fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Marek Kozubal: Gdy policja bije, państwo jest słabsze

Policjanci
Akcja policji na Trasie Łazienkowskiej w Warszawie w czasie sobotnich protestów
Fotorzepa/ Jerzy Dudek
Konsekwencje eskalacji działań policji będą długofalowe.

Policja, choć zawsze starała się podkreślać swą apolityczność, nigdy taka nie była. Od 30 lat szefowie policji wykonywali polecenia ministrów spraw wewnętrznych. Gdy władza polityczna nie miała sensownej recepty na rozwiązanie problemów społecznych, liczyła na ostre działania policji.

Tak było za rządu PO–PSL, gdy protestowali górnicy, tak jest teraz, gdy Strajk Kobiet rozlał się po całym kraju.

Różnica polega na tym, że dzisiaj formacja ta znajduje się w głębokim kryzysie, spowodowanym nie tylko nadmiernym obciążeniem w związku z koniecznością ograniczania pandemii.

Obserwując demonstracje na ulicach, widzimy eskalację działań funkcjonariuszy według deklaracji szefa stołecznej policji: „działamy, nie negocjujemy". Za każdym razem policja broni swoich ludzi, nawet wtedy, gdy można podejrzewać, że przekroczyli swoje uprawnienia. Na znamy wyników postępowań kontrolnych prowadzonych przez pion wewnętrzny policji. Nie wiemy zatem, kto został rozliczony za ataki gazem na posłanki, ścieżkę zdrowia zorganizowaną 11 listopada na stacji metra Stadion dla dziennikarzy czy wtargnięcie na teren uczelni i naruszenie autonomii Politechniki Warszawskiej.

Skutki eskalacji odbijają się na spadku dobrych ocen formacji. Z badania przeprowadzonych w listopadzie przez IBRiS dla Interii wynika, że zaufanie do policji deklarowało 44,1 proc. pytanych (spadek o 21,3 pkt proc. w stosunku do sondażu dla „Rzeczpospolitej" z 2017 r.). To najniższe zaufanie do policji od dwóch dekad. Dla porównania – w 2016 r. CBOS podawał, że 65 proc. ankietowanych ufało policji. Najwyższe notowania miała ona w 2008 r. – aż 75 proc.

Słabość policji nie bierze się znikąd. Brak jasnych reguł postępowania wobec protestujących wynika z nacisków politycznych, chociaż do tego policja się nigdy nie przyzna. Wpływ na te działania mają oprócz Komendy Głównej (ona kieruje jako wsparcie dla Komendy Stołecznej funkcjonariuszy z Biura Operacji Antyterrorystycznych) szef MSWiA Mariusz Kamiński oraz wicepremier ds. bezpieczeństwa Jarosław Kaczyński.

Ale chaos potęguje też wątpliwe wyszkolenie policjantów. NIK w jednym z ostatnich raportów punktuje: „niejednokrotnie policjanci kierowani są do wykonywania zadań wymagających specjalistycznej wiedzy i umiejętności bez odpowiedniego przygotowania, które mogliby nabyć na kursach doskonalących". Przykładowo: tylko 2,1 proc. funkcjonariuszy ukończyło kurs w zakresie taktyki i technik interwencji. Od młodych i słabo wyszkolonych funkcjonariuszy z niewielkim doświadczeniem trudno oczekiwać profesjonalnych działań, bez niepotrzebnych emocji.

Kolejna słabość wynika z braku ludzi, dlatego do zabezpieczenia demonstracji w stolicy ściągani są policjanci z innych województw. Teraz w policji jest 96 tys. funkcjonariuszy, a wakatów aż 7,1 tys. (najwięcej, 1,2 tys., w garnizonie stołecznym). Dziura etatowa jest największa od lat.

Zwykle, gdy brakuje ludzi, aby przyciągnąć kandydatów, obniża się wymagania, i tak jest teraz, koło zatem się zamyka. NIK zwraca zaś uwagę, że problemem w policji jest brak powiązania ścieżki rozwoju zawodowego z podnoszeniem kwalifikacji i doskonaleniem umiejętności. Czy zatem o awansie zamiast fachowości decydują znajomości, czyli „kto jest czyim plecakiem" – jak od dawna mówią w policji? Czy to nakręca nadgorliwość niektórych dowódców, z nadzieją na rychły awans?

Skutkiem represyjności może być dalszy spadek zaufania do policji, w efekcie służba ta będzie coraz mniej atrakcyjna dla młodych Polaków. Słaba policja to słabe państwo. O to chodzi?

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA: automatycznie wyświetlimy artykuł za 15 sekund.
REKLAMA
REKLAMA