fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Michał Szułdrzyński: Atak na Morawieckiego - wojenka w obozie Zjednoczonej Prawicy

Fotorzepa, Jerzy Dudek
Dzień po wyborach w obozie Zjednoczonej Prawicy zaczęła się wewnętrzna wojenka.

Ogłaszając wycofanie się z komentowania bieżącej polityki, prof. Marek Migalski stwierdził, że politologia powinna teraz zostać zastąpiona czymś w rodzaju sowietologii. Za czasów ZSRS kremlinolodzy z tego, kto stoi obok tow. Breżniewa, wyciągali wnioski, kto w partyjnej hierarchii idzie w górę a kto w dół. Migalski twierdzi, że po zwycięstwie Andrzeja Dudy na trzy lata skończy się polityka, więc politolog nie będzie miał zajęcia. Pozostanie jedynie obserwowanie i komentowanie sporów poszczególnych frakcji w ramach obozu prawicy. Być może jest w tym trochę publicystycznej przesady, ale ta metafora nie jest pozbawiona pewnej dozy trafności.

Mogliśmy się zresztą o tym przekonać już pierwszego dnia po wyborach, gdy w głównym wydaniu „Dziennika Telewizyjnego" zaatakowany został premier Mateusz Morawiecki. Długi materiał nie był żadną informacją, lecz publicystycznymi rozważaniami na temat skandalu, jakim zdaniem jego autora jest to, że Kancelaria Premiera wykupywała ogłoszenia w prasie, która krytykowała rząd. Jako ilustrację podano ogłoszenia dotyczące walki z koronawirusem w „Fakcie" i „Polityce". Pracujący w publicznej telewizji Jacek Łęski komentował, że trudno zrozumieć, „dlaczego tego typu media dostają publiczne finansowanie".

Za blisko Dudy

Ekipie „Dziennika Telewizyjnego" nie przyszło do głowy, że celem szerokiej akcji informacyjnej dotyczącej pandemii było dotarcie do jak najszerszej grupy odbiorców. Podobnie jak celem ogłoszeń o tarczy antykryzysowej było dotarcie do milionów przedsiębiorców z informacją o możliwym wsparciu. Nie, w ich rozumowaniu ogłoszenie powinno być nagrodą za polityczną wierność i kadzenie rządowi. Dlatego wykupywanie reklamy nazywają publicznym finansowaniem. To zresztą dużo mówi o tym, jak kierujący telewizją rozumieją rolę mediów w demokratycznym państwie.

Przyczyna ataku na premiera jest jasna. Mateusz Morawiecki zaangażował się w kampanię Andrzeja Dudy. Zresztą zdaniem opozycji za bardzo. Od połowy czerwca ani razu nie spotkał się rząd, ponieważ premier i jego współpracownicy objeżdżali kraj, ogłaszając kolejne lokalne inwestycje czy przekazując niektórym samorządowcom promesy rządowych pieniędzy na ich sfinansowanie. Szef rządu może się więc czuć współautorem sukcesu Dudy. I właśnie dlatego zaatakował go szef telewizji Jacek Kurski – by premier nie poczuł się zbyt pewnie. Nieprzypadkowo atak dotyczył reklam związanych z koronawirusem, bo to skuteczne poradzenie sobie przez rząd z epidemią było jedną z przyczyn wyborczego sukcesu prezydenta. Podobnie zresztą jak wymyślona i przeprowadzona przez Morawieckiego i jego ludzi tarcza antykryzysowa, którą również sprawnie wykorzystywano w kampanii, by pokazywać, ile dzięki niej udało się uratować miejsc pracy, ile firm ocalono przed plajtą.

Od kilku dni w politycznych kuluarach krążyły plotki o tym, że tuż po wyborach Jarosław Kaczyński ma otrzymać od życzliwych listę ogłoszeń, które Morawiecki lub kojarzone z nim spółki wykupili w mediach, które obóz władzy uważa za nie swoje (skądinąd w „Wiadomościach" wyliczono dokładnie, że porządne media to „Sieci", „Gazeta Polska", Radio Maryja i Telewizja Trwam). Materiał w „Dzienniku Telewizyjnym" był więc publicznym odpaleniem tematu, którym niechętni Morawieckiemu politycy PiS postanowili zagrać.

Żądanie zmian

Jaki cel stawiają sobie ci, którzy ruszyli przeciwko Morawieckiemu? Premier nie jest zbyt lubiany przez kierownictwo PiS. Nie przepada za nim ani Joachim Brudziński, ani tzw. zakon PiS, ani Beata Szydło, z którą ostatnio bliski sojusz zawarł koalicjant PiS, czyli szef Solidarnej Polski Zbigniew Ziobro. Jak wynika z naszych informacji, od dłuższego czasu suflują oni Kaczyńskiemu pomysł na wymianę premiera. To oni też stali za próbami swoistego przewrotu przed wyborami w maju, które nie doszły do skutku, gdy kilka razy usiłowali przekonać prezesa PiS, by mimo wszystko przeprowadzić je na siłę korespondencyjnie – choć mogło się to skończyć konstytucyjnym kryzysem.

W PiS powstała nawet giełda nazwisk potencjalnych następców Morawieckiego. Posłowie PiS szepczą, że o tece premiera myśli sam Jacek Kurski. Wymienia się też inne nazwiska – m.in. prezesa Orlenu Daniela Obajtka, szefa MON Mariusza Błaszczaka czy obecnego wicepremiera Jacka Sasina.

Na dymisję Morawieckiego wciąż nie zgadza się Jarosław Kaczyński. We wtorek udzielił PAP wywiadu, w którym komplementował zaangażowanie premiera w kampanię Dudy. Argumentem ma być również przekonanie, że gdyby nie Morawiecki, nie powstałaby tarcza, dzięki której, między innymi zdaniem Komisji Europejskiej, Polska najłagodniej w UE przejdzie przez koronakryzys. Kaczyński liczy również, że Morawiecki najlepiej poradzi sobie z negocjacjami z Niemcami, którzy obecnie przewodzą Unii Europejskiej, w sprawie kluczowego dla Polski podziału unijnych funduszy. Mimo oficjalnej antyniemieckiej propagandy Morawiecki jest w dobrych relacjach z Angelą Merkel, z którą często rozmawia przez telefon. Kaczyński wie, że jeśli komuś uda się w tych negocjacjach odnieść sukces, to tylko Morawieckiemu.

Prezes myśli

Ale w tle dyskusji o personaliach w obozie władzy toczy się spór o kierunek, w jakim pójść po kolejnych zwycięskich wyborach. Nie jest przypadkiem, że wrogowie Morawieckiego z Kurskim na czele – który, jak podkreślają zgodnie nasi rozmówcy, ostatnio bardzo zbliżył się do Kaczyńskiego – są zwolennikami ostrego kursu, radykalnych zmian. Namawiają do repolonizacji mediów i przeprowadzenia zmian w sądownictwie. Tak radykalnych ruchów ma się domagać elektorat, który w czasie kampanii wyborczej został zmobilizowany do pójścia do urn, bo przekonywano wyborców, że stawka tego głosowania jest najwyższa.

Dziś trzeba dać im – argumentują zwolennicy twardej linii – satysfakcję. Sęk w tym, że to samospełniająca się przepowiednia. Kierowana przez Kurskiego telewizja publiczna nieustannie podgrzewa nastroje, wywołuje coraz to nowe polityczne emocje, nieustannie radykalizuje przekaz. Skoro w ten sposób zradykalizowano wyborców, teraz oni domagają się radykalnych działań, np. dorżnięcia opozycyjnej watahy. I tak koło się zamyka.

Pytanie, jaką decyzję podejmie w tej sprawie sam Kaczyński. Skinie palcem, Morawiecki straci stanowisko, kiwnie głową, zachowa je. Tu zresztą wracamy do trafności metafory Migalskiego o kremlinologii. We wspomnianym już wywiadzie dla PAP Kaczyński ogłosił, że jeśli partia będzie od niego tego oczekiwać, uda się na emeryturę. Jeśli partia będzie innego zdania, chętnie wystartuje w ponownych wyborach na prezesa PiS. Nie od dziś wiadomo, że Kaczyński ma wielkie poczucie humoru.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA