fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Ochrona zdrowia

Dąbrowska: Sama zapowiedź zwiększenia wydatków na służbę zdrowia to za mało

Fotorzepa/Robert Gardziński
Minister zdrowia obiecał premier Szydło, że wycofa się z projektu wprowadzającego opłaty w szpitalach publicznych, ale jego słowa zadają kłam tej obietnicy.

Kilka dni temu „Rzeczpospolita" poinformowała o nowelizacji ustawy o działalności leczniczej. Zgodnie z tym projektem powstałaby możliwość korzystania z odpłatnych świadczeń w publicznych szpitalach. Jednak ta perspektywa – jak słychać nieoficjalnie w PiS – zdenerwowała premier Beatę Szydło. Po spotkaniu z szefową rządu minister Radziwiłł zmienił więc kurs. Na stronie internetowej resortu pojawiło się zapewnienie, że projekt „zostanie ponownie przeanalizowany", czyli: uprzejmie informujemy, że konsultacje projektu – do czasu zakończenia ponownej analizy w Ministerstwie Zdrowia – zostaną wstrzymane.

W języku oficjalnych obwieszczeń oznacza to, że pomysł powędrował właśnie do kosza.

Ale czy na pewno? Minister zdrowia, informując o efektach spotkania z panią premier, starał się jednocześnie bronić swoich koncepcji. – Pomysł zakłada wykorzystanie tzw. wolnych mocy przerobowych. Prywatna medycyna była, jest i będzie i chodzi o to, żeby można było to robić również z korzyścią dla tych pacjentów, którzy tego poszukują, ale jednocześnie nie zapominając o interesie publicznego szpitala, który w ten sposób może poprawić swoją kondycję finansową – mówił w Trójce Konstanty Radziwiłł.

Jak publiczna służba zdrowia ma działać „z korzyścią" dla tych pacjentów, którzy mogą płacić, „nie zapominając o interesie publicznego szpitala" i jednocześnie nie łamiąc twardych zapewnień o czystości modelu „publicznej służby zdrowia"? Tego minister nie wyjaśnił. Być może dlatego, że to problem z gatunku kwadratury koła...

Sprawa miała swój dalszy ciąg podczas posiedzenia Sejmu. Tam pomysłu bronił wiceminister zdrowia Marek Tombarkiewicz. Odpowiadając na pytania posłów, zapewniał, że nikt nie chce „wyciągać pieniędzy od pacjentów". A propozycja ministerstwa miała na celu „wyrównanie szans między prywatnymi a publicznymi placówkami". Wiceminister, sam do niedawna dyrektor szpitala powiatowego, przekonywał, że chodzi o to, by placówki i drogi sprzęt nie były zamykane po 15, tylko żeby zabiegi mogły odbywać się także później. – Dlaczego sale operacyjne mają stać puste? Dlaczego po południu i w weekendy nie świadczyć procedur? – pytał Tombarkiewicz. I w zasadzie trzeba mu przyznać rację. Ten stan rzeczy jest absurdalny.

Ale dzieje się tak dlatego, że lekarze kończący pracę między 14 a 15 pędzą do prywatnych klinik, by wypracować tam drugi etat. Dzieje się tak dlatego, że nie ma pieniędzy na zwiększoną obsadę pielęgniarską i innego personelu medycznego, np. obsługującego drogi sprzęt. Nie ma czym zapłacić za prąd i lekarstwa.

Dlaczego nie ma pieniędzy? Bo wydajemy na zdrowie zaledwie 4,5 proc. PKB, najmniej w Europie. Może więc, zamiast wprowadzać tylnymi drzwiami prywatyzację publicznych placówek i zasobów, minister zdrowia powinien wywiązać się ze swojej obietnicy zwiększania środków przeznaczonych na ochronę zdrowia? Bo na razie po zapowiedzi dojścia do 6 proc. w 2025 r. nie powstał żaden oficjalny dokument, który by to gwarantował.

Polacy dopłacą miliardydo publicznego leczenia.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA