fbTrack
REKLAMA
REKLAMA

Rzecz o polityce

Migalski o "Koronie krolów": Nikt się nie rodzi Polakiem

materiały prasowe
„Korona królów" to wzmacniacz narodowy.

Dawno już żadne wydarzenie artystyczne nie wywołało takiej debaty jak premiera „Korony królów" w TVP. Polacy, jak zwykle, podzielili się w jej ocenie: jedni wyśmiewają serial jako parodię „Gry o tron", przywołują błędy historyczne w niej zawarte, kpią z drętwych dialogów i takichże postaci, a inni postrzegają ją jako dzieło wybitne, podnoszące dumę Polaków i ważne dla kultury narodowej.

Nie mnie oceniać walory artystyczne „Korony..." – nie mam do tego ani odpowiednich narzędzi, ani kompetencji, ani ochoty. Ale jako naukowiec zajmujący się w ostatnich latach problematyką narodu (w zeszłym roku ukazała się moja nowa książka „Naród urojony") muszę przyznać, że produkt TVP bardzo dobrze wpisuje się w to, co określa się jako budowanie narodu i utrwalanie poczucia wspólnoty patriotycznej.

Spór o to, kiedy narody powstały i jak długa jest ich historia, toczy się w literaturze przedmiotu od wielu dziesiątków lat i nie został rozstrzygnięty: prymordialiści i perenialiści uważają, że istnieje od zawsze, a przynajmniej od bardzo dawna; moderniści i (po części) entosymboliści uważają, że nowoczesne narody, takie jakie znamy obecnie, powstały w nieodległej przeszłości. Bez względu jednak na to, gdzie szukać początków narodowych wspólnot, większość badaczy zgadza się z tym, iż by one przetrwały, państwa muszą dokładać starań, żeby zakorzeniać je w świadomości społecznej.

Robią to na wiele sposobów: budują pomniki, wznoszą kopce, nazywają ulice imionami wielkich rodaków, obchodzą hucznie święta państwowe, odpowiednio edukują młodzież, umieszczają na banknotach narodowych bohaterów, ich imionami określają pociągi dalekobieżne lub samoloty, inwestują w sportowe reprezentacje narodowe, dbają o upamiętnianie chwalebnych bitew, czynią wolnymi od pracy ważne dla wspólnoty dni, wznoszą kosztowne muzea, mające dokumentować sukcesy narodu itp.

Ale także inwestują w kulturę – wspierają finansowo te przedsięwzięcia, które głoszą chwałę danego narodu, utrzymują „sceny narodowe", na których grana jest klasyka, wspomagają budżetowo filmy, wystawy czy spektakle ważne dla wspólnoty narodowej.

Tak dzieje się na całym świecie – od Waszyngtonu, przez Berlin, po Moskwę i Pekin. Prawie każde państwo podejmuje działania mające na celu umacnianie dumy narodowej i spajanie wspólnoty. Cel takich inicjatyw jest jasny – wytworzenie u swych obywateli lojalności wobec państwa i narodu, utrzymanie dyscypliny, narzucenie wzorców moralnych, a nawet przygotowanie do wysiłku zbrojnego na wypadek zewnętrznego zagrożenia. Nikt nie rodzi się Niemcem, Polakiem, Indonezyjczykiem czy Brazylijczykiem – do bycia członkiem narodu trzeba młodego człowieka, najlepiej już od wczesnego dzieciństwa, przygotowywać i utrwalać w nim poczucie więzi ze swoją nacją. Współczesne państwa podejmują w tym celu wiele skutecznych, choć niezauważalnych na co dzień, działań. Michael Billig określił je jako „banalny nacjonalizm" – banalny, bo prawie niedostrzegalny.

„Korona królów" idealnie wpisuje się w tego typu działania: jest pomyślana jako „wzmacniacz" narodowy, jako artefakt mający na celu wywołanie u odbiorców dumy z bycia Polakiem, z polskiej historii i polskiego losu. Serial ma spowodować u widzów wrażenie wielkości naszego narodu, jego znaczącej roli w historii Europy, zakorzenienia w naszej części Starego Kontynentu. Jego „banalnym" zadaniem jest integracja wspólnoty, wzmocnienie więzów narodowych, dowartościowanie postaw patriotycznych.

Osobną kwestią jest to, jak zostało to zrobione – tu już winni wypowiedzieć się krytycy, artyści, twórcy. Politolog może jedynie stwierdzić, że produkcja i emisja „Korony...", jej finansowanie de facto z budżetu państwa, jej narodowotwórcze cele są czymś oczywistym i często spotykanym na świecie. Dokładnie za pomocą takich środków państwa stwarzają narody, budują poczucie wspólnoty, wzmacniają patriotyzm. Tylko dzięki tego typu przedsięwzięciom Polacy czują się Polakami, Amerykanie Amerykanami, a Estończycy Estończykami.

Można to oczywiście robić lepiej lub gorzej (w przypadku produktu TVP wypadło to średnio przekonująco), ale nie można mieć pretensji do instytucji państwowych, że wydatkują pieniądze obywateli na przekształcanie ich w patriotów. Bez tego ów proces byłby prawie niemożliwy, a na pewno bardzo utrudniony. Nie żalmy się zatem na to, że państwo dostarcza nam, finansując to z naszych podatków, artefakty czyniące z nas Polaków. Bycie członkiem narodu kosztuje. Nawet tych, którzy nie chcą być jego częścią.

Autor jest doktorem politologii na Uniwersytecie Śląskim

Źródło: Rzeczpospolita
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
NAJNOWSZE Z RP.PL
REKLAMA
REKLAMA