fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Teatr

Suknia z trenem kryje nieszczęście

Danuta Stenka stworzyła jedną z największych kreacji ostatnich lat. Chciałoby się ja porównać do Tadeusza Łomnickiego. Ale jej rola jest bardzo kobieca
Teatr Narodowy
„Sonata jesienna" z kreacją Danuty Stenki to niebanalny głos na temat kobiet w teatrze, który zalała fala feministycznych spektakli.

Nawet jeśli były w nadmiarze i stały się modą, wobec decyzji Trybunału Konstytucyjnego należy je dziś uznać za przejaw kobiecej intuicji. Jednocześnie spektakl Grzegorza Wiśniewskiego oparty na scenariuszu Ingmara Bergmana wyłamuje się z feministycznego chóru.

Wybitny szwedzki reżyser nakręcił w 1978 r. film o znakomitej pianistce Charlotcie (Ingrid Bergman), która po śmierci przyjaciela przyjeżdża do domu córki Ewy (Liv Ullmann) i jej męża pastora Wiktora porządkować życie.

Grzegorz Wiśniewski zdecydował się na psychodramę w kameralnej i surowej scenografii. Mirek Kaczmarek zbudował ze sklejki labirynt, który rozszerza się niczym tuba ku widowni, jakby skrywane w rodzinnym domu emocje znalazły ujście i nareszcie mogły być wypowiedziane. A wręcz wykrzyczane.

Charlotta Danuty Stenki pojawia się w domu pastora w spektakularnych kreacjach z filmów Almodóvara: w piórach i w sukni Diora z wielometrowym trenem. Reżyser szybko jednak rozbraja kobiecy pancerz: suknie, fryzury, makijaże, sztuczne rzęsy. Do kolacji Charlotta zasiada w halce, a rodzinne „pranie brudów" w wysokiej temperaturze emocji wciska w fotel perfekcyjnie wyreżyserowanymi monologami i dialogami. Stence z empatią partneruje Zuzanna Saporznikow (Ewa), a Jan Englert nie ściga się z aktorkami, tylko daje popis powściągliwości, godny protestanckiego pastora.

Spektakl jest wyjątkowy również dlatego, że w czasach, gdy kobiety pokazywane są jako ofiary mężczyzn, którzy traumatyzują rodziny i nie radzą sobie z niedojrzałością – podejmuje daleką od politycznej poprawności kwestię kobiecego egoizmu. W tym przypadku matki, która zmusiła 18-letnią córkę do aborcji. To kobieca wersja króla Leara. Nieposkromione ego zatruwa życie dzieci i rodziny.

Każda scena w wykonaniu Stenki to majstersztyk, ale najwięcej mówi o jej postaci sekwencja kolacji. Charlotta stara się zdusić ukrytego w niej potwora, łagodzić napięcia. Komplementuje ledwie poprawną grę córki na pianinie. Próbuje grać dobrą matkę. Fałszywie, z przesadą. Skutek jest taki, że wybucha gejzerem złych emocji i erupcją uwag, jak trzeba interpretować każdą nutę. Nie panując nad sobą, wbija paznokcie w wyimaginowane klawisze, demoluje nakrycie stołu i daje koncert frustracji.

Analiza tego, jak Charlotta stawała się drapieżnikiem, też jest frapująca. Musiała taka być, gdy marzyła o statusie gwiazdy w męskim środowisku. A i wtedy zaprzyjaźniony dyrygent pytał: dlaczego nie zajmiesz się rodziną? Grzegorz Wiśniewski pokazuje piekło ambitnej kobiety i jej rozdarcia, bo chcąc spełniać zawodowe marzenia, nie dawała sobie rady w życiu prywatnym. A jest też ofiarą rodziców, którzy nigdy nie okazali jej ciepła.

Dlatego udając kobietę sukcesu, w samotności Charlotta dosłownie rozpada się na kawałki. Nie ma czego zbierać z podłogi. Starają się pomóc jej stanąć na nogi córka i mąż pastor. Sami muszą dać sobie radę z problemem utraty dziecka, a zaopiekowali się też psychicznie chorą siostrą Ewy. Jednak nie moralizują, nie zakazują, nie nakazują. Nie zmuszają do miłości, tylko sami dają jej przykład.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA