fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Społeczeństwo

Jak Kreml z internetem wojuje

Creative Commons CC0 1.0 Universal Public Domain Dedication
Trzeci miesiąc urzędnicy bezskutecznie próbują zablokować popularny komunikator Telegram, który odmówił władzom dostępu do korespondencji swoich klientów.

– Blokada? U mnie działa – dziwił się zdymisjonowany miesiąc temu rosyjski wicepremier Aleksander Dworkowicz.

Mimo trwającej od 13 kwietnia nagonki władz większość rosyjskich polityków ma swoje konta w Telegramie, uważając, że tylko on zapewnia bezpieczeństwo ich korespondencji. Niemożność złamania przez FSB szyfrów komunikatora stała się właśnie przyczyną ataku na niego. Jego właściciel, miliarder Paweł Durow – zmuszony do emigracji z Rosji w 2014 roku – kategorycznie odmawia współpracy z władzami, twierdząc, że najważniejsza jest prywatność użytkowników Telegramu.

Wesołość w całej Rosji wywołał były doradca prezydenta Putina ds. rozwoju internetu German Klimienko. W zeszłą środę został zdymisjonowany ze stanowiska, a w piątek założył własne konto w Telegramie. Jako doradca Putina odpowiedzialny był m.in. za zwalczanie komunikatora, namawiał przy tym do przenoszenia się do konkurencyjnego mesengera ICQ, grzecznie współpracującego z FSB.

– To bardzo szykowny produkt – powiedział teraz o Telegramie, tłumacząc, dlaczego założył tam konto. Rok temu zaś mówił: – Telegram zostanie poproszony o klucze szyfrujące korespondencję w Ameryce i we Francji. Jeśli odmówi, to go zamkną.

Komunikator ma światowy zasięg, Rosja stanowi jedynie ok. 15 proc. jego rynku.

Ponaddwumiesięczna walka z Telegramem w ojczystym kraju jego twórców na razie doprowadziła do wzrostu liczby rosyjskich użytkowników o ok. 1/3. Wszyscy mogą powtórzyć za byłym wicepremierem: – U nas działa. Ale „dywanowe blokady" tzw. adresów IP prowadzone przez Roskomnadzor sprawiły ogromne kłopoty rosyjskiej gospodarce. Od początku urzędowej walki z Telegramem dostęp do internetu straciło bardzo dużo firm. Nikt dokładnie nie wie ile, gdyż ich właściciele w większości boją się przyznawać do kłopotów. Telegram został oskarżony o „wspieranie terroryzmu", zablokowani podejrzewają więc, że i ich rozpędzona, kremlowska machina urzędowa może posłać do sądu pod takim samym zarzutem. – To nie jest zabawa w chowanego – przestrzegł wszystkich rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow.

Wiadomo tylko, że problemy z dostępem do swoich zasobów internetowych miały międzynarodowe koncerny, m.in. Google, Amazon, Digital Ocean, Facebook, Gmail, a nawet Burger King, oraz rosyjscy giganci: sieć społecznościowa „Vkontaktie" (którą w 2006 roku założył Paweł Durow, ale osiem lat później musiał oddać swoją własność pod naciskiem FSB) i wyszukiwarka Yandex. Sam Roskomnadzor (państwowy organ kontrolujący m.in. media i internet, który próbuje zablokować Telegram) przyznał po dwóch tygodniach blokady, że zwróciło się do niego kilkadziesiąt tysięcy biznesmenów, ale rozpatrzył tylko 400 skarg, pozostałe uznając za spam.

Dlatego dopiero w trzecim miesiącu walki Kremla z wirtualną rzeczywistością pojawili się pierwsi, którzy podali do sądu Roskomnadzor za przysporzenie im strat swoimi działaniami.

– Najważniejszy cel naszego pozwu to wcale nie pieniądze, ale zwrócenie publicznej uwagi na problemy biznesu – powiedział dziennikarzom petersburski przedsiębiorca Aleksander Wichariew, jedna z przypadkowych ofiar wojny w internecie.

– Przynajmniej będzie wesoło, gdy Roskomnadzor w sądzie będzie musiał uznawać bezprawność swoich działań – śmiał się z kolei właściciel serwisu proxy Władisław Zdolnikow. Jego firma została zablokowana z powołaniem się na decyzję prokuratury generalnej z 2015 r., gdy tymczasem powstała w roku 2017. – Nie żywię iluzji – powiedział jednak Zdolnikow o wyniku procesu. ©?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA