fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sztuka

Wystawa w Rzymie: Strach się bawić

Malarstwo dywanowe Michaela Lina.
Chiostro
Tytuł tej wystawy w Rzymie zachęca widzów do doświadczania przyjemności, ale jednocześnie ekspozycja ostrzega, że w każdej rozrywce czai się zagrożenie. Przerażać mogą zarówno spojrzenia, jak i gigantyczna skala przedmiotów.

"Enjoy. Art meets Amusement" – taki tytuł nadano wystawie w rzymskim Chiostro del Bramante. To kontynuacja ubiegłorocznej, entuzjastycznie przyjętej prezentacji „Love. Art meets Love" (pisałam o niej w „Rzeczpospolitej" 10 stycznia 2017 r.). Teraz też jest międzynarodowo i zaskakująco – jeśli chodzi o dobór autorów. Są nieżyjący już gwiazdorzy sztuki XX wieku, jak Calder czy Tinguely, oraz młodsi, ze światowej czołówki, jak Oursler, Wurm, Collishaw, Creed.

Tytuł pokazu zachęca do doświadczania przyjemności, lecz kryje on także pewną niespodziankę. Od epokowej rozprawy Johana Huizingi „Homo Ludens" wiadomo bowiem, że w zabawie jest element kreatywności, w procesie twórczym zaś kryje się uniesienie, które może wynieść zarówno autora, jak widza poza rewiry rzeczywistości.

Przejście wśród lotosów

Od wejścia na wewnętrzny dziedziniec – przestrzeń o idealnych proporcjach, otoczoną podcieniami i arkadami – ma się wrażenie obcowania z czymś nierealnym, bo to absolutne piękno. Z ładem renesansowej architektury kontrastuje malowidło „dywanowe", stworzone specjalnie na wystawę przez Michaela Lina, urodzonego w Japonii tajwańsko-belgijskiego artystę, specjalizującego się w wielkoskalowych realizacjach w przestrzeni publicznej.

Sale wewnątrz zabytku też zatraciły realność za sprawą trawiasto zielonych wykładzin. Miałam wrażenie stąpania po murawie w pomieszczeniu, w którym pod sufitem – jak latawiec – drgał i kręcił się „Red Mobile" (1961) Alexandra Caldera.

Amerykański marzyciel, jeden z najważniejszych twórców rzeźby kinetycznej ma godnego siebie sąsiada: młodszego o prawie sześć dekad Brytyjczyka Mata Collishawa. Tenże pozwala nam się unieść (wyobraźnią) na kwietnej karuzeli, wirującej w ciemności w oszalałym tempie. Jednak w tym ruchomym kwietniku kryje się jakaś złowroga siła przyciągania. Z kielichów zdają się błyskawicznie wyrastać płatki i pręciki, które jak tropikalna roślinność mogą wchłonąć ogłupiałe ich pięknem owady.

Ruch jest wszystkim

Kolejna sława sztuki kinetycznej to Jean Tinguley, Szwajcar przez niemal całe życie związany z Paryżem, zmarły 26 lat temu, znany z konstruowania machin wykonujących niczemu niesłużące ruchy. W Chiostro pokazano pięć urządzeń, w tym „Bing bing", „Futrzanego Balubę" czy „Viva la Librté", wszystkie z lat 60. XX wieku, wszystkie wyglądające jak dzieła szalonego inżyniera. Uruchomione, hałasują i śmieszą absurdalnymi konwulsyjnymi drgawkami.

Jednak w podrygujących lisich skórkach, umocowanych na stelażu z drutów i pordzewiałego żelastwa (to „Baluba"), można doszukać się metafory. Bo czyż całe nasze życie nie jest równie komicznym podrywaniem się do akcji, z której niewiele wynika? Ale przecież „cel jest niczym, ruch jest wszystkim" – żeby zacytować jedną z „prawd" (której autorem jest Eduard Bernstein). Pasuje do machin Tinguely'ego.

Chyba każdy z nas, kupując nowy ciuch, znalazł się w przymierzalni. Widzi się wówczas siebie zwielokrotnionego lustrami, z różnych stron, co niekiedy wprawia w konfuzję. Argentyńczyk Leandro Erlich (ur. 1973) zmasował ten efekt: zbudował labirynt kabin, w których dwie ściany zasłaniają lustra, trzecia zaś jest pustą ramą, przez którą przechodzi się do następnej przymierzalni. I znów do kolejnej, i dalej... Aż traci się świadomość przestrzeni i własnego ciała, jednocześnie rozmnożonego zwierciadlanymi odbiciami i zagubionego w spiętrzonej iluzji.

Dalsze przeżycia na wystawie też nie tyle bawią, co straszą. Oto wchodzi się w między... spojrzenia. Z bezkresnej czerni wyłaniają się gigantyczne oczy. Łypią, mrugają, koncentrują się na coraz to innym punkcie. Niby ludzkie, lecz w ponadludzkiej skali. Wobec ich wielkości i wszechobecności widz czuje się bez szans na ucieczkę. Co gorsza, nie sposób domyślić się, jak te gigantyczne gały nas postrzegają. Gdy uda się wydostać z inwigilacyjnego pola i wejdzie się na wąskie schody, zza pleców dobiega histeryczny, przejmujący dreszczem śmiech. Hiena z offu...

Igraszki ze skalą

Artystów od dawna intrygowało „twórcze" zaburzanie percepcji, różnymi metodami, od środków halucynogennych po alkohol. W przeciwieństwie do Witkacego Austriak Erwin Wurm nie ryzykuje tworzenia w stanie wskazującym, lecz prowokuje do tego odbiorcę. Prezentuje „Meble dla pijaków". Samotnych, dodajmy. Oto dwa obiekty będące czymś pośrednim między fotelem, stołem i barkiem. Konsument może zasiąść przy blacie zastawionym baterią butelek i sobą dopełnić kompozycję.

Inny sposób na przekroczenie granicy realiów to zmiana skali. Chwyt rozpracowany od czasów „Podróży Guliwera", stosowany przez popartystów, zwłaszcza Claesa Oldenburga. Do niego nawiązuje Belg Hans Op de Beeck, serwując gościom galerii gargantuiczne kawałki tortu z wetkniętymi świeczkami. Niejadalne i budzące obrzydzenie smakołyki pozostałe „Po przyjęciu".

Trasę tych niekoniecznie rozrywkowych zabaw zamyka na pozór relaksowa praca „Czerwone balony" angielskiego artysty i muzyka Martina Creeda. Mały pokój wypełnia masa baloników, które – o dziwo! – nie unoszą się pod sufitem, lecz pełzają po podłodze. Można między nie wejść, co wcale nie jest miłym doświadczeniem, jako że balony, choć lekkie, są „nachalne", wchłaniają, tłamszą widza.

Bo w każdej zabawie przyczajone jest niewidoczne zagrożenie.

„Enjoy. Art meets Amusement" – Chiostro del Bramante, Rzym, wystawa czynna do 25 lutego 2018

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA