fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Sądownictwo

Wyrok w sprawie WGI wbrew faktom

sala sądu
Fotorzepa, Marian Zubrzycki
Pierwsza z wielkich afer finansowych ostatniego 20-lecia kończy się uniewinnieniem oskarżonych. I szokiem wierzycieli.

– Nie wiem czy ktokolwiek z nas złoży apelację, ja nie widzę już sensu. Mamy dość, to jest cios – mówi nam Bogdan Cierpioł, jeden z pokrzywdzonych klientów Warszawskiej Grupy Inwestycyjnej Dom Maklerski (WGI DM), o wyroku, jaki zapadł przed Sądem Okręgowym w Warszawie. Sąd uniewinnił bowiem szefów spółki od zarzutu niegospodarności wielkich rozmiarów, którzy w niespełna dwa lata „rozchodowali" ćwierć miliarda złotych, jakie zainwestowali klienci – blisko 1200 osób. Wyrok zapadł po 14 latach od wybuchu afery.

Pierwszym ciosem dla poszkodowanych było to, że prokuratura nie dopatrzyła się świadomego oszustwa – i szefów firmy oskarżyła tylko o niegospodarność, a nie o oszustwo. Teraz i ten zarzut upadł.

– Z ustnych motywów wynika, że sąd nie dopatrzył się uchybień w działalności WGI DM przed cofnięciem mu licencji. Uznał, że zabranie licencji było niezrozumiałe, i to ono spowodowało straty dla pokrzywdzonych, bo uniemożliwiło dalszą działalność Domu Maklerskiego – relacjonuje nam wyrok jeden z pechowych klientów. I dodaje, że taka od początku była linia obrony oskarżonych, którzy twierdzili, że to organy państwa popełniły błąd – przez to spółka upadła i powstały straty.

Pierwsza wielka afera finansowa wybuchła w kwietniu 2006 r., kiedy ówczesna Komisja Papierów Wartościowych i Giełd cofnęła spółce WGI Dom Maklerski licencję na prowadzenie działalności maklerskiej i zawiadomiła prokuraturę. Dwa miesiące później sąd postawił firmę w stan upadłości.

Dla rynku upadek WGI był szokiem – jako dom maklerski działała od roku, inwestowała pieniądze na rynku walutowym, wykazując zyski rzędu nawet kilkudziesięciu procent. WGI robiła wrażenie spółki dla klientów luksusowych, których próg finansowy zaczynał się od 50 do 200 tys. zł – inwestowali od kilku do nawet kilkunastu milionów złotych.

Prezesem WGI DM był wtedy dwudziestokilkuletni Maciej S. Zaufanie do przedsięwzięcia wzbudzali znani ekonomiści – członkowie rad nadzorczych spółek WGI.

Wycofanie licencji spowodowało efekt domina – klienci masowo zażądali zwrotu środków – odzyskali je nieliczni, bo spółka była już bankrutem. Po wejściu syndyka do domu maklerskiego okazało się, że na koncie jest tylko 200 tys. zł.

Prokuratura ustaliła, że spółka prowadziła podwójną księgowość – klientów informowała, że mają na kontach więcej pieniędzy niż podawano nadzorowi finansowemu, a wykazywane zyski były w dużej mierze wirtualne. Wyszło też, że Dom Maklerski działalność rozpoczął tak naprawdę od zakupu obligacji, które wypuściła jedna z jego spółek bez zgody nadzoru.

Wierzyciele obwiniają za straty Komisję Papierów Wartościowych i Giełd, która już w lipcu 2005 r. zawiadomiła prokuraturę o podejrzeniu nielegalnego prowadzenia funduszu inwestycyjnego, ale aż do kwietnia 2006 r. nie cofnęła licencji na działalność maklerską. Choć na długo przed upadkiem, kontrolując rachunki domu maklerskiego, zauważyła jaskrawe rozbieżności.

Dziś pokrzywdzeni twierdzą, że nadzór finansowy w ogóle nie powinien dawać licencji WGI, bo spółka wysyłała do KPWiG i do klientów rozbieżne dane dotyczące wyceny rachunków inwestycyjnych, czyli wykazywała kosmiczne zyski „na papierze".

Prokuratura przez dziewięć lat nie potrafiła poradzić sobie z trudną gospodarczą sprawą. Nie ustaliła precyzyjnie, ile pieniędzy inwestorów zagarnięto, a ile faktycznie zainwestowano – dane klientów z serwerów zostały trwale usunięte.

Okazało się też, że WGI, zanim przekształciła się w spółkę Dom Maklerski, już była bankrutem – spółka nie miała funduszy, które deklarowała jako zyski.

Prokuratura odkryła tylko, że część środków z 6,6 mln dolarów wytransferowano za granicę – trafiły na prywatne konta Macieja S. i Łukasza K. w Szwajcarii.

Bogdan Cierpioł mówi wprost: – Sąd wydał wyrok wbrew tym faktom. Nie mam już pretensji do złodzieja, że ukradł, bo wykorzystał sytuację, ale do państwa, że mu to umożliwiło.

Prof. Antoni Kamiński z PAN, były szef polskiego oddziału Transparency International komentuje:

– Mamy państwo, które nie jest w stanie rozwiązywać problemów w sposób sprawny. A powinno działać szybko i uniemożliwiać powstawanie tego typu afer. Z zapobieganiem im instytucje państwa sobie nie radzą, co widać na przykładzie oszustwa GetBacku – uważa prof. Kamiński. I ocenia, że skoro wyrok zapada po kilkunastu latach, to widać jak fatalnie działa wymiar sprawiedliwości. – Niezbędna byłaby reforma całego państwa, tyle że dzisiaj żadna partia polityczna nie jest do tego zdolna – ocenia.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA