fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Frans Timmermans rozbija Europę

AFP
Siłą Brukseli miało być równe traktowanie każdego w Unii. Holender to może pogrzebać.

„To jest po prostu niesmaczne" – skomentowała tę samą fotografię inna koleżanka po fachu, tym razem z Hiszpanii.

Od blisko czterech lat europejskie media śledzą spór między rządem PiS a Brukselą dotyczący praworządności, w zdecydowanej większości podzielając stanowisko europejskiej centrali. Ale to, co miało być obiektywnym, bezstronnym procesem dla uratowania demokracji w jednym z najważniejszych krajów Unii, w jednej chwili stało się elementem bezwzględnej walki politycznej. Bruksela została wciągnięta w starcie między konserwatywnym i liberalnym porządkiem politycznym, tracąc swoją wiarygodność.

Przemiana Holendra

Wysokiej rangi polskie źródła dyplomatyczne mówią „Rz", że przemiana Timmermansa nastąpiła już w maju ubiegłego roku, kiedy okazało się, że może zostać kandydatem socjalistów w europarlamencie na nowego szefa Komisji Europejskiej. Do tego momentu wydawało się, że spór o praworządność da się rozwiązać polubownie, polski rząd zaangażował się w istotną zmianę reformy sądownictwa. Jednak gdy Holender poczuł, że na fali starcia z „autorytarnymi" władzami krajów Europy może wypłynąć na szczyty europejskiej polityki, perspektywy na kompromis prysły.

To, co było już od wielu miesięcy widoczne dla wąskiej grupy negocjatorów, dopiero teraz staje się jasne dla szerokiej publiczności. Bo wraz z nadejściem majowych wyborów europejskich przed Timmermansem staje zupełnie diabelski wybór: albo ugra najwyższą stawkę w Brukseli (jeśli nie stanowisko szefa KE, to wysokiego przedstawiciela ds. zagranicznych Unii, szefa Rady Europejskiej lub przynajmniej szefa Parlamentu Europejskiego), albo spadnie do politycznego niebytu. Tak się stało z jednej strony z powodu katastrofalnego załamania poparcia dla umiarkowanej lewicy w Europie, przez co frakcja socjalistów w europarlamencie może stracić na rzecz konserwatystów pozycję drugiej (po chadecji) siły politycznej i zostać odsunięta od podziału najciekawszych stanowisk w europejskiej centrali. Z drugiej strony z powodu jeszcze większego załamania pozycji socjalistów w samej Holandii.

– Partia Pracy (PvdA), z której wywodzi się Frans Timmermans, poniosła w 2017 r. historyczną porażkę, uzyskując w wyborach do parlamentu 5,7 proc. głosów. Jest w głębokiej opozycji, jej zdanie liczy się tylko w Senacie. Konserwatywny premier Mark Rutte oczywiście poprze Timmermansa, jeśli ten będzie miał szanse na jedno z najwyższych stanowisk w Unii, bo zawsze warto mieć Holendra w tym gronie. Ale gdyby przyszło tylko do nominacji z rozdzielnika holenderskiego kandydata do KE, wskaże na kandydata z partii tworzących koalicję rządową – mówi „Rz" Jan Marineus Wiersma, ekspert Holenderskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych (Clingendael).

Chcą podzielić Unię

Poparcie Ruttego dla Timmermansa zależy też od nastawienia holenderskiej opinii publicznej. Ta była mu przychylna, gdy jako minister spraw zagranicznych twardo stawiał się Moskwie po zestrzeleniu przez Rosjan samolotu MH17 ze 193 Holendrami na pokładzie. Ale to było pięć lat temu. Dziś Holendrów dużo bardziej interesują obawy przed masową imigracją, wypłacalność systemu emerytalnego czy podnoszenie się poziomu mórz z powodu zmian klimatycznych niż subtelności polskiego systemu prawnego. Frans Timmermans musi więc być tym bardziej wyrazisty, aby przebić się z wizerunkiem niezmordowanego bojownika o demokrację i rządy prawa w Europie.

Ale z tym Holender nie ma większych kłopotów. Jakby zapominając, że jeszcze przez kilkanaście tygodni jest wiceszefem Komisji Europejskiej i jego wypowiedzi przynajmniej do jakiegoś stopnia angażują Brukselę, podnosząc ręce w geście zwycięstwa, mówi na wiecu Wiosny po prostu to, czego rozgrzana widownia od niego oczekuje. I to nie tylko w zakresie powierzonych mu kompetencji.

– Ameryka dąży do tego, aby podzielić Unię – stwierdza z przekonaniem, gdy jeden ze zgromadzonych apeluje, aby wymusić respektowanie praw człowieka nie tylko w Chinach, ale także w Izraelu i Stanach Zjednoczonych.

Najsłabsza Komisja od Thorna

– Obiecuję wam, że jeśli zostanę przewodniczącym Komisji Europejskiej, wprowadzę przepisy, które zrównają pensje kobiet i mężczyzn i wprowadzą przejrzystość wynagrodzeń. Musimy tu stawić opór prawicowym populistom – zapewnia chwilę później żeńską część publiczności. Pytanie o to, kto sfinansuje 16-procentową dziś lukę w zarobkach i co z tajemnicą uposażeń, już nie pada.

– Doprowadzę do tego, że konwencja stambulska o przemocy domowej zostanie wprowadzona do prawodawstwa wszystkich krajów członkowskich – obiecuje chwilę później, jakby to mogło być kiedykolwiek w zakresie jego kompetencji.

Ale atmosfera zagęszcza się, więc obietnice sypią się z rękawa Holendra coraz łatwiej. Tym bardziej że co chwila publiczność wraca do konika Timmermansa: praworządności w Polsce. Gdy na oko dwudziestoletni chłopak wręcza mu petycję w sprawie wszczęcia kolejnej procedury przeciw Polsce w sprawie Krajowej Rady Sądownictwa z – jak mówi – podpisami 11 tys. osób, Holender triumfalnie podnosi zwój kartek do góry.

– Polska nie odzyska należnej jej pozycji w Europie, jeśli nie będzie przestrzegać własnej konstytucji – przesądza.

– Oto człowiek, który nie kłania się tym, którzy demolują ład konstytucyjny w naszym kraju – wskazuje na Holendra Biedroń. Sala jest w ekstazie.

Ale Bruksela zapłaci za to wysoką cenę. Komisja Europejska nie była tak słaba jak za czasów Jeana-Claude'a Junckera i jego zastępcy Timmermansa, od kiedy w latach 80. XX wieku na jej czele stał zapomniany dziś inny Luksemburczyk Gaston Thorn. Siłą unijnej egzekutywy zawsze było przekonanie, że broni „europejskiego punktu widzenia", stara się wypośrodkować interesy małych i dużych krajów Unii, nie staje po jednej stronie politycznej debaty. Jednak Juncker, który jako szef KE nigdy nie przyjechał z dwustronną wizytą do Polski (był tylko na szczycie NATO w 2016 r.), zerwał z tym założeniem. Jego propozycje w sprawie rozwiązania kryzysu migracyjnego podzieliły wschód i zachód Unii, przez co nigdy nie udało się ich wprowadzić w życie. Podobnie reforma strefy euro, warunek uwolnienia dynamizmu unijnej gospodarki, nigdy nie doszła do skutku, bo doprowadziła do konfrontacji między bogatą północą i biedniejszym południem Unii. Przywiązanie do demokracji i rządów prawa, fundament europejskiej cywilizacji, mogło zjednoczyć Europejczyków. Ale jeśli Timmermans pozostanie w Brukseli, będzie o to bardzo trudno.

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA