fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Społeczeństwo

Czy wyższe wykształcenie i dyplom magistra są już zbędne?

Reporter, Maksymilian Rigamonti
Od siedmiu lat liczba studentów w Polsce znacząco spada. Czy dyplom uczelni wyższej przestaje być wyznacznikiem przynależności do klasy średniej? A może w ogóle stracił na wartości tak bardzo, że nie opłaca się go mieć?

Podczas rozmowy rekrutacyjnej ważniejsza jest dla mnie osobowość kandydata, to, czym zajmował się wcześniej, dlaczego chce robić akurat to, co przewiduje oferowane stanowisko. A to, czy skończył studia i na jakiej uczelni, jest sprawą drugorzędną. Wykształcenie wyższe na dzisiejszym rynku pracy nie jest żadnym gwarantem otrzymania lepszego stanowiska czy płacy – mówi Sandra Ledzion, HR specialist w firmie Foszer Sawicki. Rocznie na jej biurko trafia ponad dwieście CV.

Kiedy rozmawiamy o wymaganiach, jakie powinien spełniać kandydat aplikujący o pracę, do matury z języka polskiego został tydzień. Tradycyjnie zaraz po majówce (w tym roku w piątek, 4 maja) maturzyści siadają do pisania arkuszy, które mają stać się dla nich przepustką na wymarzone studia. Uczelnie wyższe nie spodziewają się rewolucji: dziewiętnastolatki będą masowo aplikować na takie kierunki jak prawo, ekonomia, zarządzanie czy filologia angielska. Pod względem popularności ustępują one jedynie kierunkom medycznym. Kto nie dostanie się na wybrany kierunek, będzie kombinować gdzie indziej lub spróbuje swoich sił ponownie w przyszłym roku. Patrząc na statystyki, łatwo dostrzec, że wiara w to, że dzięki ukończeniu dobrego kierunku studiów rynek pracy stanie otworem, słabnie. Według danych GUS najwięcej studentów w Polsce, prawie 2 miliony, mieliśmy w 2005 roku. Ta liczba stopniowo topnieje, najpierw o kilkanaście tysięcy rocznie, by od 2011 roku maleć nawet o 100 tysięcy. W zeszłym roku studentów było trochę ponad 1,3 mln.

Bańka edukacyjna pęka

Odpowiedzi na to, dlaczego jeszcze do niedawna rosnąca jak na drożdżach bańka edukacyjna wyhamowała, jest przynajmniej kilka. Najważniejszy powód to zmiana demograficzna. Roczniki wyżu lat 80. już dawno wyszły poza tradycyjny wiek studencki, a kolejne nie były już tak liczne. Zarówno Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, jak i rektorzy szkół mogliby bezradnie rozłożyć ręce, gdyby nie fakt, że maleje także współczynnik skolaryzacji, a więc stosunek osób uczących się do całkowitej populacji w danym wieku. Oznacza to, że studia przestały być atrakcyjne. Dwudziestolatki najwyraźniej uznały, że mogą w tym czasie robić coś, co uważają za bardziej przydatne, a co gorsza, mogą mieć rację.

Po roku 1989 r. Zachód należało dogonić we wszystkim. Nie inaczej było ze studiami wyższymi, możliwości polskich uniwersytetów należało zwiększyć pod każdym względem. W 1990 roku studiowało w Polsce 390 tysięcy osób, łatwo policzyć, że do 2005 roku liczba ta wzrosła pięciokrotnie. Ba, żeby sprostać nowym potrzebom, między 1990 a 2011 rokiem powstały 42 nowe uczelnie publiczne i 322 prywatne. Zmiany przebiegały pod hasłem decentralizacji, demokratyzacji i utylitaryzacji szkolnictwa wyższego.

Zmieniła się więc także doktryna. Nowa zakładała, że państwo płaci tej uczelni, która pozyska studenta. Właściciele dyplomów maturalnych, niezależnie od swojej wiedzy, umiejętności i chęci dalszej nauki, stali się produktem deficytowym, o który uniwersytety miały walczyć. Masowo obniżono więc wymagania i rezygnowano z egzaminów wstępnych na studia. Tym samym zmienił się środek ciężkości w negocjacjach pomiędzy uniwersytetem a studentem. Dawniej siłę przetargową posiadał uniwersytet, za którym stała tradycja i moc wydania dyplomu, po zmianie paradygmatu – student, który przynosił doń pieniądze.

Doszło do paradoksalnej sytuacji, w której polska edukacja zbliżyła się modelem do teoretycznie odległej edukacji amerykańskiej. W polskim modelu płacącego czesne rodzica zastąpiło ministerstwo, stając się kimś w rodzaju dalekiego krewnego, który łoży na kolejne edukacyjne projekty, nie wiedząc, że to już trzeci kierunek, drugi urlop dziekański i generalnie nic nie zwiastuje szybkiego zdobycia dyplomu.

Dewaluacja dyplomów

Ofiarą urynkowienia wyższej edukacji na przestrzeni lat padło sporo istniejących kierunków, które ze studenckiej perspektywy wydawały się nieatrakcyjne. Ale z ograniczeniami systemu nie zawsze radzą sobie też nowe przedsięwzięcia. Tak stało się np. z religioznawstwem w Łodzi. Nowy, autorski kierunek miał ostatnio kłopoty z uruchomieniem, bo chociaż chętni do studiowania trafiali się co roku, było ich zbyt mało, by przy obecnych przelicznikach wydział prowadzący studia do nich nie dopłacał. Tym bardziej jest to dojmujące, że kadry do prowadzenia zajęć są. Sytuacja nie ma szans ulec poprawie, dopóki na wszystkie rodzaje i kierunki studiów patrzy się tak samo i nie zakłada różnic między kształceniem wąskich grup wyspecjalizowanych ekspertów (także w humanistyce) i większej liczby specjalistów w najpopularniejszych profesjach.

Efekty urynkowienia polskiej edukacji widać, gdy patrzy się na lokaty, które polskie uczelnie zajmują w tzw. rankingu szanghajskim (ARWU), czyli liście 500 najlepszych uczelni na świecie. Jedyne notowane na liście polskie szkoły wyższe to Uniwersytet Warszawski i Uniwersytet Jagielloński, zajmują poczesne miejsca w czwartej i piątej setce zestawienia. Oczywiście ranking bierze pod uwagę wiele mało miarodajnych czynników, jak na przykład liczba zdobytych przez absolwentów uczelni Nagród Nobla, co zdecydowanie premiuje uczelnie techniczne, albo liczbę anglojęzycznych publikacji w prestiżowych czasopismach. Mimo pewnych mankamentów ranking wciąż jest uznawany za najbardziej obiektywny sposób porównywania jakości uczelni na świecie.

Nowo powstałe szkoły musiały odpowiedzieć na potrzeby rynku, a ten jasno dawał do zrozumienia, że nie potrzebuje więcej absolwentów nobliwych kierunków ze średniowiecznym rodowodem. W drugiej połowie lat 90. rekordy popularności biły studia z marketingu i do dziś popularnego zarządzania, najczęściej w wariancie łączonym. Szkoły prywatne były w stanie stworzyć „lepszą" ofertę nie tylko ze względu na niższe wymagania, ale także szybko podejmowaną współpracę z instytucjami, fundacjami i firmami. Wszystko to tworzyło nimb profesjonalizmu, któremu ulegali chcący wybić się na rynku pracy przyszli absolwenci.

Efekt? Według danych GUS 44 proc. wszystkich kończących szkoły wyższe w Polsce to absolwenci kierunków z grupy „nauki społeczne, biznes i prawo". Ze względu na tę zatrważającą statystykę dyplomy, które jeszcze do niedawna miały wartość, uległy dewaluacji. Co więcej, dotknęło to też absolwentów kierunków, które wydawały się zupełnie bezpieczne, na przykład prawników.

Te 44 proc. aspiruje do klasy średniej, a być może już ją tworzy. Polski boom edukacyjny i urynkowienie szkolnictwa wyższego nałożyły się na lawinowo rosnące aspiracje Polaków. Ich wyznacznikami stały się wysokie zarobki, własny samochód, mieszkanie kupione na kredyt na grodzonym osiedlu lub dom za miastem. Słowem, obrazek rodem z serialu produkcji TVN, takiego jak „Magda M.", przedstawiającego losy młodej, rzutkiej prawniczki. Serialowa bohaterka pracuje hobbystycznie, bo na pierwszym planie w jej życiu zawsze są rozterki sercowe, fitness albo inny sposób na spędzenie wolnego. Nie sposób nie ulec wrażeniu, że według serialowej logiki to właśnie dyplom prestiżowej wyższej uczelni sprawił, że M. może żyć w ten sposób. W kraju, w którym mediana zarobków absolwentów najlepszego w Polsce Uniwersytetu Warszawskiego wynosi 5500 zł brutto, wydaje się to mocno zastanawiające.

Do podobnych wniosków doszedł w swoim „Neoautorytaryzmie" socjolog Maciej Gdula. Nałożył on strukturę wykształcenia w Polsce na wyniki wyborów. I okazało się, że wyborcze starcie między „Polską solidarną" a „Polską liberalną" to także starcie klasy ludowej z klasą średnią czy – mówiąc jeszcze inaczej – tych, którzy nie skończyli studiów, z tymi, którzy w szufladach mają pochowane swoje dyplomy. Znamienny wydaje się fakt, że nowy serial mający wypełnić lukę po „Magdzie M." – „Prawo Agaty", zaczyna się zawsze od piosenki Amy McDonald „This is the life" – „To właśnie jest życie". Piosenkarka powtarza w refrenach, „Where you gonna go? Where you gonna sleep tonight?", co może być pochwałą życia wiecznej imprezowiczki, ale równie dobrze może oznaczać ostateczne bankructwo – zarówno dosłowne, jak i symboliczne.

Czy wraz z upadkiem znaczenia dyplomu upadł cały styl życia suflowany przez rodzime i zagraniczne seriale? Logika późnego kapitalizmu podpowiadałaby, że nie. Ten będzie wytwarzać nakaz dołączenia do grupy „homo ludens" niezależnie od stanu portfela. Z kolei w obliczu zastąpienia własnej pracy przez komputer, stu czterdziestu kolegów z roku albo outsourcing z Indii zdrowy rozsądek podpowiadałby przebranżowienie. Rodzi się pytanie, czy istnieją branże niezagrożone dewaluacją w erze, w której cały świat mieści się na ekranie telefonu komórkowego?

Edukacja limitowana

Z lektury raportu „Education at Glance 2017" porównującego poziom edukacji w państwach grupy OECD wynika, że mimo powyższego pesymizmu absolwenci szkół wyższych wciąż zarabiają więcej niż ci, którzy ich nie pokończyli. Jednak nie wszędzie jest to regułą. Z raportu jasno wynika, że im większe nierówności w całym społeczeństwie, tym więcej zarabiają absolwenci szkół wyższych. Dyplom magistra warto więc mieć w Ameryce Południowej, ale niekoniecznie w krajach skandynawskich. Wynika to z braku regulacji rynku pracy i wspomnianego już przenoszenia produkcji do krajów rozwijających się.

Gwałtownie pęczniejącą bańkę edukacyjną można dziś zaobserwować w Chinach. W 1996 roku współczynnik skolaryzacji wynosił tam 10 proc., dzisiaj studiuje już jedna czwarta Chińczyków w wieku studenckim. Państwo chińskie jest na tym etapie rozwoju, że posiadacze dyplomu szybko zdobywają przewagę nad tymi, którzy go nie zrobili. Tym samym rosną też związane z posiadaniem magisterki aspiracje i duma z dokonanego awansu klasowego. Zupełnie jak jeszcze niedawno w Polsce, tyle że napęcznienie i finalnie pęknięcie bańki edukacyjnej w Chinach będzie miało znaczenie globalne. Dziesiątki milionów młodych Chińczyków, marzących o American way of life, będzie rozczarowanych. Świat nie ma bowiem zasobów, żeby sprostać ich ambicjom, a ich przyszłą pracę taniej wykonają choćby mieszkańcy centralnej Afryki.

Obserwując pęcznienie baniek edukacyjnych, można dojść do wniosku, że podlegają one tym samym prawom co zasoby naturalne. W ich wypadku dzwonkiem alarmowym był opublikowany w 1972 roku raport Klubu Rzymskiego „Granice wzrostu". Raport dochodził do prostej konstatacji, że jeśli zapotrzebowanie na surowce naturalne rośnie na Ziemi wykładniczo, to wkrótce ich zabraknie. Idealnym poziomem wzrostu był mniej więcej ten z 1975 roku. Innymi słowy, jeśli nie chcemy uruchomić światowej (w kolejce po wyższe wykształcenie stoją też Indie czy Indonezja) lawiny frustracji, powinniśmy ustawić sztywny, roczny limit wydawania dyplomów magisterskich dla całego świata. Co oczywiście, z braku instytucji, które mogłyby podjąć decyzje o tej skali, jest niemożliwe.

Skoro już wiemy, że polskie uczelnie znalazły się na zakręcie, a światowy rynek pracy wkrótce zaleją milionowe fale magistrów z dalekiej Azji, to należałoby się zastanowić, jak można z niego wyjść. Odpowiedzi szukali autorzy konstytucji dla nauki, flagowego projektu realizowanego przez ministra Jarosława Gowina. Po zakrojonych na szeroką skalę, trwających kilkanaście miesięcy konsultacjach wicepremier przedstawił projekt, który zakłada m.in. wzmocnienie pozycji rektora, stworzenie rady uczelni, którą stanowić miałby środowisko spoza uniwersytetu czy wprowadzenie tzw. blokowych dotacji, które miałaby otrzymywać cała uczelnia, a nie poszczególne wydziały. Propozycje wzbudziły sporo kontrowersji, reformie zarzucano, że dąży do większego urynkowienia uczelni, zablokuje możliwość rozwoju małych ośrodków, a co najgorsze, stanowi zamach na autonomię uniwersytetu. Zresztą do dziś kierownictwo Prawa i Sprawiedliwości nie wyraziło politycznej woli do wprowadzenia przygotowanej już reformy.

Spór jest więc zagmatwany i laikowi trudno z niego zrozumieć, co naprawdę miałoby się zmienić w życiu szeregowego studenta. Założenie, że bliżej niesprecyzowana „rada uczelni", której trzon stanowić będą biznesmeni lub politycy, zawalczy o jego interesy lepiej niż dotychczasowa kadra, wydaje się mocno wątpliwe.

Znalezienie analiz, z których można wyczytać, jakie zawody staną się najbardziej poszukiwane za pięć czy dziesięć lat, nie stanowi problemu dla nikogo, kto jest podłączony do internetu. Dlaczego jednak zakładać, że pięć lat spędzonych na uniwersytecie przygotuje lepiej do zawodu informatyka, serwisanta sprzętu medycznego czy analityka giełdowego niż praca w zawodzie?

Powrót humanistów

Nie jest tajemnicą, że premier Mateusz Morawiecki z wykształcenia jest historykiem. Dopiero po ukończeniu studiów humanistycznych w 1992 roku przyszły polityk zaczął robić dyplom MBA (studia podyplomowe z zarządzania), równocześnie pracował jako menedżer odpowiedzialny za konsulting i finanse, a w 1995 odbył staż w Niemieckim Banku Federalnym. Czytając o karierze premiera Morawieckiego, można by pomyśleć, że premier trafił w dobry moment na bycie zdecydowanym i żądnym wiedzy dwudziestokilkulatkiem. Byłaby to prawdą wyłącznie częściowo. Premier rozmyślnie lub przypadkowo stawiał zarówno na zdobywanie dyplomów, jak i na pracę w zawodzie. Tym samym stał się uczestnikiem edukacji dualnej.

Można postawić hipotezę, że umiejętności zdobyte na studiach humanistycznych przydały mu się, kiedy zdobywał unikalne wówczas na polskim rynku pracy doświadczenie w świecie finansów, a to z kolei otworzyło mu drogę do dyrektorskich apanaży. Nie jest to odosobniony przypadek. W 2014 roku banki takie jak J.P. Morgan czy Royal Bank of Scotland ogłosiły nabór, w którym poszukiwały absolwentów kierunków humanistycznych. Dlaczego? Odpowiedzi dostarcza miliarder Mark Cuban, mówiąc w wywiadzie dla „Bloomberga": – Osobiście uważam, że w ciągu dziesięciu lat będzie większe zapotrzebowanie na absolwentów nauk humanistycznych. Większe niż na programistów czy nawet inżynierów, ponieważ kiedy otrzymasz analizę danych, będziesz potrzebował innej perspektywy, z której możesz na nie spojrzeć. Dlatego przyda ci się ktoś, kto ma szerzej otwarty umysł.

W przeciwieństwie do Wielkiej Brytanii czy klasowo podzielonych Stanów Zjednoczonych w Polsce możemy cieszyć się z bezpłatnej edukacji, co jest sukcesem naszej państwowości. Powinniśmy się jednak zastanowić, czy absolutnie każdy powinien kończyć studia, a jeśli tak, to jakie. Stawianie na mniejsze kierunki i specjalistyczne, wykwalifikowane, ergo uczenie osób potrafiących szybko i innowacyjnie myśleć zdaje się lepszym rozwiązaniem niż masowe produkowanie niewiele wartych dyplomów. Tym bardziej że ich posiadacze wchodzą na rynek pracy z pięcioletnim opóźnieniem w porównaniu z tymi, którzy zdecydowali się po maturze nie kontynuować edukacji.

Gdy przed 2012 r. Donald Tusk rozpętał kampanię antyhumanistyczną, mówiąc, że „lepiej być spawaczem niż politologiem", z pewnością miał na myśli wszystkie wymienione w tym tekście niedobory zarówno polskiej, jak i światowej edukacji. Ujął to jednak w sposób wyjątkowo niefortunny. Zarówno spawacz, jak i politolog będą w Polsce potrzebni, pod warunkiem że armia politologów i armia spawaczy nie będzie sobie wzajemnie odbierała pracy.

PLUS MINUS


Prenumerata sobotniego wydania „Rzeczpospolitej”:


prenumerata.rp.pl/plusminus


tel. 800 12 01 95

Źródło: Plus Minus
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA