Już po raz drugi na wniosek ludowców z harmonogramu obrad Sejmu wypadło powołanie prezesa Instytutu Pamięci Narodowej. – Pracujemy nad tym, aby „projekt IPN” zakończył się powodzeniem. W polityce czasem jest tak, że trzeba zaczekać na sprzyjające okoliczności. Jest postęp. Będzie łatwiej – mówi „Rzeczpospolitej” źródło w PSL.

Dlaczego ludowcy są ważną stroną w wyborze szefa Instytutu? Mające przewagę w Kolegium IPN Prawo i Sprawiedliwość potrzebuje wsparcia w Sejmie, by wybrać na prezesa własnego kandydata. Zgodnie z ustawą, „prezesa powołuje Sejm za zgodą Senatu, na wniosek Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej”, które wcześniej organizuje konkurs. Kolegium IPN liczy dziewięciu członków. Pięciu z nich (na siedmioletnią kadencję) powołuje Sejm, po dwóch – Senat i prezydent. Ostatni „nabór” został przeprowadzony w 2023 r., a to oznacza, że do 2030 r. większość ma w nim prawica (to związani z PiS prof. Wojciech Polak – przewodniczący, prof. Jan Draus, prof. Mieczysław Ryba, prof. Tadeusz Wolsza, prof. Andrzej Nowak i Bronisław Wildstein). Dlatego kiedy dr Karol Nawrocki został prezydentem, o tym, kto go zastąpi zdecydował obóz prawicowy. Pod koniec października zeszłego roku Sejm odrzucił kandydaturę dr. hab. Karola Polejowskiego, bliskiego współpracownika Nawrockiego, którego zresztą sam „namaścił”, Kolegium więc zorganizowało konkurs po raz drugi, a wygrał go Mateusz Szpytma, wiceprezes IPN. PiS liczyło na poparcie PSL, bo Szpytma jest prezentowany jako historyk związany z ludowcami – jego poparcie zapowiedział 16 kwietnia w Polsacie wicemarszałek Sejmu Piotr Zgorzelski. 

Jeśli nawet Szpytma przejdzie przez Sejm, to w Senacie ma nikłe szanse

O ile w Sejmie głosy ludowców i prawicy wystarczą, w Senacie to za mało. – Albo ludowcy spróbują raz jeszcze w lipcu, albo zaczekają do września. Obawiają się, czy popierany przez nich kandydat przejdzie przez Senat, gdzie głosy PiS i PSL nie wystarczą. Ludowcom zależy na tym, aby się udało. Tym, na co czekają jest moment, w którym KO będzie czegoś od nich chciała – słyszymy w Sejmie. We wtorek 9 czerwca było wręcz odwrotnie: w dniu, w którym PSL miał głosować z PiS, a ostatecznie wniósł o wykreślenie z agendy powołania Szpytmy, wraz z Koalicją Obywatelską ogłaszał wspólną kandydatkę na prezydenta Krakowa – Monikę Piątkowską. 

Czytaj więcej

Bizancjum będzie miało nowego cesarza, a wybiorą go PiS i PSL? IPN to nie uratuje

– Sprawa jest dość beznadziejna. Bo w Instytucie nie nastąpi fundamentalna zmiana bez zmiany ustawy, a to jest niemożliwe. Zatem nadal będzie kierował nim Karol Polejowski albo nowym prezesem zostanie Mateusz Szpytma. Gdyby konkurs został powtórzony, Kolegium znów wskaże kandydata związanego z prawicą – komentuje w rozmowie z „Rzeczpospolitą” dr Krzysztof Persak, były dyrektor biura prezesa IPN.  Nasz rozmówca zwraca uwagę na głębokie problemy IPN i potrzebę kompleksowych reform: to m.in. wyczerpująca się formuła Instytutu (chodzi głównie o tonące we wnioskach biuro lustracyjne i sens pionu prokuratorskiego), dwukrotny wzrost liczby stanowisk kierowniczych w centrali, stale rosnący – wbrew zapowiedziom KO – budżet, upolitycznienie. 

– Nie potrafię zrozumieć, dlaczego PSL upiera się przy Mateuszu Szpytmie, legitymizując tym samym wszystko złe, co działo się w IPN przez ostatnie dziesięć lat, kiedy był jego wiceprezesem (pełni to stanowisko od 2016 r. – red.). To byłby komunikat, że nic się nie stało – dodaje historyk, który jest jednym z ok. 300 sygnatariuszy listu skierowanego do większości parlamentarnej w geście sprzeciwu wobec kandydatury Szpytmy.

„Dla mnie sprawa petycji jest oceną bardziej polityczną niż historyczną. To jest po prostu ocena Instytutu Pamięci Narodowej z ostatnich lat. To nie jest debata na tematy faktów historycznych czy kwestii historycznych. Ta grupa osób ma taką opinię na temat Instytutu Pamięci Narodowej, ja mam inną opinię (...) Pozytywnie oceniam Instytut Pamięci Narodowej, pozytywnie oceniam jego funkcjonowanie w ostatnich 26 latach” – tak sam Szpytma odniósł się do petycji 14 kwietnia na posiedzeniu Sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka, która pozytywnie zaopiniowała jego kandydaturę (za było 21 posłów, przeciw – 13).

„IPN już nic nie jest w stanie zaszkodzić”

– KO macha ręką na historię, a to się przeważnie kończy katastrofą – mówi „Rzeczpospolitej” źródło w IPN, dodając, że gdyby nie protest, kandydatura Szpytmy nie napotkałaby żadnego oporu na poziomie komisji sejmowej, ponieważ posłowie koalicji rządowej „nie wiedzieliby nawet, o co pytać historyka”. – IPN już nic nie jest w stanie zaszkodzić, a jednocześnie zawsze może być gorzej, bo jakie są alternatywy? Spodziewam się wobec tego impasu. A czy musi tak być? Nawet jeśli prawicowy, to niech to chociaż będzie kandydat spoza układu, który obecnie rządzi Instytutem. Bo ściemą jest to, że zwolnienia z IPN nie mają twarzy Mateusza Szpytmy – kontynuuje, odnosząc się do głównego zarzutu wobec kierownictwa Instytutu, jakim jest zniszczenie pluralizmu w instytucji. 

– Nie ukrywam sceptycznego stosunku do tej kandydatury. Po tym, jak w 2016 r. IPN został przejęty przez PiS i jego władze prowadzą bliską partii politykę historyczną, nikt z kierownictwa nie powinien otrzymać zgody parlamentu na bycie prezesem. Nie można wybrać nikogo innego niż historyka o konserwatywnych przekonaniach, ale sądzę, że są na giełdzie nazwiska cieszące się autorytetem ponad bańkami. IPN potrzebuje świeżej krwi, dlatego zachęcałbym parlamentarzystów, aby za Mateuszem Szpytmą nie głosowali. Sposób, w jaki mówił o sygnatariuszach listów – a dorobek części z nich jest większy niż jego – budzi mój niesmak. Jego zachowanie na Sejmowej Komisji Sprawiedliwości i Praw Człowieka potwierdza zarzuty pod jego adresem – mówił w radiowej Trójce 5 czerwca prof. Grzegorz Motyka, jeden z dwóch (obok dr. Bartosza Machalicy) członków Kolegium niezwiązanych z obozem prawicy.