej pracy, reżim zorganizował specjalne spotkanie z pozostałymi pracownicami, które nie dołączyły do zbiegów. Przed kamerami CNN i mikrofonem Willa Ripleya, szefa tokijskiego biura stacji z płaczem i złością opowiadały, że ich koleżanki cierpią w południowokoreańskiej niewoli.

Sytuacja komplikuje się tym bardziej, ponieważ Pjongjang twierdzi,  że panie prowadzą strajk głodowy. Jedna z nich, Seo Kyung-ah miała z tego powodu nawet umrzeć. Wątpliwości mają nawet dziennikarze z Seulu, którzy bezskutecznie domagają się od rządu możliwości spotkania z grupą z restauracji.

W tej samej sprawie i z identycznym skutkiem monitują prawnicy ze stowarzyszenia Minbyun (Prawnicy na rzecz Demokratycznego Społeczeństwa). Ich prośby odrzuca Ministerstwo Zjednoczenia, MSZ oraz krajowa agencja bezpieczeństwa (National Intelligence Service). Ta ostatnia od dekad nie cieszy się zaufaniem, ponieważ po serii wpadek mniejszego i większego kalibru oraz oskarżeń o stronniczość i korupcję południowokoreańskie CIA traktowane jest z przymrużeniem oka.

Prawnicy z Minbyun zorganizowali w poniedziałek konferencję prasową bezpośrednio przed siedzibą centrum dla uciekinierów. Według procedury, pierwsze tygodnie w zależności od indywidualnych przypadków obywatele Północy spędzają w specjalnym ośrodku. Mają mieć tam spokój i czas na aklimatyzację do nowych warunków. Takie wyciszenie ma rzekomo być bardzo potrzebne 12 paniom z Ningbo.

5 kwietnia grupa pod kierownictwem swojego kierownika opuściła Chiny. Po dwóch dniach drogi i dwóch przesiadkach w Malezji i Tajlandii wszyscy dotarli do Korei Południowej. Zgodnie z prawem NIS może trzymać ich w odosobnieniu nawet do 180 dni. Ta ucieczka wywołuje wątpliwości, ponieważ Seul niezgodnie z dotychczasowymi zwyczajami poinformował o niej przed zakończeniem procedury adaptacji. Dziwnym zbiegiem okoliczności wydaje się także to, że wolność dla całej trzynastki ogłoszono na chwilę przed parlamentarnymi wyborami.

Analitycy twierdzą, że to może być działanie podsycające wewnętrzny konflikt, tzw. nam-nam galdong (na linii Południe - Południe). Trudno uwierzyć, że główną rolę mógł odegrać w akcji ktokolwiek inny poza kierownikiem restauracji, ponieważ z reguły to do niego należy kontrolowanie paszportów wszystkich pracowników. Być może same pracownice chciały tylko przenieść się do lepszego miejsca, w tym przypadku do Malezji. W końcu ucieczka czy jakikolwiek pobyt na Południu w oczach Kim Dzong Una grozi śmiercią. Z jednej strony uciekinierom z Północy należy pomagać ze wszystkich sił, z drugiej popełnianie błędów przy organizowaniu ucieczek nawet z pomocą tajnych służb Seulu to znakomita okazja dla Pjongjangu na dodatkową propagandę pełną jadu.

Źródło: rp.pl
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA