fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Unia Europejska

Bruksela o praworządności w Polsce

Pixabay
W sporze z polskim rządem Komisja Europejska ma poparcie większości państw Wspólnoty. Trochę bronią nas Węgry.

Korespondencja z Brukseli

Klub przyjaciół praworządności liczy 16–17 krajów – mówił „Rzeczpospolitej" jeszcze kilka tygodni temu wysoki rangą dyplomata jednego z państw UE. To bardzo precyzyjne wyliczenia, bo we wtorkowej debacie ministrów w Brukseli na temat Polski po stronie Komisji Europejskiej stanęło zdecydowanie 17 krajów. Kilka kolejnych było neutralnych, a nieco broniły nas Węgry. Pozostałych pięć nie zabrało głosu.

Dla polskiego rządu, który najpierw nie chciał w ogóle punktu o praworządności na posiedzeniu rady ministrów UE, a następnie miał nadzieję, że nie będzie przy tej okazji żadnych wypowiedzi państw członkowskich, to dyplomatyczna porażka. Uczestnicy spotkania nie mieli wątpliwości, że sytuacja jest wyjątkowa. – Po raz pierwszy Frans Timmermans użył w kontekście Polski sformułowania „kryzys praworządności" – relacjonował nieoficjalnie świadek spotkania. Mówił nie tylko o Trybunale Konstytucyjnym, ale także o reformie Krajowej Rady Sądownictwa.

Po raz pierwszy też ministrowie zajęli się łamaniem praworządności w konkretnym kraju. To precedens. Bo o ile Komisja Europejska systematycznie, choćby przez postępowania o naruszenie unijnego prawa, krytykuje poszczególne państwa członkowskie, o tyle już one same nie oskarżają się nawzajem. Tym razem znakomita ich większość zdecydowała się poprzeć Komisję w sporze z Polską. Po pierwsze, uznała, że praworządność jest wartością, o którą musi dbać cała Unia. Po drugie, wskazała na Komisję jaką tą uprawnioną do prowadzenia procedury. Choć Polska niejednokrotnie podkreślała, że KE wychodzi poza swoje ustawowe kompetencje. Wreszcie państwa gremialnie wezwały Polskę do dialogu z Brukselą. Obecny na spotkaniu minister Konrad Szymański uznał to za dowód życzliwej atmosfery. Ale prawda jest inna. Polska od kilku miesięcy tego dialogu nie prowadzi, więc apel ministrów nie jest neutralny, jest wołaniem wprost do Warszawy.

Najmocniej w debacie wybrzmiały głosy Belgii, Francji, Niemiec, Holandii, Włoch i Szwecji. Nowością w tym gronie jest Francja, która za czasów prezydenta Hollande'a zachowywała w tej sprawie wstrzemięźliwość. Tym razem ambasador francuski (nowego ministra ds. europejskich jeszcze w tym momencie nie było) jako jedyny powiedział, że trzeba się zastanowić, co dalej. Nie użył słowa „sankcje", ale wyraźnie wskazał, że musi być jakiś następny krok w sytuacji, gdy Polska nie wypełni rekomendacji Komisji.

Debata nie wskazuje na entuzjazm dla uruchamiania wobec Polski sankcji wynikających z artykułu 7 unijnego traktatu i polegających przede wszystkim na zawieszeniu prawa głosu. Atmosfera wokół Polski jest naprawdę zła. Frans Timmermans wreszcie uzyskał bezpośrednie poparcie od większości państw Wspólnoty. Z naszych nieoficjalnych informacji wynika, że liczy w szczególności na nowego prezydenta Francji Emmanuela Macrona. Wiceprzewodniczący KE wie, że Niemcy nie mogą być czołowym krytykiem Polski, i już od dawna skarżył się na bierność Francji. Przybycie Macrona to zmieni, bo w kampanii wyborczej kandydat wyraźnie mówił o konieczności tworzenia presji na kraje łamiące praworządność, a nawet wprowadzenia sankcji. Timmermans ma nadzieję, że Macron, a może również zachęceni jego postawą przywódcy innych państw UE, będą pielgrzymować do Warszawy i namawiać Jarosława Kaczyńskiego do zmiany stanowiska. Sam wiceprzewodniczący KE nie popiera coraz częściej podnoszonego w KE pomysłu powiązania polityki spójności w przyszłości z warunkiem przestrzegania praworządności. – Nie było o tym mowy – powiedział „Rzeczpospolitej" po spotkaniu ministrów.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA